TajemnicaKellera
Odcinek 1
Był chłodny wrześniowy wieczór. Życie w Wandystanie biegło jak na tę porę roku wyjątkowo szybko. Może dlatego, że sporo się działo w polityce? Może dlatego, że gospodarka powoli podnosiła się z czerwcowego upadku? Może dlatego, że jeszcze było ZA ciepło jak na tę porę roku? Może... Jego to nie obchodziło.
Siedział na cholernie niewygodnym fotelu i obserwował mały kawałek papieru leżący na jego biurku. Spokojnie zdjął okulary, odłożył je na biurko, aby po chwili przetrzeć zmęczone po nieprzespanej nocy resztki oczu. Nie był zdenerwowany, ani zły. Jego profesja wymagała nerwów ze stali, wyzbycia się emocji i bezgranicznej lojalności. Trudno było wzbudzić na jego twarzy jakikolwiek nerw mogący wskazywać na odczucie jakiejś emocji.
Ponownie przetarł twarz, a po chwili założył okulary i westchnął. Na biurku poza przyborami i berettą 9 mm z tłumikiem leżała tekturka z napisem. Mimowolnie go przeczytał: „Aleksander Keller – Szef Służby Bezpieczeństwa MW”. Tia... Uśmiechnął się nieco cynicznie i spojrzał na papierek. Dopiero teraz dostrzegł na nim małą czerwoną plamkę. Krew? Tak. Łatwo poznać. Po tylu latach...
Ponownie odetchnął i wziął kartkę do siebie. Plamka na papierze to pierdoła. Pomoże co najwyżej ustalić nadawcę wiadomości. Bardziej zastanawiała go jej treść. „Howaj xiencia. Koń pendzi drogom i sra pot siebię.”. Wiadomość czytelna? Tylko na pierwszy rzut oka. W ogóle nie miał pojęcia o co biega, kto jest nadawcą kartki i po ki kefas mu ją przyniesiono.
Nigdy w życiu, jak wtedy, tak bardzo nie żałował, że SB w całej procedurze rekrutacyjnej nie uwzględnia kryterium „ortograficznego pisania”.
Znał różne szyfry, ale ten go rozpierdalał, bo ni chuja nie dało się go rozszyfrować. No nic. To jego problem. Wiedział przecież, że go już nie będzie.
Podniósł się z miejsca co poskutkowało przeciągłym skrzypnięciem fotela. Wstając odruchowo chwycił berettę i wykręcił tłumik. Uwielbiał go. Przy sprzyjających warunkach wystrzał z wyciszonej tłumikiem beretty był słyszalny jak pierdnięcie komara z odległości 2 km.
Powoli podszedł do okna omijając ostrożnie leżące na ziemi ciało. Nawet nie spuścił na nie wzroku. Nie jego to biznes. Patrząc przez okno w milczeniu nagle uświadomił sobie, że ktoś za nim oddycha. Poza uświadomieniem sobie tego nie zdążył już nic zrobić.
Odcinek 2
Hałas i cisza, ból i euforia, zimno i gorąco, szybko i powoli. Obudźcie się towarzyszu kawalerze...
Śmierdziało. Uryną i... szczurami? Uhm... No i jeszcze coś... Krew... Tak, to musiała być krew. Otworzył oczy, chociaż już sam nie wiedział czy przypadkiem nie ma ich otwartych. I tak było ciemno i tak. Był do czegoś przywiązany mocną liną. Każdy ruch powodował zaciskanie się liny na nadgarstkach, ramionach, nogach i... szyi. Szybko odpuścił sobie próby oswobodzenia się. Poza dźwiękiem dzwonków dźwięczącym mu w uszach przewijała się jedna myśl: „Co się kurwa stało?”
Jego głębokie przemyślenia przerwał mu metaliczny głos, który odezwał się nad nim, a może obok. Sam już nie wiedział. Myślał, że głos pochodzi z glośnika, chociaż równie dobrze mógł to być głos kogoś stojącego bezpośrednio obok. Nie takie rzeczy już widywał.
„Obudźcie się towarzyszu kawalerze...” –powtórzył głos. Tak... To ten głos mówił do niego podczas snu. A może to nadal był sen? Postanowił nie odpowiadać na wezwania. Niech myślą, że jest nieprzytomny. Jeśli to sen to się obudzi, jeżeli jawa, to oni go obudzą. Doszedł do wniosku, że skoro jeszcze żyje to musi być potrzebny i zamierzał taki pozostać jak najdłużej.
