Paronama czyli sraty taty 3
„Towarzysz Szopo” wyszedł z korytarza. Byli już blisko Ziemi, tutaj nie wolno było zakrzywiać czasoprzestrzeni. Zalecono tak po wypadku krążownika „Alojzy Pupka”, którego załoga wyszła zbyt późno i nie wyhamowała przed planetą. Skutek? Cały Szkolin zniknął, implodowało paliwo betonowe. Szkoda było, myślał wtedy Khand, tylu ładnych pięknych chłopców zginęło... Miał tu na myśli oczywiście załogę okrętu, w Szkolinie nikt nigdy żadnych pięknych chłopców nie widział.
Jak się później okazało zniszczenia po walce były na „Towarzyszu Szopo” całkiem spore. Zniszczone całkowicie osłony betonowe, uszkodzona druga maszynownia plazmobetonowa, 40 zabitych i 223 rannych. To było dużo, dużo za dużo. Bajber bardzo się tym przejął, po raz pierwszy zrozumiał co to znaczy dowodzić okrętem w walce. Wcześniej był w boju, ale dopiero teraz poczuł brzemię odpowiedzialności za innych. Zamknął się przez to w kajucie kapitańskiej i opróżniał szklanka po szklance skrzynkę wódki ofiarowaną mu osobiście przez dowódcę Gwiezdnej Floty. Wychodził tylko, żeby zbełtać się do toalety, jego kibel w kajucie był wadliwie zainstalowany – zamiast spuszczać wodę wybijał ją na podłogę. Po paru razach nawet pijany Lucjan miał już dość wymiocin na podłodze. Przylepiony do buta kafelek każdego wyprowadziłby z równowagi.
W czasie kiedy Bajber zalewał robaka w samotności, dowodzenie przejął komandor podporucznik Maurycy Klakson. Stojąc na stanowisku dowódcy okrętu czuł, jak pęcznieje z dumy. Był dowódcą! Dowodził! O tym marzył odkąd wstąpił do Floty. A teraz jego marzenie, chociaż tylko częściowo, spełniło się. Stał uśmiechając się głupkowato do załogantów i upojony szczęściem wydawał rozkazy. Wiedział, że to tylko tymczasowo, ale miał to w dupie. Naćpany radością obserwował przyrządy i niczym Czarnecki pod Grodziskiem, rozkazywał z ręką w kieszeni. Żeby teraz jego mama to widziała, zesrałaby się ze szczęścia, myślał...
Nagle na wyświetlaczu ciekłobetonowym pojawiła się twarz głównodowodzącego Gwiezdnej Floty. Po wyrazie twarzy obywatela admirała Stanisława Echopraksji można było wywnioskować, iż jest lekko niezadowolony.
- Bajber!!! Yyy... To wy towarzyszu Klakson! – admirał używał jeszcze starej tytulatury – Co jest kurwa?! Czemu wy dowodzicie?! Gdzie jest ten, yyy... Bajber?! – krzyczał admirał, śliniąc się przy tym jednocześnie. Jego częste przerwy w mowie i ślinotok, plus nieukończona podstawówka były przedmiotem kpin we Flocie. „Czego ten idiota się wydziera?!” myślał Klakson.
- Obywatelu admirale! Komandor Klakson jest chwilowo niedysponowany, zdał dowodzenie na mnie!
- Co wy pierdolicie towarzyszu!!! Gdzie jest ten, yyy... ten ochlejmorda zasrany... yyy... Bajber!!! Gdzie jest Bajber?! Wołaj tego zachlanego heteryka!!!
- Tak jest obywatelu admirale! – odparł Klakson i skierował się w stronę kajuty Bajbera. Nie zdążył nawet opuścić mostka, kiedy pojawił się Lucjan. Cały zarzygany, z jednym okiem zamkniętym, wtoczył się na stanowisko dowodzenia. Wchodząc rzuciło go wyraźnie na stanowisko radarowe, gdzie przy okazji wytarł swoją brudną rękę o jakiegoś technika. Mostek zamarł.
