Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady” | POMF

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Moczowładny

PROLOG

W pewnej małej wiosce, gdzieś w okolicach Winnicy, dzień właśnie chylił się ku końcowi. Słońce zabarwione już krwistą, rewolucyjną czerwienią, nieubłaganie zbliżało się do horyzontu, ostatnimy promieniami rozświetlając piękny, wiejski krajobraz. Lekki wietrzyk, delikatnie niczym kochanek, smagał złociste, dojrzewające kłosy pszenicy, ciągnące się aż po sam czerwony horyzont. Był to zachwycający, każdego kto go ujrzy, obraz wandejskiej, sielankowej wsi. Przywodzi on na myśli naszą, Wandejską flagę i godło. Piękny to symbol. Nie uświadczysz takich widoków siedząc zamknięty w miejskich murach. W szarych, wielkich aglomeracjach, budowanych chyba na wzór monarchofaszystowskich siedlisk. Prawdziwy Wandystan był właśnie tu, na prowincji. Ci wszyscy pseudo towarzysze z samej góry daleko odeszli od Ducha Wandy. Może jeszcze kilku lewych było, ale to jakieś niedobitki. Czy to przywileje tak ich zepsuły? Czy może to przez konieczność nieustannego stykania się z monarchofaszystowskim pomiotem. Wiatrakow rozmyślał o tym wszystkim, stawiając sobie wiele niezwykle ważnych można rzec egzystencjalnych, a goszczących w głowach licznych, współczesnych wandów pytań, przyglądając się jednocześnie swojemu potężnemu strumieniowi moczu, który połyskując w ostatnich czerwonych promieniach słońca, zraszał ściankę stodoły. I gdy wreszcie więcej już nic z siebie nie mógł wydobyć, strząsając ostatnie krople zakrzyknął - Dosyć! Dłużej tak być nie będzie. Trza by coś przedsięwziąć by zmienić to całe łajno. A że tego dnia, jak każdego pierwszego miesiąca, cała wioska zbierała się przy ludowym ognisku pijąc, rozmawiając i bawiąc się, spiesznie oddalił się od miejsca swoich rozważań i podążył ku centrum wioski. Przy ognisku zaś, jak dobrze Wiatrakow wiedział, siedział jak zawsze sam Geremkosz, i to pomimo tego że był najstarszym mieszkańcem wioski i jak powszechnie uważano był wielkim mędrcem. Udał się zatem Wiatrakom wprost do niego, biorąc tylko z pobliskiego stołu dwa kieliszki, co by na rozluźnienie języka jeszcze kilka głębszych, z jego wciąż prawie nietkniętej, chowanej na późniejsze godziny flaszki, wypić. Uściskawszy sędziwego mędrca i wznióswszy tradycyjny, wprowadzający toast za wieczną rewolucję i chwałę Wandy zagadnął

- Dziadunio... bo ja mam taką sprawę... my tu wszyscy wiemy że ty nie w ciemię bity i dużo wiesz i rozumujesz. I ja tak sobie rozmyślił, że może mógłbyś pomóc mnie w moim zgryzie... Sam dziadunio wie co się tera w kraju wyprawia, słów ni warto nawet mówić, a ja o tak tu siedzę i już wytrzymać nie lzie! Muszę coś zrobić, i ja wiem, jak Wande kocham, wiem że jakowyś sposób być jest, żeby na to zaradzić, jeno jeszcze nie wiem jaki... może, może jakowąś rade dziadunio by mnie dał? - Geremkosz słuchał całego tego przydługiego wywody z rosnącą ekscytacją, pomimo wielu już wypitych kielichów umysł mu się rozjaśnił, wszystko przypomniało i wiedział że właśnie na tą chwile tyle czasu, niemal całe życie, czekał. Odstawiwszy swój kieliszek, z najwyższą powagą począł recytować:

- I nadejdą czasy smutku i klęski
A wiedział nie będzie nikt co ma czynić
I wtedy przybędzie bohater wiejski
Nie będzie on jednak mógł was wyzwolić
Jego przybycie znakiem jeno będzie
Nadchodzącej wielkiej Kary i Pomsty
Gwiazdy uderzą i upadną twierdze
Lud nikczemny narzędziem będzie zemsty
Dzieła strasznego dokończy piach i pył
A Ty wiejski dziadzie znaku wypatruj
Dnia który złotem i krwią będzie się tlił
Posłańca na właściwe tory skieruj

