Jądro w Ciemności 2.3
Szeryf szybką strzelbę miał
Misio poczuł ogromny ból w plecach. Zapewne był on związany z hukiem wystrzału, który usłyszał na ułamek sekundy wcześniej. Był zły jak nigdy dotąd, bo przecież prawie mu się udało. Bóg chciał jednak inaczej i teraz Misio leżał trafiony na zimnej podłodze magazynu, wijąc się z bólu i krzycząc: „Kurwa ! To nie fair ! Wiedziałem, że to się tak skończy, ale to nie fair ! Kurwa !” Był ciekaw, czy dożyje do momentu kiedy zobaczy twarz swojego oprawcy. A tamten powoli zbliżał się do leżącego Misia. Słychać było wyraźnie jego kroki, odgłosy ciężkich wojskowych butów dudniły w całym magazynie. Misio w napięciu śledził każde postawienie stopy, każdy szelest dochodzący ze strony tego, który do niego strzelał. Powolny krok chód zmienił się prędko w szybki marsz, a potem w bieg. Tamten widocznie uznał, że kiedy Misio przestał krzyczeć, to pewno już nie żyje. Chciał zobaczyć swojego pierwszego zabitego człowieka w życiu. Musiał być młody, skoro podbiegł i zdyszany przystanął koło Misia.
- Czego się gapisz, skurwysynu ! Trafiłeś mnie, to mnie dobij gnoju ! Rozumiesz?! – warknął Misio i przyjrzał się swojemu oprawcy. Był to młody żołnierz, jeszcze dzieciak, który był równie śmiertelnie przerażony, co on sam. Misio pojął w mig, skąd wytrzasnął się tu ów wojak. „Przecież jest stan wojenny... Kurwa...” pomyślał.
Istotnie był stan wojenny. Sytuacja w państwie nie była rewelacyjna, była tragiczna. Aby przywrócić jako taki spokój w miastach, wprowadzono stan wojenny. Wojsko wyszło na ulice i kontrolowało wszystko i wszystkich. Zdecydowano się na ten czyn, ponieważ policja w ogóle nie radziła sobie z zachowaniem porządku. Co więcej, była skorumpowana do cna i całkowicie niewyszkolona. Pewno po wczorajszej rozróbie na ulicy, gdzie Misio posłał do piachu paru chłystków, ktoś poinformował wojsko o tym zajściu. Dotychczas przecież słychać było tylko pojedyncze wystrzały, a tu nagle ktoś strzelał z broni maszynowej. To musieli być partyzanci... Misio w żadnym scenariuszu wydarzeń, nie zakładał, że wykryją go organy ścigania. A jednak i to już następnego dnia. Ktoś go musiał wydać, co jakoś specjalnie nie bulwersowało Misia. Bardziej denerwowało go to, że został trafiony i niechybnie umrze. Tymczasem młody żołnierz wołał bo sanitariuszy. W krótkim czasie załadowali Misia na nosze, odprowadzili do ambulansu i wysłali do szpitala...
Misio spędził w szpitalu dwa tygodnie. Miał szczęście, bo kula przeszła parę milimetrów od płuca. Trzeba mu było tylko wyciągnąć pocisk i zaszyć ranę. I tak oto, nasz bohater, wypoczywał sobie w szpitalu, podrywał pielęgniarki i dowcipkował. Nie myślał o tym, co było i co będzie. Żył chwilą, nie pamiętał kiedy ostatni raz wypoczywał. Od 1941 roku cały czas był w ruchu, coś robił, nie miał okresu odpoczynku. To walczył, to pracował, uczył i pomagał. Nie dbał o siebie, zawsze o innych. O ojczyznę, o rodaków, o żołnierzy z oddziału, potem o sąsiadów. Pod koniec już go to męczyło, chciał to wszystko zostawić i uciec, ale nie potrafił. To, że nie umiał zmienić swojego życia denerwowało go najbardziej. Beztroskę szpitalnych chwil przerwało brutalne wtargnięcie w jego życie pewnego majora baridajskiej armii, który pewnego dnia wszedł do jego sali. Był to rosły mężczyzna, o siwych włosach i na pewno nie pochodził stąd. Nie był śniady ani czarny, typowy człowiek z zewnątrz. Elegancko zdjął swój nienagannie czysty płaszcz i usiadł na krześle, koło łóżka Misia.
