Jądro w Ciemności 1.10
Jądro w ciemności vol. 10 - "Dziewczyna z długimi oczyma"
Misio usiłował ustalić, jak długo walczy już z okupantem. W czasie kiedy obozowali kilkanaście kilometrów od Musztardowa, Misio odszedł od oddziału. Chciał być sam, żeby nikt mu nie przeszkadzał. Znalazł jakiś konar, usiadł na nim, wyciągnął papierosa i zaczął rozmyślać. Był teraz początek marca 1944 roku...
Wojna rozpoczęła się w kwietniu 1940 roku. Walki były zacięte, ale niestety Sarmaci wycofywali się na całej lini. 11 maja 1940 roku był jak cios w serce dla Misia. Dowódca jego dywizji chciał walczyć dalej. I dowódca korpusu również - nie poddali się. Walkę toczyli do połowy czerwca 1940 roku, dosłownie do ostatniego naboju. Potem oddział rozwiązano, dowódcy korpusu, dywizji, brygad, pułków i batalionów poszli do obozów jenieckich. Resztę zwolniono. Misio, bez pracy i bez domu nie wiedział co ze sobą zrobić. Pojechał do Krezu i pracował tam jako barman. W byłej stolicy Gellonii mieszkał prawie dwa lata, jednak w maju 1942 roku, został wysiedlony ze swojego mieszkania w kamienicy, która to miałabyć wyburzona, a w jej miejscu postawiono basen dla nowych władców tych ziem. W Misiu coś pękło, miał dosyć ciągłego poniżania, deptania i tłamszenia. W lipcu 1942 roku rozpoczął formowanie oddziału partyzanckiego z żołnierzy byłej kompanii. Na początku 1943 roku wszystko było gotowe... Walczyli w tym składzie prawie cały rok...
Teraz było inaczej. Wróg był w odwrocie. Misio chciał najpierw zająć Musztardów, a potem jeżeli warunki będą sprzyjać, zdobyć Czekany. Ale nie chodziło mu tu o walny szturm na miejscowość, a mozolne uszczuplanie potencjału wroga, a potem nagłym uderzeniem zając wieś. Słowo wieś było w tym przypadku trochę na wyrost, bo Czekany były wielkości miasteczka. Ale cel pierwszy - Musztardów - musiał być zdobyty za wszelką cenę. Misio obawiał się, że wróg może przeprowadzić stamtąd kontruderzenie. Nie liczył się z możliwością pomocy wojska z Czekan. Dlaczego? Musztardów nie był w gruncie rzeczy miejscowością strategiczną, Czekany zaś tak.
Tymczasem w sztabie Sarmackiej Armii Ludowej, dużego, komunistycznego
ugrupowania partyzanckiego, opracowywano plan zajęcia Czekan. Czerwoni
żołnierze musieli jednak najpierw rozpoznać teren, czy nie ma tam
konkurencyjnych oddziałów "leśnych ludzi".
- Towarzysze, nasz cel to Czekany. Podobno w okolicy działa jakaś
dobrze zorganizowana grupa partyzancka, która dała przykłady swojej
siły kilka razy. Z przechwyconych scholandzkich raportów wiemy, że
dowodzi nimi osoba o dużym doświadczeniu wojskowym. Jego pseudonim to
"Misio". Nikt nie zna jego prawdziwego nazwiska, jego twarzy ani też
tego jakie są jego przekonania polityczne. Dlatego pierwszym celem
naszej operacji będzie zbadanie, czy ten "Misio" jest groźny i czy nie
dałoby się go wykorzystać przy szturmie Czekan. Czy nasza siatka
wywiadowcza ma może o nim jakieś informacje?
- Nie wiemy obywatelu podpułkowniku, ale zaraz to sprawdzimy.
Zawołajcie no towarzyszkę "Katarzynę"!
Po pewnym czasie do namiotu weszła podporucznik "Katarzyna". Była ona SAL-owską oficer wywiadu, jeżeli można było mówić o jakimkolwiek wywiadzie.
Podobno miała jakieś doświadczenie, była stosunkowo nowym nabytkiem
SAL. Jej poprzedniczka udławiła się niedogotowanym ziemniakiem z
obozowej kuchni.
- Słucham obywatelu podpułkowniku?! - zapytała wyprostowana na
baczność pani podporucznik.
- Spocznijcie towarzyszko... - odpowiedział spokojnie tow. Wanda -
Mamy zadanie dla wywiadu. Macie dowiedzieć się kim jest niejaki
"Misio".
- "Misio"?! - na twarzy "Katarzyny" pojawiło się wyraźne zakłopotanie
- Ten "Misio" z okolic Athos?
- Aaa... Coś o nim słyszałem chyba... A wiecie może coś o nim więcej?
Jakie ma przekonania polityczne? Bo widzicie, jego oddział grasuje tu
gdzieś w okolicach i nie chcemy mieć z nim nieprzyjemności.
- "Misio"... Nie nie, on jest politycznie neutralny, czyli
niegroźny... Przynajmniej kiedyś był...
- Dobra, już coś wiemy i tego się trzymajmy. Musimy go dostarczyć na
rozmowę ! - zakomenderował tow. Wanda...