- Eee, co ty mnie tu jakimś rymowankiem czy czym walisz? Jeśli to ma być rada, to już ja wole mojego kieliszka się radzić...
- To przepowiednia! Proroctwo!
- E, bycze łajno jakieś
- NIE! Nie, czekaj dziecko moje porywcze i niewytrwałe! Radę dopiero teraz ci dam. A raczej pomogę ci jej odszukać... Gdy ciebie jeszcze na świecie nie było, ba twoich rodziców też! Ja przemierzałem nasz piękny kraj wzdłuż i wszerz, oj gdzie ja nie byłem. Ale do rzeczy! Pewnego razu zawędrowałem do dziwnego lasu, w zasadzie do wielkiej nie przebytej dżungli w zachodnich rejonach Perunary... co tu dużo mówić zgubiłem się, o tak, jeszcze jak! I gdy już myślałem, że puszcza ta pogrzebie mnie, jak i pewnie wielu innych pogrzebała, czerpiąc z nas życiodajne soki, przybył po mnie. Leżałem i czekałem już na śmierć, gdy nagle z szaleńczym śmiech doskoczył do mnie jakiś dziad i zasadzając mi kopa wrzasnął "Wstawaj! Nie twój to czas, dużo zrobić ty jeszcze musisz!". To był wielki, wspaniały człowiek. Niezwykły. Mój mistrz. Wiem, że wyda Ci się to idiotyczne, ale do niego musisz się mój chłopcze udać. On cie nauczy wszystkiego, on pomoże zdziałać wiele...
- Ale przeca on już zapewne od stu lat kwiatki wącha!
- Nie bądź taki pewien... jeszcze wielu rzeczy nie wiesz o tym świecie... Idź tam, a odpowiedzi znajdziesz. To moja rada, innej nie dostaniesz. Zawsze możesz zrezygnować i zostać już po wsze czasy tutaj i bezproduktywnie narzekać tylko...
- A żeby cie! Przemyśleć to musze...
- Przemyśl, a mnie już nie męcz! Tu masz mój dziennik ze wskazówkami... Sio! Przemyśliwać!

Wiatrakow więc poszedł do swojej chaty i rozważał noc całą, czy ma sens jakikolwiek ta szaleńcza wyprawa do jakiejś zapewne zmyślonej i nieżyjącej od dawna postaci. Iść przez cały kraj i być może na końcu swej drogi nic nie znaleźć, czy też porzucić myśli o zmianach i do końca życia przyglądając się patałachom z rządu na roli robić...

ROZDZIAŁ I

Droga z wyspy Marksa, do położonej na drugim końcu terytoriów Mandragoratu Wandystanu, Zachodniej Perunary jest długa i trudna. Lata świetności w tym kraju już dawno przeminęły i choć wciąż główne miasta pozorują rozwój, główne ciągi komunikacyjne pozostają w znośnym stanie, to wiele dróg całkowicie opustoszało i zniszczało, a pomniejsze miasta i nie jedna wieś obróciły się w ruiny. A Wiatrakow nigdy dalej niż do Winnicy, czy do sąsiednich wiosek się nie wybierał, doświadczenia więc w podróżach nijakiego nie miał. Co gorsza, również funduszy prawie żadnych nie posiadał, bo żył z tego co sam wyhodował, a ewentualne nadwyżki zamieniał na inne gotowe towary, takie jak choćby krzesło czy świeca... Nie miał też legitymacji partyjnej, nie było mowy więc o podróży państwowymi środkami transportu. A skoro nie mógł wykupić biletu na podróż, zaciągnął się na jeden z podróżujących na wyspę Wandy statek, w roli majtka.

I tak rozpoczął wielką, pouczającą wyprawę, w czasie której poznał wielu towarzyszy myślących podobnie jak on, dowiedział się więcej o funkcjonowaniu państwa, a przede wszystkim zobaczył i poczuł jak żyją inni mieszkańcy Wandystanu. Tak więc zmierzając do upragnionej Puszczy poznał pracę bibliotekarza, bimbrownika, cieśli, cukiernika, cholewkarza, dekarza, dokera, drukarza, drwala, dziewiarza, eguterzysty, ekspedienta, frezera, fajkarza, flisaka, górnika, garbarza, grabarza, hartownika, hutnika, impregnatora drewna, kinooperatora, kuriera, kasjera, kominiarza, kowala, kuśnierza, kaletnika, lutowacza, latarnika, murarza, montera rusztowania, moletownika, operatora koparki, obuwnika, parasolnika, plecionkarza, palacza kotłów, rusznikarza, rękawicznika, rymarza, statysty, studniarza, serowara, stolarza, tancerza baletowego, tokarza, tynkarza, topiarza fryty, ustawiacza maszyn do obróbki drewna, wozaka zrywkarza, wulkanizatora, wiertacza drewna, zwrotniczego, zamiatacza i wiele innych. A wszystko czego się tknął wykonywał z taką swobodą, dokładnością, precyzją, tak umiejętnie i po mistrzowsku jakby się do tej pracy narodził, aż jego pracodawcy klęli się, że zrobią wszystko, byle został z nimi i dla nich pracował.