W jego umyśle zrodziła się masa pytań... Skąd wiedzą, że jest kawalerem? Gdzie się znajduje? Czemu jeszcze żyje? Kim tak naprawdę był jego cel? Kto i czemu go wrobił? Dlaczego płacili w engelsach? Komu podpadł? A może jakie informacje chcieli z niego wydobyć? Jakieś nazwiska, adresy, numery gadu-gadu? No i pozostawało jeszcze jedno pytanie, bardziej ogólne: co tu się kurwa dzieje? Rozmyślania przerwało skrzypienie otwierających drzwi. Usłyszał za sobą kroki. Starał się jak najdłużej utrzymać spokojne bicie serca, ale w takich warunkach wymagało to niemalże nadludzkich umiejętności.
Usłyszał gdzieś oddech. Już kompletnie stracił orientację. Nie wiedział nawet czy siedzi czy leży. Oddech nie brzmiał znajomo. Nie był taki wyrafinowany i spokojny jak ten w gabinecie Kellera. Ten był jakiś zdenerwowany, pełen agresji, nienawiści... Znał ten oddech... Przypominał oddech... Auć... Poczuł niesamowity ból i nie był w stanie określić jego źródła. Teraz już znał ten oddech na pewno.
To był oddech kata.
Odcinek 3
„Naga prawda w połowie nie fascynuje tak ludzi, jak osnute mgiełką tajemnicy półprawdy.” – tow. Koktowicz
Prezydent Magov siedział wygodnie w fotelu i zajadał kiszonego ogórka w skupieniu czytając jakiś numer Czerwonego Wandystanu. Właściwiej powinno się powiedzieć, że on ten artykuł „obserwował” – czytanie wymaga skupienia myśli na treści, a jego myśli były zdecydowanie w zupełnie innym miejscu. Z dziwnego trwania wyrwał go przenikliwy odgłos dzwoniącego na biurku telefonu. Magov powoli wstał, podszedł do biurka i podniósł słuchawkę.
Usłyszał głos, który nie wydawał mu się zbytnio znany. Głos był podekscytowany mimo wyraźnych zabiegów mających na celu rzeczowe przekazanie informacji – z pominięciem uczuć. Osobnik, który mówił musiał mieć kiedyś związek z SB.
- Tow. Prezydencie, to bezpieczna linia. Mam dla Was istotną informację.
Magov wciąż zamyślony nie pytając o nazwisko poprosił o kontynuowanie rozmowy.
- Tow. Prezydencie. Chciałbym Wam przekazać bardzo smutną nowinę.
Prezydent wciąż wydawał się nieobecny, odsunął nieco słuchawkę na moment tak, żeby nie było słychać ziewnięcia, po czym powiedział krótko „Mówcie.”
- Otóż... Nie wiemy jak do tego doszło. Wydarzenie najbardziej niewyobrażalne do wykonania, a jednak wykonane z niewyobrażalną skutecznością i precyzją.
Ze strony prezydenta rozległo się krótkie... „Cudownie”. Magov już miał dodać „Zgłoszę sprawę Mandragorowi to pewnie będzie jakiś order”, ale w słowo wszedł rozmówca mówiąc:
- Takiego zdarzenia w Służbie Bezpieczeństwa jeszcze nigdy w życiu nie mieliśmy. Wydarzenie na skalę światową, choć i tak nikt się o tym nie dowie...
Słowa „Służba Bezpieczeństwa” jak zwykle podziałały lepiej niż parzona, drobno mielona baridajska kawa marki „Ingawarra” z domieszką wódki. Nic tak nie pobudza jak SB. Magov z miejsca oprzytomniał i powrócił do dialektu wandejskiego.
- Nazwisko i o czym do mnie pierdolicie? Do rzeczy.
Zrozumiał, że tu nie chodzi o order. To była sprawa wagi państwowej.
- Keller – rzekł rozbity rozmówca.
- Kellera poznałbym głosie. Nie jesteście Keller! Mówcie... – mówił Lider prawie krzycząc, ale eSBek mu przerwał:
- Keller nie żyje.