Misio był zaskoczony propozycją rozmów. Nie znał żadnego SAL-u, ani towarzyszy Wandy, Żenady czy Krystyny. W sumie zwisali mu nisko, ale... Ale mieli jeden atut... Mógł kosztem ich żołnierzy osiągnąć cel jakim były Czekany. Dlatego, po chwili namysłu i konsultacji z porucznikiem Właśniakiem, zdecydował się na przyjęcie oferty złożonej mu przez dowódctwo SAL, a przyniesionej przez łącznika przebranego za krzaka ze srającym przy nim lisem. Misio pojechał rowerem, wraz z porucznikiem Właśniakiem i jednym z sierżantów do głównego namiotu SAL. Tam miał poraz pierwszy (i nie ostatni) spotkać z dowództwem Sarmackiej Armii Ludowej.
Weszli spokojnie, we trzech, z gracją i dostojnością sarmackich
żołnierzy, mimo iż nie wyglądali na takich. Mundury kiedyś były
sarmackie, ale teraz trochę wypłowiały i otrzymały swoją własną,
niepowtarzalną barwę. Mieli też hełmy, pasy z wyposażeniem, oraz buty
które również pochodziły z sarmackiej armii. Tylko broń była
zdobyczna, poza Misia. On miał przecież swojego tommyguna. I to
właśnie ów pistolet maszynowy zrobił największe wrażenie na
komendantach SAL. Generalnie, Ci trzej faceci z lasu wyglądali inaczej
niż sobie to towarzysze wyobrażali. Pierwszy do nich wystąpił tow.
Krystyna.
- Witajcie towarzysze, jestem major "Krystyna" - przywitał ich
wyciągając dłoń na dzień dobry do Misia. Ten odsalutował mu.
- Kapitan "Misio", prawdziwego imienia nie podaje z oczywistych
względów. To jest poruczniki Właśniak, moja prawa ręka, a to sierżant
Mnożnik.
- Witajcie towarzysze... - odpowiedział ppłk Wanda - Rozumiem, że
wiecie już jakie plany mamy?
- Tak tak, mniej więcej. Chcielibyśmy jednak zerknąć na nie bardziej
dokładnie, jeśli można oczywiście - Misio nie chciał krwawych jatek,
jakie znał z Chin, czy z walk w ZSRR. Czytał dużo o Wojnie Domowej w
Rosji i o kampanii japońskiej w Chinach.
- Oczywiście. O to nasz plan. Zakłada on atak frontalny na Musztardów
i potem szybki, oskrzydlający atak od południa, prawym brzegiem Narwi na Czekany.
- Tak spytam panowie, czy któryś z was miał praktykę w armii? - spytał
towarzyszy Misio.
- Nie. Jesteśmy taktycznymi samoukami.
- No widzicie panowie, bo ja miałem. Moje wątpliwości co do planu są
takie, że Musztardów jest może i niezbyt licznie broniony, ale jeżeli
obrońcy się dobrze okopią i wykażą odrobinę determinacji to czeka nas
tam krwawa łaźnia. Co do samego ataku na Czekany - sugerowałbym
przeprawić się przez rzekę i zaatakować z dwóch stron jednocześnie, a
tak aby odciąć Czekany całkowicie, a nie tylko w 75%. To takie moje
propozycję. I ja osobiście proponowałbym atak w nocy.
- Hmm... Widać towarzysz nie docenia naszych sił.
- Nie, tego nie powiedziałem. Ale uważam ten plan za cokolwiek
amatorski. Zwłaszcza samą fazę szturmu na Musztardów. Nie poślę na
niego moich chłopaków bo to pewna śmierć. Dlatego, odmawiam użycia
moich sił do wykonania tego planu. Sam chętnie pójdę zobaczyć jak
walczycie, ale w ramach obserwatora.
- No nie wiem, towarzyszu, nie wiem... - tow. Żenada miał wątpliwości.
- To może tak zróbmy ! - zaproponował tow. Krystyna - My zaatakujemy
wg. naszego planu, a jak się nie uda zdobyć Musztardowa, to zrobicie
to wg. własnego, ale sami. Co towarzysz na takie rozwiązanie?
- Dobra, umowa stoi. Tak więc do roboty.
Następnego ranka, w dniu szturmu na Musztardów, Misio wstał wcześniej. Przeprowadził swój rytuał który robił przed każdą ważną bitwą. Otóż ogolił się, zjadł treściwe śniadanie i nie zapalił papierosa. Czemu odmówił sobie fajki? Uważał, że po wygranymi starciu smakuje wtedy lepiej. Powiedział swoim żołnierzom, żeby szykowali się na nocną walkę, przekazał na wszelki wypadek porucznikowi Właśniakowi plan ataku na wieś. On miał dowodzić natarciem gdyby Misiowi coś się stało. Wypił jeszcze drugą kawę i poszedł do obozu SAL. Tam został przydzielony do jednego z plutonów szturmowych. Miał on iść w drugiej fazie ataku.