Jednak Wiatrakow wiedział, że jego cel jest dalej, gdzie indziej i choć wykonywanie kolejnych podejmowanych przezeń prac, sprawiało mu wielką radość, to czuł głęboko w sercu, że zatrzymując się w miejscu robi coś niewłaściwego. Więc poruszał się, choć powoli, to jednak wytrwale i nieustannie do przodu. Zaiste wiele się nauczył w czasie swej podróży, a jego przekonanie o potrzebie przeprowadzenia zmian jeszcze bardziej się w nim utrwaliło. Zmian na górze, bo jak sam się przekonał nie tylko w jego wiosce ludzie są normalni, lewi i pełni ducha Wandy, a tylko ta wierchuszka, awangarda proletariatu jak na siebie mówią... tfu! Arystokraci poprzebierani w ciuszki Rewolucji! To oni są przyczyną naszych problemów! Trzeba ich zgładzić! Takie właśnie przemyślenia w jego głowie się kołatały, a gniew w nim wzbierał coraz większy. Nie tylko gniew w nim jednak wzbierał. Czuł bowiem coraz większą siłę, czuł się potężniejszy i widział jak ludzie chętnie słuchają jego słów, jak chętnie poszli by za nim obalać skostniały system. Ale rozumiał też, że to za mało, że nie jest jeszcze gotowy, że wciąż czegoś nie wie i nie rozumie. Za każdym razem, za każdym krokiem idąc dalej mówił do ludzi pozostawianych w tyle: "Pamiętajcie ludziska, Rewolucja jest wieczna, a Wanda nigdy nas nie opuści. Dziś jest źle, ale dnie lepsze jeszcze przyjdą! I ja dziś odchodzę, ale wrócę! Wrócę mądrzejszy i zdolny poprowadzić was w imię Wandy ku lepszej przyszłości!".

Wreszcie, po dwóch i pół roku, w czasie których tak wiele się wydarzyło, że można by nie jedną książkę napisać, a my niestety nie mamy tutaj miejsca by o tym dłużej mówić, dotarł do ostatniego miasta na jego trasie. Do Precelkhandy. Dalej musiał już iść według mętnych i niewątpliwie pisanych w nie pełnej trzeźwości umysłowej wskazówek Geremkosza, niech jego kieliszek zawsze będzie pełny. Na szczęście udało się Wiatrakowowi zaoszczędzić nieco grosza, za co nabył jurnego i pięknego - czarnego niczym noc rumaka dla siebie i jednego jucznego na którego załadował bezlitośnie zapasy na około miesiąc podróży. Tak przygotowany wsiadł do pociągu towarowego zmierzającego do San Jang. Ostatni odcinek Cywilizacji. Potem już tylko Puszcza i wreszcie pozna odpowiedzi na wszystkiego dręczące go pytania, dowie się jak uratować Mandragorat Wandystanu. O ile wysiądzie tam gdzie stary dziadunio, wychylający się ze swojego dzienniczka, mu kazał. Wando dodaj mi sił pomyślał jeszcze i zasnął.

ROZDZIAŁ II

Pośród przepastnych lasów Wielkiej Puszczy Perunary gdzieś na jej południowo-wschodnim krańcu leniwie tocząc swe wody, płynie w bliżej nieokreślonym kierunku, strumyczek. Nad jego brzegiem leży człowiek na wznak. Stojąca obok niego szkapa trąca nosem jego nogę ponaglając do wstania. Ten jednak leży bez czucia, a jego głowę obmywają wody strumyka. Wiatrokow do cna wyczerpany, bez nadziei, przeklinając po stokroć dzień w którym postanowił posłuchać rady starego Geremkosza, wierząc jego starczym opowiastkom, padł tu dobrych kilka chwil temu. Padł, ale nie bez życia. Choć płomień jego istnienia stał sie ledwo tlącą sie iskierką, wciąż miał szanse przeżyć. Gdyby tylko przyglądający się mu z ukrycia mały, stary człowieczek, podobny trochę do gnoma, ale pomarszczony i brzydki niczym heterocephalus glaber, zechciał mu wreszcie pomóc. Ten jednak tylko stał, opierając się na swojej drzewnej lasce i patrzył. Jakby na coś czekał. I wtem z przestworzy majestatycznie sfrunał, raczej w tych rejonach niespotykany, wielki, śnieżnobiały kukuł inkaski. Wylądował dokładnie naprzeciw leżącego, spojrzał wymownie wprost na gnomopodobnego staruszka, po czym pochylił swoją główkę i zaczął pić wodę ze strumienia. Człowieczek kiwnął nieznacznie głową i podszedł do leżącego podsuwając mu pod nos chusteczkę. Sole trzeźwiące podziałały natychmiastowo. Wiatrokow ocknąwszy się krzyknął z przerażeniem widząc pochylającą się nad nim, przypomnijmy niezbyt urodziwą, postać. Próbował niezdarnie uciekać, jednak zanim choćby wstał, staruszek powstrzymał go unosząc dłoń i przemawiając spokojnym, starczym, ale silnym głosem:

- Młodzieńcze, na wygłupy czas to nie jest. Po cóż krzyki te, taki straszny wydaję ci się ja?
- Nie, ja, yy ekh ekh
- Tak, tak! Wiem, puszcza nieprzyjazna stała sie, dużo złych istot krąży tu. To cud że żywy dotarłeś aż dotąd. Cud, albo i nie.
- Kikim, jesteś?
- Kim JA jestem? Ha! Ważne to nie jest. Kim jesteś ty, o! To pytanie właściwe jest i na nie odpowiedzieć musisz sobie.
- Yhy, eee taak na pewno... ekhe skonczył mi się prowiant, nie wiem gdzie jestem, mój koń zaraz wyzionie ducha, zostałem sam... czy... czy mógłbyś mi pomóc? Inaczej na nic już nie odpowiem ekhe
- Ależ po to właśnie tu jestem! Dasz radę iść? Na pewno! Innego wyjścia nie masz. Nieść cię ja nie będę, hihi. To nie daleko. Chodź, chodź. Obiad gotowy już jest!


- Czy to jest zupa z buraków?
- Tak, tak! A na drugie potrawkę z buraków tobie podam!
- A coś innego jest?
- Buraczków nie lubisz?
- Lubię, lubię... ale to już trzeci dzień jak każesz mi jeść buraczki...
- A mocz jaki ty masz?
- Słucham?
- Widzisz synku mój. Wielu rzeczy jeszcze nie wiesz. Mocz to Potęga. W Moczu siła jest! Ale żeby ją wydobyć musisz dietę dobrą mieć. Gdy już mocz twój koloru krwistej czerwieni nabierze, wtedy inne potrawy jeść bedziesz mógł. A na razie buraczki!
- To jakieś brednie! Ała!
- Brednie nie są to! I uważaj lepiej, bo choć stara, ee... stary jestem, to siłę mam. Mocz sprzymierzeńcem mym jest, to on siłe daje mi. Wkrótce, pokażę wszystko ci.


- ...strumień kontroluj! Na jednym poziomie utrzymać musisz go! Dobrze, dobrze, a teraz wzmocnić spróbuj tak jak mówiłem ja, delikatnie. NIE! Za mocno! I widzisz? Zużyłeś wszystko...
- Uhh... Czego ty ode mnie wymagasz?! I tak bym dłużej nie wytrzymał... Nawet nie wiedziałem że mam w sobie tyle płynów. Przecież to niemożliwe!
- Ha! Wszystko możliwe jest, gdy Mocz w tobie silny. Ale rzeczywiście płynów tylu ty w sobie nie masz. Kontrolujac strumień uryny, zamienia ona się w Mocz. Czystą energią staje się, płynami odrobinę tylko nasyconą. Wzmacniając strumień tylko i wyłącznie wiecej uryny dodałeś miast energii i dlatego nie powiodło ci się.
- Chyba rozumiem...
- Nic nie rozumiesz! Udajesz, a tu, w głowie wciąż według schematów starych funkcjonujesz. Za pózno Geremkosz przysłał cię... za późno. Masz pij, wszystko. Do ćwiczeń wracamy zaraz.
- Tak mistrzu...


- Wyszkolony w pełni nie jesteś. Więcej czasu jednak nie mamy. Działać trzeba. Za nim jednak wyruszysz by zrealizować swoje przeznaczenie, pracę dla mnie wykonać musisz. Las ten złem został skażony. Musisz zło to wyplenić. Towarzyszy swoich pomścić, w boju sprawdzić sie.
- Zrobię to. Tylko... mam pozabijać wszystkie te potwory?
- Nie! Źródło znaleźć ty musisz. Gdzie ono jest nie powiem ci ja, Mocz będzie Cie prowadził.
- Ale, ale jak? Nie wiem jak...
- Wypróżniając się umysł oczyść, wszystko wyrzuć z niego. Wizje przyjdą wtedy. Do celu zaprowadzą cię one. To medytacji starożytna metoda. Gdy już na trasie będziesz, użyj jej, a teraz do drogi przygotuj się. I pamiętaj, aby czarnej porzeczki nie jeść, pod żadnym pozorem. Niechybnie ku ciemnej stronie Moczu ona zaprowadzi cię.