- Tooowarzyrzyszu adddmiralle! Komandorrr Bajber melduje się na, kurwa jebana, rozkaz!!! – wykrzyczał.
- JAK WY WYGLĄDACIE! – bulwersował się admirał. Padło potem jeszcze parę słów o godności floty, o sposobie prowadzenia się matki Bajbera i kilka innych słów powszechnie uznawanych za obelżywe. Bajber jednak tego nie słyszał, pokonywał w tym czasie kolejnego bełta.
- Przepraszam towarzyszu admirale, rozpakowałem jedynie pański prezent!
- CZYJ PREZENT?! Macie szczęście, że jesteście tyn... yyy... pijani! Dooobra, yyy... wziąć mi to ścierwo z mostka! Jak się wytrzeźwieje to niech ten... yyy... Niech melduje!
- Ależ obywatelu admirale! – przerwał komandor Klakson – Zostałem bezpośrednio poinformowany i przekazano mi meldunek dla dowództwa od komandora Bajbera!
- Dooobra, skoro już się podłączyłem to nawijaj ten... yyy... meldunek, o!
- Tak jest obywatelu admirale! Po wyjściu z korytarza koło Aldebaranu nasz radar wykrył obcy obiekt latający. Był to okręt klasy, tak podejrzewamy po wielkości odczytu radarowego, krążownika lub dużego krążownika. Początkowo nie zostaliśmy wykryci, komandor Bajber usiłował zweryfikować kontakt, a potem rozpoznać okręt. Nie była to jednostka żadnej znanej nam klasy. Komandor Bajber usiłował zejść z pola wykrycia, kierując się za Aldebaran B. Jednakże zostaliśmy podczas tego manewru wykryci. Wobec zaistniałej sytuacji komandor Bajber postanowił wycofywać się w stronę korytarza. W czasie wykonywania skrętu obcy obiekt otworzył do nas ogień, na co odpowiedzieliśmy tym samym. Podczas krótkiej wymiany ognia nasz radar wykrył najpierw kolejne dwie, a potem dużo więcej (nie policzyliśmy dokładnie ile) jednostek przeciwnika. Wobec ewidentnie wrogich zamiarów i przewagi przeciwnika wycofaliśmy się z obszaru A328z i wyszliśmy kursem na korytarz, gdzie zakrzywiliśmy czasoprzestrzeń. Wcześniej jednak wyrzuciliśmy sondę badawczą celem rozpoznania, z którą nadal utrzymujemy kontakt. Okręt odniósł średnie uszkodzenia.
- Dooobrze... Znaczy ten, yyy... Niedobrze w sumie, bo misję chuj strzelił. Khand mi teraz jajca oberwie... Dooobra, to ten... yyy... Wyślijcie do kwatery zapisy z sondy i wracać do bazy. Bez odbioru!
- Tak jest obywatelu admirale!
Komandor Lucjan Bajber truchtem wbiegł po schodach przed dowództwem Gwiezdnej Floty. Na placu przed monumentalną siedzibą admiralicji prężył się pomnik towarzysza Peruna. Już od paru lat zdobił on skwer przed budynkiem, a element wystający z odbytu towarzysza szczególnie upodobały sobie gennosiańskie gołębie. Wszystko to, w połączeniu z wódczanymi fontannami i zieloną trawą miało charakter idylliczny. Całe Gennose przybrało taki wygląd. Po zwycięstwie w wojnie o panowanie nad światem, mandragor Khand rozkazał przebudować miasto. Stara część, zabytkowa, została. Dobudowano nową, wypełniono ją szerokimi alejami i pięknymi osiedlami z wielkiej płyty. Miasto mogło się podobać, zaprojektowano je z rozmachem. Dodatkowo, dzięki sukcesom na polu ekologii, wszędzie biegały swobodnie pieski scholandzkie, które radośnie zaczepiały dzieci i emerytów. Żyło się tu radośnie i bezproblemowo. Jedynie podmiejskie osiedla emigrantów z Al Rajnu mogły razić, nie każdy gustował przecież w domkach z tektury i z blachy falistej. Khand planował rozwiązać ten problem, jedna dywizja pancerna powinna przecież wystarczyć...