Przywódca Ludowy zbladł i opadł na biurko. Dopiero co zaczął być prezydentem, wciąż próbuje się odnaleźć w nowych realiach, a teraz słyszy, że legenda wandejska, człowiek niebywale tajemniczy, nieprzeciętna osobowość i siła psychiczna, które zrobiły z niego świetnego agenta, a później Szefa Służby Bezpieczeństwa... nie żyje.
Magov rozłączył się. Wybiegł z gabinetu. Samochód już czekał.
- Dokąd jedziemy? – spytał szofer otwierając drzwi samochodu.
- Kluczyki. Wy nigdzie nie jedziecie towarzyszu.
Wsiadł i odjechał. Gdzie? Nie wiadomo dokładnie. Wiadomo, że coś tutaj śmierdziało.
Odcinek 4
Czemu ludzie milczą, gdy umiera cisza? Bo jej nie słyszą.
- Kłodecki... Jak skończysz się bawić oddzwoń. Mam problem.
Prezydent odłożył telefon. Dlatego jego najbardziej zaufani ludzie muszą się być „poza zasięgiem” w tak dramatycznych momentach? Podrapał się po brodzie i oparł wygodnie w fotelu wpatrując się w mężczyznę siedzącego naprzeciwko, po drugiej stronie biurka. Średniego wzrostu jasnowłosy mężczyzna, w okularach. W niczym się niewyróżniający. Typowy członek SB. Blondyn odezwał się pierwszy.
- Naprawdę towarzyszu! Nie wiemy jak do tego doszło! Nigdy w całej historii, żaden obcy agent nie ustalił położenia naszej siedziby nie mówiąc już o dostaniu się do niej! Keller tego pilnował!
- Dlatego zginął? Może nie podobały się komuś rządy Kellera w SB? Może ktoś chciał przejąć jego obowiązki? – Arkadij Magov, mówił otwierając paczkę papierosów.
- Niemożliwe. Keller był skażony monarchofaszyzmem, a jego szefowanie musiało być nieco despotyczne, ale nikt nie był tak szanowany i tak przyjaźnie traktowany jak on, a wy nie palicie Magov... – blondyn wyglądał na zaskoczonego
- Ale wy wręcz przeciwnie – blondyn się uśmiechnął i sięgnął po papierosa, jednak Prezydent nie uśmiechał się, mówił dalej – Nikt od Was. Nikt z zewnątrz. Keller sam się zabił?
- Niezupełnie. – w oczach agenta pojawił się błysk satysfakcji. Tacy jak on uwielbiali okazywać, że wiedzą coś bardzo istotnego, a nie mogą o tym mówić. Z reguły gówno wiedzieli, z reguły wiedzieli mniej niż myślą.
- To znaczy? – warknął prezydent. Nie lubił esbeckich gierek.
- Przy ciele Kellera znaleziono broń, z której padł strzał. Z tym, że broń leżała 4 metry od ciała i leżała tak jakby ją tam celowo położono.
Magov uśmiechnął się. Cholerny esbek nie chciał powiedzieć wprost. Musiał się z nim bawić. Postanowił się do zabawy esbeka przyłączyć na swój sposób.
- A! Więc wszystko jasne. Keller najpierw położył broń, później odszedł 4 metry dalej i się z niej zabił.
Esbek zrozumiał.
- Przepraszam tow. prezydencie. Otóż, na wiemy na pewno, że Keller został zabity. Nie wiemy przez kogo. Wiemy, że to jest ktoś kto się z nami bawi, wybitny zabójca pracujący najpewniej na zlecenie kogoś większego. Zostawił list.
- Czemu jak byłem u Was nie powiedziano mi o liście? – zapytał zdziwiony Magov
- Bo wiedzą o nim trzy osoby i niech tak zostanie. Treści listu nie mogę ujawnić. Jest on analizowany i badany przez tę trzecią osobę. Znów ten błysk, ten cholerny uśmiech. Blondas widział po minie prezydenta, że ten ma go już dość i zbierał się do wyjścia. Kiedy stał już w drzwiach Magov zawołał:
- Co powiecie? Co powiecie mediom?
Agent z cynicznym uśmiechem na ustach rzekł:
- Nic. Keller mówił, że znika na jakiś czas.
metadane
autor: Arkadij Magov opublikowano: kwiecień-maj 2008 w odcinkach w Wandei Ludu
link: Odcinki 1 i 2, Odcinek 3,Odcinek 4.