Niech Mocz będzie z Tobą!

ROZDZIAŁ V

Błoto zmieszane z krwią spływało z ciała Wiatrakowa w obfitych strugach deszczu. Ledwo utrzymywał się na nogach, ale wytrwale stał i łomotał w drzwi chatki. Mistrz jednak nie otwierał. W końcu pukać przestał i osunął się na ziemię, a wiedział że każda chwila jest ważna, że za chwilę może być za późno. Nie miał już jednak siły, musiał odpocząć. I gdy już zamykał oczy usłyszał... chichot, tak! Żeński chichot! Nie ma co do tego wątpliwości. A potem trzask drzwi, jakieś szumy, przyciszone głosy. Adept Moczu zerwał się na nogi, zebrał w sobie siły by stoczyć kolejny pojedynek, choćby miałoby kosztować to życie, już chciał biec w stronę głosu gdzie jak się spodziewał zastanie chichoczących wysłanników Złego nad stygnącym ciałem jego Mistrza, gdy wtem drzwi się otworzyły.

- Ja yyy słyszałem...
- Tak?
- Jakieś głosy tam i...
- Głosy słyszysz? W dżungli za długo byłeś co?
- Nie, ja... czemu drzwi nie otwierałeś?! Jestem wykończony...
- Krwawisz, ale nic to. Jak widzę stać radę dajesz i do walki rwiesz się jeszcze, hę? Chodź, dam ci zaraz dobrego cos, sił przywróci ci, czasu mało, jak zawsze, czasu mało!
- Tak, mało. Już wszystko wiem...
- Wiesz?
- I jestem gotów
- Mocz w Tobie silny, ale czy radę dasz?
- Muszę, źródła zła tego tutaj, ale i w całym Wandystanie poznałem. Dobrze że wysłałeś mnie wpierw na tę misję. Teraz wszystko rozumiem...
- Dobrze.
- Ale... ale w wizjach... widziałem śmierć.
- Swoją czy czyjąś?
- N-nie jestem pewien. Dużo śmierci.
- Śmierć jest naturalną częścią życia.
- Tak.
- Wandy wola wypełnić się musi.
- A więc polecę.
- Mam statek nie daleko ukryty, zabiorę cię ja do niego. W drodze odpoczniesz. Pij, to receptura starożytna, znacznie wzmocni cię. Ta walka trudną będzie, smierć i ja widzę w tym starciu, możesz nie wrócić już. Pij, pij.
- Jakies dziwne to, ciemne. Nie zaprowadzi mnie to na ciemną stronę Moczu?
- PIJ! To krwista czerwień jest, potężny będzie twój Mocz, o tak.
- Czy ja umrę?
- Jeśli Wanda tak zechce... to tak.
- Więc żegnaj.
- To dla dobra Wandystanu, Rewolucji, taka wola Wandy.
- Wygram, obiecuję.
- Niech Mocz będzie z Tobą.

Wiatrakow wszedł do przypominającej nabój do AK-46 kapsuły-statku, a tuż za nim błyskawicznie zatrzasnęły się wrota. Na szczęście w tym samym momencie zapaliły się lampy pod podłogą skutecznie rozświetlając całą przestrzeń. Ale dużo do oświetlania nie było. Niewielki panel, służący najpewniej do sterowania, fotel pośrodku i sedes na wprost fotela. Nasz bohater podszedł do panelu chcąc urochomić statek. Nie było to trudne; na desce rozdzielczej centralne miejsce zajmował wielki przycisk podpisany jako "start". Wcisnął go i poczuwszy wibracje, ufając swojemu Mistrzowi, usiadł wygodnie na fotelu. Rozsiadłszy się, włożył do specjalnie do tego przeznaczonych miejsc w sumie 5 butelek z przekazanym mu dziwnym napojem po czym rozpiął rozporek, wyjął rękojeść (jak żartobliwie określał w myślach swojego penisa) i po chwili obliczeń skierował strumień Moczu wprost do dziury w sedesie. Odprężył się, oczyścił myśli i odpłynął w medytację. Po zaledwie pół godzinie dało się odczuć potężny wstrząs. Statek zacumował. Najwyraźniej kody tego pojazdu były w bazie danych stacji. Adept wybudził się z medytacji, wypił ostatnią butelkę krwistego napoju i wstał czując drzemiącą w nim potęgę Moczu i niezwykły spokój. Jego umysł był jasny on zaś skupiony. Cel był jasny. Zniszczyć Palpatyna Zgonarchę Lepkiego. Prezydenta Mandragoratu Wandystanu. Złego. Człowieka działającego przeciw Ludowi i Rewolucji. Upojonego swoją władzą i potęgą, potęgą płynącą z ciemnej strony Moczu. Wiatrakow widział to w swoich wizjach. Teraz od niego wszystko zależy, od tego pojedynku. Wrota otwierają się. Czterech żołnierzy 69 Kompani Piechoty czeka na niego. Stoją na baczność, nie atakują go, nie pytają. Oni też już wiedzą. Kiwa im głową, ale nie odpowiadają mu. Bez słów ruszają, wiedząc że on pójdzie razem z nimi. Maszerują do centrum dowodzenia, prowadzą go do Złego.