- No no no, niezłe z pana ziółko panie pułkowniku – odezwał się do niego z wyraźnym niemieckim akcentem.
- Och, proszę mówić do mnie po niemiecku, doskonale rozumiem... – odpowiedział mu Misio – Dlaczego nazwał mnie pan pułkownikiem, panie majorze?
- Ech głupi... Wiemy o tobie wszystko. Pułkownik KSZ Jan Meisnerowicz. 1938 wstępuje w randze podporucznika do sarmackiej armii, służy w piechocie zmotoryzowanej. W 1939 roku awansuje na porucznika i dowodzi plutonem w kompanii C 32. Gellońskiego Pułku Zmotoryzowanego. Od 1940 kapitan i dowódca owej kompanii, po tragicznej śmierci dowódcy. W 1941 roku uczestniczy w wojnie ze Scholandią, jego oddział poddaje się jako jeden z ostatnich. Drogą radiową zostaje odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Księcia Unisława. Wzięty do niewoli, zostaje przetransportowany do oflagu pod Athos. Ucieka jednak i zaszywa się w lesie, gdzie tworzy oddział partyzancki. Uderza poraz pierwszy w połowie 1942 roku. Jego ataki odznaczają się agresją i zdecydowaniem. Do 1943 roku wyzwala okolice Gór Kocich, jednak zadenuncjowany musi się ukrywać. Na początku 1944 roku przyłącza się do Sarmackiej Armii Ludowej i w stopniu porucznika bierze udział w wyzwalaniu Czekan. Po odbiciu wsi przechodzi w stan spoczynku. W styczniu 1945 roku awansowany do stopnia pułkownika KSZ, zaszywa się potem w swojej rodzinnej wsi gdzie prowadzi pensjonat. W 1947 roku zostaje oskarżony o obszarnictwo, pozbawiony stopni wojskowych i wyrzucony z kraju. Ucieka do Baridasu, gdzie zakłada firmę i pomaga almerskiej biedocie. Jest utalentowanym dowódcą polowym, działa agresywnie i zdecydowanie. Nie pije.
- Skąd pan to wszystko wie?
- Mamy swoje źródła informacji, drogi panie.
- Ale po co wam to?
- Mam dla pana propozycję nie do odrzucenia – uśmiechnął się ów major.
- Tak? A dlaczego myśli pan, że się na nią zgodzę?
- Bo inaczej zostanie pan oskarżony o wielokrotne zabójstwo z premedytacją i niechybnie skazany i powieszony.
- Kurwa... – zaklął cicho Misio.
- Tak więc przedstawię moją ofertę. Jest pan doświadczonym dowódcą, umie pan szkolić żołnierzy, posiada pan ogromny autorytet. Sam jestem emigrantem, musiałem uciekać ze Scholandii, tam byłem generałem majorem. Tutaj jestem jedynie majorem. Rząd Baridasu złożył mi ofertę. Mianowicie mam stworzyć jednostkę armii, która ma walczyć w dżungli z partyzantką, a kompaniami mają dowodzić oficerzy zagraniczni, przebywający tutaj w charakterze emigrantów. Rozumie mnie pan?
- Tak, rozumiem.
- Tak więc, otrzyma pan kompanię Baridajczyków. Mają oni już za sobą podstawowe szkolenie, ale trzeba ich wytrenować bardziej. Otrzyma pan najlepsze uzbrojenie zza granicy. Będzie miał pan wolną rękę jeżeli chodzi o szkolenie. My zaś oczekujemy od pana wykonywania rozkazów i tego, że w ciągu miesiąca chłopaki będą gotowi do walki.