Bajber wbiegł do gmachu i podszedł do seksownej pani portierki. Miała ona na oko 50 lat i sumiaste wąsy.
- Komandor Lucjan Bajber, ja na zebranie sztabu. Tu mam przepustkę!
- Pokój 4432, czterysta drugie piętro – odpowiedziała od niechcenia portierka.
- Dziękuję ślicznie – podziękował Bajber, po czym radośnie pobiegł w stronę windy. Przejażdżka nimi już od dawna była rozrywką, odkąd w specjalnym rozkazie zdecydowano, że windziarzami mają być trenowane foki.
- Czterysta drugie proszę.
- Już się robi obywatelu komandorze – odparła foka pięknym barytonem – Czy nie pogniewa się komandor jeśli sobie zapalę?
- Ależ proszę, ja też chętnie to uczynię.
- Dziękuję. Strasznie wkurwia mnie ta robota, sterczę tutaj cały dzień, pieniądz żaden, a i jeszcze mi płetwy zdrętwiały. I wie pan co nam dają do jedzenia? DORSZE! Jakby łososia nie mieli, sknery zasrane... – żaliła się foka.
- Co zrobić, takie życie...
- O, proszę! 402 piętro! Życzę miłego dnia obywatelu komandorze!
- Dziękuję! – krzyknął Bajber i ucieszony poszedł na zebranie. Uwielbiał przejażdżki windą z fokami.
- Proszę wejść! – krzyknął kontradmirał Stercz-Wykładnik. Bolimierz Stercz-Wykładnik był dowódcą krążowników Gwiezdnej Floty. Oprócz niego, w pokoju zebrań, znajdował się głównodowodzący Stanisław Echopraksja, wiceadmirałowie Lewatywa i Karburator, kontradmirałowie Wytłocz, Polistylen i Geremek, i paru ultraważnych komandorów ze sztabu. Bajber wszedł niepewnie do pomieszczenia. Na środku stał przepiękny mahoniowy stół rozmiaru bardzo dużego, z blatem pokrytym zielonym suknem. Na nim leżały rozłożone jakieś mapy, wszyscy żywiołowo przy tym palili papierosy. Bajber zasalutował i szybko acz niepewnie podszedł do stołu. Rozpoczął admirał Geremek:
- Tak więc towarzysze, sytuację mamy nietęgą. Otóż, nie wiem czy komandor wie, obywatelu komandorze Bajber, ale rozszyfrowaliśmy już zapis z sondy którą wysłaliście. Zarejestrowała ona manifestację wrogiej floty, tej którą wykryliście. Była ona liczniejsza od całej Gwiezdnej Floty razem wziętej, już wtedy mieliśmy mokro w gaciach. Ale potem, sonda wykryła kolejne rzeczy! Otóż, to co wydawało nam się głównymi siłami, było jedynie awangardą wroga! Sonda namierzyła główne (jak mniemamy) zgrupowanie floty wroga. Było one mastodontycznie wielkie, że tak powiem. W jej skład wchodziły przeróżne jednostki, od małych knypków wielkości naszych szkolnych „Kedarów” do ogromnych skurwysynów, większych z pewnością od naszej najwartościowszej klasy – okrętów uderzeniowych klasy „Towarzysz Wanda”.
- A czy już wiadomo co to za rasa? – spytał ktoś znad stołu.
- Niestety nie... – odparł admirał Geremek – Rozpuściliśmy już wici po galaktyce, może któraś z zaprzyjaźnionych ras będzie wiedziała na co wpadł komandor Bajber przy Aldebaranie. Na razie jedynie możemy siedzieć i czekać... I modlić się do Wandy żeby to cholerstwo nie zmaterializowało się gdzieś niedaleko nas. Bo będziemy mieli wtedy dokumentnie przepierdolone...
