Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady” | POMF

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Korsarze

Wschodzące słońce zalało blaskiem seledynowe wody oceanu, rozpruwane dziobem potężnego sarmackiego galeonu „Święty Medard”. Silny, południowy wiatr nadymał żagle okrętu wyładowanego po brzegi krzepkim rumem mandragorowym z Sułtanatu Precelkhandy. (W każdym razie, galeon BYŁ wyładowany rumem po brzegi, kiedy statek wyruszał z portu w Precelkhandzie – obecnie na „Świętym Medardzie” pozostało tylko kilka butelek trunku, a rejs, jak można się domyślić, był wesoły.)

Załoga raźno krzątała się po okręcie, obijając się od czasu do czasu o puste butelki, a sternik między chrapnięciami korygował kurs galeonu, dążąc do pierwszego w historii sarmackiej żeglugi przepłynięcia zygzakiem całej trasy Precelkhanda-Sola. Gdzieś w oddali za statkiem można było jeszcze dostrzec Wyspę Roberta Janusza – nazwa tego skrawka lądu została wymyślona przed chwilą przez majtka z bocianiego gniazda, a wzięła się od imion bosmana „Świętego Medarda”, który bezskutecznie usiłował zaprowadzić na statku dyscyplinę i został na owej wyspie zostawiony przez marynarzy wieczorem dnia poprzedniego.

W ten sposób czas do godziny jedenastej przed południem upłynął Sarmatom na leczeniu kaca i płynięciu zygzakiem na północ. Gdy już większość załogi była w stanie używalności, Mikołaj Piotr, z woli Boga i Ludu kapitan „Świętego Medarda”, nakazał zwołać załogę na posiłek. Jak codziennie podczas tego rejsu marynarzom podano makaron z rumem i rum na popitkę, a potem zwyczajowo urządzono zawody w przeciąganiu makaronu.

Sielankę przerwał dopiero po południu okrzyk majtka z bocianiego gniazda. - Czarne żagle na horyzoncie!


Kapitan Armin wybuchnął na widok sarmackiego galeonu okrutnym śmiechem, przytupując sobie do taktu drewnianą nogą. Zawtórowała mu siedząca na ramieniu papuga oraz załoga składająca się z barbarzyńskich, czarnowłosych i czarnookich Scholandczyków. Bryg „Wyzysk”, owoc pracy setek niewykwalifikowanych robotników ciemiężonych w stoczniach Królestwa Scholandii, powoli i nieubłaganie doganiał „Świętego Medarda”. Korsarze zabijali czas oczekiwania ostrząc szable, rychtując działa i zacierając ręce na myśl o nieszczęsnych sarmackich żeglarzach.

Tymczasem kapitan Armin pod pokładem torturował bosmana Roberta Janusza, porwanego wczesnym rankiem ze swojej wyspy. - Pij! – rechotał, wlewając kolejną porcję ciepłego mleka w nieszczęsnego Sarmatę. Tortura ta przetrwała do naszych czasów, była między innymi stosowana w KL Morvenau przez scholandzkiego okupanta wobec większości żydowskiej i jeńców sarmackich. - A teraz gadaj – zażądał korsarz. – Ile dział ma ten wasz stateczek? - Nic ci nie powiem! – zagrzmiał bosman. – Mój honor oznacza wierność!

Im dłużej korsarz nalegał, tym bardziej Robert Janusz nie chciał nic powiedzieć. Sprytny plan Scholandczyka, by dowiedzieć się o słabościach „Świętego Medarda”, a następnie je wykorzystać, spalił więc na panewce. Zostawało mu tylko jedno – klasyczny, staroświecki abordaż, poprzedzony ostrzałem z dział.


Mikołaj Piotr, z woli Boga i Ludu kapitan „Świętego Medarda”, podjął decyzję. - Marynarze! – rozpoczął mowę. – Stajemy w obliczu zagrożenia ze strony scholandzkich korsarzy! Ale nie ugniemy się! W naszych żyłach płynie krew dziesiątków pokoleń mężnych, sarmackich wojów! Każda burta będzie nam fortecą! – skończył triumfalnie kapitan. Odpowiedział mu radosny i odważny, choć cokolwiek nieskoordynowany okrzyk załogi.


Nadszedł czas ostatecznej rozprawy. „Święty Medard” i „Wyzysk” zwróciły się sobie burtami i wypaliły z dział. Kule zgruchotały burty i zmasakrowały załogi, jednak tym, co przeważyło szale bitwy, było potłuczenie całej skrzynki rumu na „Świętym Medardzie” przez scholandzki pocisk. Oszalała ze wściekłości załoga sarmackiego galeonu sczepiła ze sobą okręty i rzuciła się do abordażu, mimo protestów korsarzy, uważających, że to oni powinni zaatakować Sarmatów, a nie Sarmaci ich. Na pokładzie „Wyzysku” rozgorzała gwałtowna walka. Szczęk szabel i huk samopałów wypełnił powietrze. Trup ścielił się gęsto po obu stronach, a liczebność korsarzy równoważyła bojowy szał Sarmatów.

Szczególne spustoszenie wśród obu załóg siali kapitanowie statków. Prędzej czy później musiało dojść do ich spotkania, i tak też się stało. Stary miecz zakonny, którym przodek kapitana Mikołaja Piotra ściął głowy trzech ostatnich Leblandczyków za jednym zamachem, zderzył się ze szczękiem z legendarnym mieczem elfiej roboty, Aragornem, dzierżonym przez kapitana Armina. Pchnięcia spotykały się z zastawami, szerokie cięcia z unikami. Każdy z wodzów w skupieniu próbował przełamać obronę drugiego. W końcu jednak szabelka kapitana Armina nie wytrzymała parady potężnego brzeszczotu Sarmaty i z trzaskiem pękła, a w chwilę później głowa korsarza spadła na pokład razem z głowami dwóch innych Scholandczyków, którzy napatoczyli się pod miecz Mikołaja Piotra. W tym momencie upadł duch w dzikiej, korsarskiej załodze. Jak na komendę wszyscy, którzy dotąd przeżyli, złożyli broń. Kapitan Mikołaj Piotr łaskawie kazał ich wrzucić do morza, a „Wyzysk” zatopić.

Następnie „Święty Medard” ruszył w dalszą drogę, a załoga świętowała zwycięstwo przy rumie i makaronie...

Metadane
Autor: Takaris Altharin
Data: 18 sierpnia 2006 r.
Link: wandea