Misio stał wyprostowany. Niebo było zachmurzone, od paru dni padało. Twarz Misia była omiatana lekkim, zimnym wiatrem, połączonym z mżawką. Dawało to efekt rozpylania wody ze spryskiwacza do kwiatów. Cały poligon był teraz morzem błota. Mundur Misia był całkowicie mokry, na jego kapitańskich odznakach osadzały się krople wody. Woda ściekała też Misiowi na twarz wprost z jego hełmu. Stał tak wyprostowany, tuż przed okopem, który teraz był raczej dołem z błotem, wykopanym w morzu... błota. Buty Misia były koloru ziemistego, tak mocno były oblepione breją. Ciepły posiłek jadł ostatni raz trzy dni temu. Wczoraj rano na śniadanie zjadł batonika, trochę zimnej, zwietrzałej konserwy i popił to zimną wodą. Fajki skończyły mu się już dwa dni temu. Jego żołnierze mieli jeszcze zapas, ale Misio nie uważał za stosowne pytać któregoś z nich o papierosy. Na domiar złego, jego oficerowie nie palili, co jeszcze bardziej go przygnębiło. I stał tak wyprostowany, przed okopem, wściekły, zziębnięty, marzący o papierosie. W ręku trzymał nową broń – granatnik piechoty. Był to egzemplarz prototypowy, przysłany w ramach dreamlandzkiej pomocy. Misio nie czytał specyfikacji technicznej, ani tego jak tego używać. Wiedział, że do komory nabojowej musi załadować granat, wycelować i strzelić.
Misio delikatnym ruchem zdjął z ramienia granatnik. Obejrzał go dokładnie. Była to w zasadzie strzelba ogromnego kalibru, która strzelała nowym dzieckiem dreamlandzkiej myśli technicznej – granatem piechoty, który tak naprawdę był ogromnym nabojem wybuchającym niczym bomba przy trafieniu w cel. Misio złamał strzelbę, jego oczom ukazała się rura o średnicy 40 milimetrów. Z pasa amunicyjnego wyciągnął jeden nabój i załadował do granatnika. Zamknął komorę nabojową i przyłożył kolbę do ramienia. Złożył się do strzału i wycelował w grupę kartonowych postaci, które imitowały przeciwnika. Wziął oddech i wstrzymał go na chwilę. Nacisnął na spust, broń podskoczyła. Granatnik wydał przy tym dziwny dla Misia odgłos, coś jak by ktoś wrzucił piłkę do metalowej rury. Pocisk szybował w stronę grupy celów. Koniec jego podróży oznajmij wybuch, który zmiótł tekturowych żołnierzy. Misio był oniemiały i zachwycony. „Gdybyśmy mieli taką broń w 1941...” pomyślał i westchnął. Wedle najnowszej dyrektywy Sztabu Generalnego, każda drużyna piechoty miała być wyposażona w taką broń. O tym kto miał ją obsługiwać, decydował dowódca kompanii. Misio zastanowił się. Jego myśli skierowały się ku rosłemu Murzynowi z drugiego plutonu. Facet był dwumetrową górą mięsa i idealnie nadawał się do obsługi granatnika. Jako strzelec nie miał specjalnych osiągnięć, nie był celny, nie przejawiał inicjatywy, nie był specjalnie odważny. Ale jego masa sprawiała, że każdy czuł respekt przed nim. Dlatego Misio myślał o nim.
- Mendoza! Do mnie!
- Tak jest, panie kapitanie – odpowiedział głos i z okopu wyskoczył ów rosły Murzyn.
- Dali, ściągaj ten pas amunicyjny, zostaw karabin i chodź tu. Będziesz obsługiwał granatnik. Widziałeś jak on działa, więc próbuj. No to do roboty ! – rozkazał Misio.
- Tak jest, panie kapitanie!
Misio tymczasem rozmyślał nad następnymi delikwentami, którzy mieli obsługiwać granatniki, całkiem zapomniał o tym, że chce mu się palić.
Metadane
autor: Michał Czarnecki
data: 23 marca 2007 r.
link: wandea