Żołnierze wypychają Wiatrakowa z windy, sami zaś nie wychodzą z niej, zostawiając go samego. Panuje tu półmrok - jedynym źródłem światła są monitory, lampki kontrolne i ostatnie promienie słońca wdzierające się przez przepastne okno. Dzięki temu w centralnej części sali, na podwyższeniu, obok fotela przypominającego tron, można było dostrzec postać skrytą w czarnym płaszczu, z kapturem na głowie. Ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, Palpatyn przyglądał się naszej planecie wciąż jeszcze cieszącej się światłem zachodzącego słońca. Jak wszystko w kosmosie, był to zapierający dech w piersiach widok. Szczególnie dla kogoś kto nigdy nie miał okazji choćby zdjęć zobaczyć, jak to było w przypadku młodego Adepta Moczu. Podszedł on do wielkiego okna przy którym stał Lepki i aż westchnął z zachwytu. Stali tak obok siebie chwil kilka, milcząco podziwiając piękno świata naturalnego. Wiedząc, że zaraz przyjdzie któremuś z nich umrzeć. W końcu odezwał się Zły.

- Piękne prawda? Oczywiście że tak. A widzisz tu jakiś beton? Widzisz tu działalność człowieka? Czysta natura, a czy my nie jesteśmy zwolennikami postępu? Industrializacji? Wyobraź sobie, gdyby cała planeta zamieniła się w jedno wielkie miasto... Czyż nie byłby to odrażający widok? Świat nie jest czarno-biały towarzyszu...
- Owszem, pięknie to wszystko wygląda, ale gdyby stało się tak jak mówisz, widok z tej stacji - produktu zindustrializowanego społeczeństwa i wysokiej technologii - byłby jeszcze wspanialszy. Wszystko jest jasne towarzyszu. Nie ma względności, nie ma szarości. Jesteś z Wandą, z Rewolucją, albo przeciw niej. Wybrałeś przeciwną Rewolucji stronę i za to musisz zginąć. Zatruwasz naszą ojczyznę swoimi wątpliwościami, swoim pesymizmem, swoim antywandyzmem.
- Nic nie rozumiesz... ale jakże mogłoby być inaczej? Jesteś małpą, której dano zegarek. Skończmy to byle prędzej. Jeszcze muszę uratować świat.

Palpatyn odrzucił kaptur, rozchylił płaszcz i ujął w dłoń naprężone prącie. Wiatrokow już był gotowy - przyjąwszy pozycję bojową i pewnie dzierżąc swą rękojeść czekał na atak. Tylko delikatny pomruk aparatury i lekko przyspieszone oddechy zakłócały idealną ciszę która zapanowała. Pięć krótkich tryśnięć, po których Palpatyn natychmiast zeszkoczył z podwyższenia unikając ewentualnego kontraatku, rozpoczęło pojedynek. Wiatrakow jednak był niedoświadczony, ledwo co udało mu się odbić trzy z lecących strumyczków Moczu, a co dopiero mówić o kontraataku. Do tego dwa pozostałe dosięgły celu odrzucając go do tyłu. Rozległ się gromki śmiech Palpatyna.

- I ty masz być tym, który strąci mnie w otchłań niebytu?! - Potężny strumień krwistoczerwonego Moczu uderzył znikąd, uciszając Lepkiego. Mimo uniku o włos brakowało, a atak byłby skuteczny. - No, no może jednak powalczymy...