- Eee... yyy... Admirale, ja bym tak nie srał ogniem... Nie wiemy wszakże ten... yyy... Wszystkiego o przeciwniku... Nie możemy się na razie ten... yyy... usrywać się zbytnio i tak dalej... Wiecie o co mi chodzi – dobór słów nigdy nie był mocną stroną admirała Echopraksji.
- Niby tak, ale należy dmuchać na zimne. Póki co jesteśmy bezpieczni... Komandorze Bajber!
- Tak słucham?! – Bajber wyprostował się natychmiastowo.
- Pojedziecie na urlop zdrowotny, tygodniowy, do Stalińskiej Poręby. Odpoczniecie tam, zrelaksujecie. Trochę przeszliście. Z początku myśleliśmy że misja będzie całkowicie nieudana, a teraz widzimy że jest tylko częściowo spieprzona, także nie macie się czym martwić. Miłych wakacji życzę! Odmaszerować! – ciągnął admirał Geremek.
- Tak jest obywatelu admirale, dziękuję obywatelu admirale! – Bajber uśmiechał się szeroko. Urlop! Wyjebiście! W myślach już szukał lokalu, gdzie będzie się mógł napić...
Błekitny kabriolet sunął z ogromną szybkością po nadmorskiej drodze. W środku siedział Bajber wraz z mężem Mariuszem. Rozwiane włosy i niezwykły uśmiech na jego twarzy świadczył o dobrym samopoczuciu i humorze komandora. Jego mąż również cieszył się życiem. Wybrali się na przejażdżkę, stary Winnicki-Konieczny model 1972 nadal dobrze się sprawował. Co prawda większość koni mechanicznych pasła się już po rowach, nadal jednak można było z niego sporo wycisnąć. Zwłaszcza po zamontowaniu instalacji na skroplony beton, osiągi wzrastały wtedy o ponad 1000 koni! Mariusz przytulił się do Lucjana.
- Kochanie, jedźmy do domu – powiedział cichutkim głosem – Przygotowałem nam zrazy z kalmarów i zupę z trupa, potem weźmiemy szampana na plażę, ja ci obciągnę... Będzie miło...
- Dobrze kotku, ale jeszcze jedna rundka po okolicy. Przecież wiesz, że dawno nie prowadziłem...
- No dobrze, jedźmy więc... – Mariusz wtulił się jeszcze bardziej.
Pobyt mijał Bajberom bardzo powoli i spokojnie. Nie spieszyli się nigdzie, przechadzali się dostojnie po okolicznych plażach, dokarmiali kamieniami i śrutem kukuły inkaskie, liczne w tym regionie. Bajber nie myślał już o walce przy Aldebaranie, teraz myślami był przy mężu. Dojrzał do tego, chciał mieć dziecko.
- Wiesz co kochanie? – spytał pewnego dnia Lucjan – Uważam, że powinniśmy mieć dziecko...
- Naprawdę tego chcesz?! – Mariusz wystrzelił jak z procy. Na twarzy tego wziętego precelkhandzkiego tapicera pojawił się promienny uśmiech – Ale jesteś pewien?!
- Tak, myślałem już o tym... Wybierzemy sobie jakieś na wandegro, myślałem o dreamlandzkim – one są takie ładne!
- Też takiego bym chciał! Och, kocham cię Lucjan!
Mariusz zabrał się do dzieła. Kiedy już zdejmował bieliznę Lucjana, zadzwonił służbowy telefon komandora. Twarz Mariusza nagle posmutniała.
- To na pewno pomyłka, przecież mam urlop! – odparł śmiejąc się sztucznie Lucjan – Tak, słucham?
- Bajber!!! Ten... yyy... Wracaj natychmiast kurwa do bazy! MOBILIZACJA zatwardziały heteryku!!!
Metadane
autor: Michał Czarnecki
data: 12 sierpnia 2009 r.
linki: Wandea Ludu: 3