Bitwę rozpoczął ostrzał z kilku dział i moździerzy. Misio był nimi zafascynowany i ubolewał, że jego oddział nie ma takiego wsparcia na wyłączność. Ale takie były niedogodności walki partyzanckiej, zwłaszcza jeśli używało się tylko małej kompanii i nie miało do dyspozycji tylu ludzi co SAL. Po kilku minutach plutony ruszyły na wyznaczone pozycje do ataku. I ruszyli ! Misio wystawił swoją głowę zza okopu i widział jak pierwsi żołnierze Sarmackiej Armii Ludowej giną od celnego i dobrze mierzonego ognia maszynowego przeciwnika. Powietrze było kurzu i dymu prochowego. Nadszedł teraz czas na Misia. Miał on poważne wątpliwości co do tego, czy przeżyje ten szturm. Zaraz po wyjściu z okopu zginął dowódca jego plutonu, a że jego następca, młody chłopak z pod Morwieńca nie czuł się zbyt pewnie, Misio przejął dowodzenie plutonem.
Postanowił zejść z drogi i przejść kawałek rosnącym obok lasem, żeby mieć choć trochę osłony. Szybko przeskoczyli do sosnowego zagajnika i ruszyli powoli do przodu, niezbyt często ostrzeliwani. Widocznie cała furia scholandzkich obrońców skupiła się na żołnierzach atakujących w otwartym terenie. Po przejściu kilkuset metrów, byli już za pierwszymi liniami okopów wroga i mogli na nich uderzyć od boku. Misio kazał załadować podległym mu SALowcom nowe magazynki i przygotować granaty, po czym zaczęli powoli schodzić ku wsi, starając się żeby wróg ich nie zauważył. Przeciskali się pomiędzy rosnącymi tam rzędami winorośli. Zeszli na skraj winnicy i tam otworzyli swój morderczy ogień. Strzelali wzdłuż okopów i rzucali granatami. Pozwoliło to przygwożdzonym na przeciwko plutonom podnieść się i spróbować podejść kilka metrów, żeby przełamać linie wroga. Misio postanowił uderzyć na pierwszy z brzegu dom. Żołnierze podbiegli do niego i wrzucili do środka kilka granatów. Dwóch czy trzech scholandzkich żołnierzy chciało uciec ze środka, ale wychodząc zgineli od serii karabinowych. Chłopcy z SAL weszli do budynku. Jak się później okazało, dom ten był pod dobrze mierzonym ogniem dwóch cekaemów, które znajdowały się w kościele. Misio musiał się wycofać. Cały atak się nie powiódł, odwrót był na całej linii.
Po powrocie z pola walki okazało się, że pluton dowodzony przez Misia zadał przeciwnikowi największe straty i najgłębiej wgryzł się w obronę przeciwnika. Jednak wobec beznadziejnej sytuacji na pozostałych odcinkach, musieli się wycofać. Misio powiedział później dowództwu SAL, że od razu zrezygnował z ataku otwartym terenem i przekradł się lasem. Przekazał też swoje wątpliwości co do poziomu wyszkolenia dowódców plutonów i ich zastępców. Towarzysze z SAL przyjęli to do wiadomości i poczęstowali Misia papierosem.
Misio wrócił do swojego oddziału spocony i wyczerpany. A czekała go dzisiaj jeszcze jedna walka. Z miejsca gdzie obozowali było widać wieżę kościoła. Misio rozkazał snajperom spróbować ściągnąć cekaemistów, którzy tak celnie kładli ogień na ulice i przedpole wsi. Poprosił też aby SAL położył ogień na kościele i na dworze. Dobrze znał swoją wieś i wiedział jak będą atakować. Miał też jako takie rozeznanie co do pozycji przeciwnika. Musiał się jednak przed atakiem wyspać, co też uczynił...
Sam szturm na Musztardów, "Misiosbanditen" przeprowadzili dość sprawnie i z gracją. Misio zastosował trik z przerzuceniem jednego plutonu na drugą stronę wsi i atak obustronny. Tym razem było nieco trudniej, bo i obrońcy byli dobrze wyszkoleni. Po kilkunastu minutach gwałtownych walk było już po wszystkim. Obrońcy Musztardowa też poniesli pewne straty podczas porannego szturmu SALu i nie bronili się już tak mocno jak rano. Misio zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Podpuścił towarzyszy na poprzedniej naradzie, aby właśnie tak potoczyła się cała bitwa. Chciał, aby duża część obrońców scholandzkich wykrwawiła się podczas pierwszego szturmu, wtedy jego żołnierze mieliby łatwiejsze zadanie do wykonania i chwała zdobywców Musztardowa spłynęłaby właśnie na nich. Podniosłoby to też pozycję Misia wobec dowódców SAL. Sumienie jednak bardzo go gnębiło - szkoda mu było tych młodych chłopaków, którzy zgineli dziś rano...
Konsultacja historyczna dzisiejszego odcinka:
- dr hab Kaprynos Stłuczka, Instytut Historyczny SAN
- prof. Wenanty Stokrota-Knur, Akademia Unisławowska
Metadane
autor: Michał Czarnecki
data: 31 sierpnia 2006 r.
link: wandea