Słońce właśnie całkowicie zaszło, pogrążając w całkowitym niemal mroku pomieszczenie, tak że nie sposób było dostrzec ani walczących, ani wymienianych przez nich ciosów. Oni jednak wiedzieli gdzie celować. Mocz ich prowadził... Ale, choć obaj wiele Moczu w sobie mieli, to Palpatyn wyraźnie dyktował warunki pojedynku. Można było odnieść wrażenie że bawi się swoim przeciwnikiem, drażni go. Tak też sądził atakowany. Nie wiedział, że dynamiczny pojedynek niesamowicie męczył starego już Zgonarchę. Z tego też powodu obaj dążyli do ostatecznego zwarcia, do decydującego pojedynku Moczu. W końcu decydując się na rozstrzygnięcie, stanął Palpatyn mając własny tron za plecami, naprzeciw siebie zaś mając drzwi do windy obok której skrył się po ostatnim uderzeniu Wiatrokow i zawołał:

- Kończmy to! Poznasz teraz prawdziwą potęgę Moczu! - Młody adept bez lęku wyszedł, stanął naprzeciw swego wroga i spokojny głosem odpowiedział:

- Twój Mocz jest czarny niczym noc, podążasz ścieżką ciemności, a ta daje złudne poczucie siły. Teraz, na koniec, wreszcie to zrozumiesz.

Strumienie moczu jednocześnie wystrzeliły z obu członków i dokładnie w połowie drogi starły sie ze sobą. Energia i sama uryna bryzgały na całe pomieszczenie, niszcząc wszystko w co trafiły, w miejscu zaś styku obu strumieni tworzyła się nabrzmiewająca bańka Moczu. Energia jaka skumulowała się w tym miejscu była tak wielka, że czerwono-czarne promieniowanie rozświetliło twarze walczących. Wyraźnie widać było pogardę, wściekłość i wysiłek, wyrysowane na twarzy Palpatyna oraz spokój i co najwyżej lekkie zmęczenie malujące się na obliczu Wiatrakowa. Krzyk wysiłku i ze strony Złego poszedł impuls zwiększonego strumienia Moczu. Bańka pękła z ogłuszającym hukiem rozlewając się niszczącą falą energii, która zmiotła wszystko w promieniu dziesięciu metrów. Palpatyna odrzuciło wprost na jego tron, co uratowało go przed niechybną śmiercią w przestrzeni kosmicznej, bowiem okno nie wytrzymało i rozprysło na milion maleńkich kawałków. Szybko jednak system zabezpieczeń zamknął laserową kurtyną wybite okno, powstrzymując wyssanie wszystkiego z sali tronowej. Wiatrokow miał mniej szczęścia - fala Moczu odrzuciła go na drzwi windy, które razem z nim uderzyły w ścianę szybu. Lecąc ku pewnej śmierci kilkadziesiąt pięter w dół, zdążył jednak ocknąć się i chwycić wystające kable ratując swoją misję przed całkowitą klęską. Rozpoczął wspinaczkę z powrotem na górę, a gdy dotarł na ostatnie piętro, Zły już na niego czekał. Delikatnie nadepnął na jego dłoń - na tyle by dać do zrozumienia bliskość śmierci, ale nie na tyle, by zrzucić go z powrotem w przepaść.

- Wiesz co? Nawet mi ciebie żal. Mógłbyś zajść naprawdę daleko, gdybyś tylko nie poddał się zwodniczym naukom i manipulacjom Madam Ichnik...
- Akhhhe... - Wiatrakow wydał z siebie przeciągłe kaszlnięciocharknięcie - To ty poddałeś się zwodniczym naukom! A żadnej Madam nie znam skurwysynie. - Mieszanka krwi i śliny wycelowana w twarz Palpatyn trafiła jedynie w jego but, spływając na dłonie Wiatrakowa.
- Więc nawet nie wiesz... Czy zastanawiałeś się skąd znam ścieżki Moczu? Czyż sam mogłem się wszystkiego nauczyć? Bez... mistrza? Taak, dobrze się domyślasz, miałem tego samego mistrza co ty i też dałem się początkowo zmanipulować. Na szczęście Wanda chciał, że przejrzałem i zobaczyłem...
- Weź nie pierdol, tylko kończ to...
- Czy nie zastanawiało cię czemu twój mistrz nigdy nie pokazywał jak się co robi? Nie ćwiczył z tobą?
- Sstary jest.
- Gdy jeszcze moje szkolenie się nie zakończyło, moja wrodzona ciekawość zaprowadziła mnie do pokoju naszego mistrza. Odkryłem tam przerażającą prawdę...
- Nie waż się oczerniać mojego mistrza!
- Mój drogi... Twój mistrz... Twój mistrz jest kobietą...
- Nie, to nie może być prawda!
- Zbadaj swoje odczucia! Niech Mocz w twym umyśle i sercu przemówi! Przyjmij prawdę.
- NIEeeeeeee!!!
- Ciemna czy Czerwona ścieżka... liczy się tylko władza, potęga. Ona wykorzystała cię, oszukała, byłeś dla niej środkiem do powrotu do władzy. Chodź ze mną, razem Czerwień i Czerń naprawi i odbuduje Wandystan!

Palpatyn zdjął but z dłoni swego wroga i wyciągnął ku niemu rękę. Nie wiedział jeszcze, że to już nie ma znaczenia. Dokładnie w momencie wyciągnięcia ręki, metoryt przekroczył linię bezpiecznego strzału. Szansa na rozbicie skały na dwa mniejsze kawałki które ominęły by v-Ziemię bezpowrotnie minęła.

- Niee. Nie dołączę do Ciebie. Jeśli nie ma żadnych wartości i Idei, jeśli liczy się tylko władza... jeśli Rewolucja umarła, Wandyzm to pusty frazes, a Mandragorat to ciepłe stołki... Nie chce żyć w takim świecie i niech Wanda mi wybaczy, że nic mi się nie udało...

Wiatrakow, Moczowładny, Nadzieja Ludu, Znak od Wandy... W świecie umarłych idei wolał wybrać śmierć od władzy. Palpatyn nie mógł zrozumieć dokonanego przez tego śmiałka wyboru. Poczuł też jak jego twarde i zimne niczym skała serce drgnęło, do oczu zaś napłynęła dziwna wilgoć której pochodzenia i przyczyn nie mógł dociec. Otarł twarz, wziął się w garść i podszedł do tronu. Włączył komunikator, który od razu rozbrzmiał spanikowanymi krzykami żołnierzy.

- Spokój! Co tam się dzieje!
- Towarzyszu Palpatynie! Skała! To koniec! Przekroczyła linię zero! To już koniec!!!
- Sza! Możemy wciąż zminimalizować straty. Wykonać uderzenie rozbijające. Strata Precelkhandy i Winnicy aż tak nas nie pogrąży...
- T-tak jest!

Palpatyn, zmęczony, zrezygnowany i załamany skrył swą twarz w dłoniach i tym razem już rzewnie, bez zahamowań zapłakał

- Bądź przeklęta Madam Ichnik! - krzyknął z wściekłością i rozpaczą w głosie... Fale uczuć targały Palpatynem, choć do tej pory całkowicie panował nad emocjami. Gdy było trzeba uwalniał je, by innym razem całkowicie je stłumić. Teraz stracił jakąkolwiek kontrolę. I gdy tak jego serce miękło, dusza się budziła, zaś bezwzględny polityk umierał, doznał olśnienia.

- Poruczniku! Jesteście tam jeszcze?
- Tak jest, zaraz odliczamy do strzału.
- Zmiana planów Towarzyszu. Ogłoś ewakuację bazy. Ustaw nasz kurs na kolizyjny ze skałą.
- A-ale czy to coś da?
- Tak, jeśli ktoś w ostatniej chwili uzbroi działo.
- Tak, chyba tak! To się powinno udać! Gdzieś nawet miałem takie obliczenia... Słyszeliście? Ustawiać kurs! Zaraz wyznaczę ochotników do tego chwalebnego zadania! - Towarzyszu. Wszyscy, dokładnie wszyscy, macie się ewakuować.
- Nie rozumiem, to kto zo... Towarzyszu Prezydencie! Chyba nie myślicie żeby...
- Już nie jestem Prezydentem. Wykonać! To rozkaz!
- T-tak jest. Niech Wanda ma cię w swojej opiece... Dziękujemy.

Ryk syren ewakuacyjnych zagłuszał nawet myśli. Nie przeszkadzało to jednak Palpatynowi. Patrzył wprost na zbliżając się skałę. Jego serce wypełniło się spokojem i... szczęściem. Tym prawdziwym. 10... 9... 8... guzik wciśnięty, działo uzbrojone, 3... 2... 1...

- Ku chwale Rewolucji i Wandy!

Zderzenie i ogromny wybuch. Zgromadzony płynny beton gotowy do precyzyjnego strzału w jednym momencie eksplodował w wbijającej się w głąb meteorytu bazie. To wystarczyło by rozbić go nie na dwa, ale na setki kawałków, które jeśli dotrą do ziemi będą całkowicie niegroźne. I tak Wiatrakow, krusząc lód Palpatynowego serca swym bohaterskim czynem, uratował jego rękami Mandragorat Wandystanu przed całkowitym zniszczeniem. Teraz wszystko w rękach Wandejczyków. Czy znak odczytają, czy odejdą w nicość.

KONIEC

metadane
autor: Palpatyn Zgonarcha Lepki opublikowano: Wandea Ludu, listopad-grudzień 2010 link: Prolog, Rozdział I, Rozdział III, Rozdział V