Michaś Winnicki - Scholik 3
KAPITAN SCHOLIK
Przygoda trzecia, w której Scholik dowiaduje się o zaletach wynikłych z posiadania zwierząt domowych, a historia zatacza krąg, podczas gdy Generał Keinschloss cierpi.
Kapitan Scholik usłyszał znaczące pukanie do drzwi. Bez namysłu otworzył. Za drzwiami stał mały, czarny kotek o długich wąsach i oczach koloru nadgniłej borówki.
- Kici kici!- powiedział Scholik.
- Nie kici kici tylko Heil Armin!- warknął kotek przemykając się zręcznie między nogami Scholika a framugą - Właśnie przyjechałem z Centrali! Porucznik Katter.
Kot położył neseser na stół i rozsiadł się wygodnie na Scholikowym krześle ppanc wz. 1938.
- Co się tak gapisz? - Zapytał, po czym wyjął z nesesera kartkę z napisem „NIE MA CZASU DO STRACENIA”. - Przystępujemy do akcji. Tym razem sprawa jest niezwykle poważna!
- Może, eeeee…..herbaty? - zaproponował Scholik - Herbaty nie, wody z sardynek poproszę. I mleka, niskoprocentowego. Jestem na diecie- wyjaśnił Katter oblizując jedną z tylnych łapek.
Telefon komórkowy Scholika odegrał melodię z serialu „Szpital na peryferiach”. Kapitan zerwał się z łóżka i ruchem władczym i nieskomplikowanym podniósł słuchawkę.
- Von Keinschloss, rozumiecie Scholik, mówi- władczy głos pryncypała zabrzmiał wewnątrz niby zwój papieru ściernego firmy Mimoza - Przyjechał już Katter? - Tak, obywatelu generale - odrzekł Scholik - Taki trochę dziwny jest, szczerze mówiąc – dodał spoglądając kątem oka na Kattera, który zwinięty w kłębek spał na zapiecku- Ale myślę, że się dogadamy. -Lepiej się dogadajcie! – buczał von Keinschloss- To jest, rozumiecie Scholik, najlepszy, rozumiecie, agent scholopolskiego SSB! Tak, wiem, nie lubicie federalnych, ja tez ich nie lubię, ale tym razem sprawa jest wagi słonia wandejskiego. Co wam, rozumiecie Scholik, będę mówił - tym razem możecie nie przeżyć. - Obywatel Generał mówi mi tak za każdym razem - przypomniał Scholik – A wciąż żyję…. -No właśnie…- westchnął von Keinschloss i błyskotliwie odłożył słuchawkę.
Kondory nad Scholopolis znów zakrakały radośnie i skierowały się w stronę dzielnicy Berg um Belsen.
- Najważniejsze to nie zwracać na siebie uwagi - mówił Katter pogryzając chipsy, gdy szli ul. Urbana I w Kotwiczu, omijając grupy zachwyconych turystów, oglądających zabytki miryjskiej kultury i sztuki. Porucznik SSB ubrany był w płaszcz trzy czwarte z futra jednorożca, czapeczkę Porta Regni Sharks z wycięciami na uszy, zaś ogon zawiązany miał fantazyjnie na kształt węzła komunikacyjnego Inselburg-Nord.
Scholikowi niezbyt podobały się zabytki kultury i sztuki. Z kultury najbardziej lubił śledzie po alexiopolsku i przesłuchania tego pisarzyny z Sarmacji zaraz po rewolucji komunistycznej, jak mu tam było…..Piwowski? Nie, Winnicki. Tak, lubił przesłuchiwać Winnickiego i kulturalnie wyłamywać mu… znaczy, wyjaśniać wyższość scholandzkiego systemu prawnego nad sarmackim. -Nie zwracać uwagi, powiadasz? To dlaczego masz na sobie ten kretyński płaszcz? Każda sarmacka gospodyni domowa widzi, żeś nie stąd i w ogóle inny. - Najciemniej jest pod latarnią, Henryczku - odrzekł Katter- Wszystkim wydaje się, że zwracam ich uwagę, ale tak naprawdę za chwilę o mnie zapomną. Rozumiesz, mechanizm wyparcia. - Nie rozumiem- powiedział Scholik - Poza tym wybacz, ale nieco różnisz się od pozostałych przechodniów…No wiesz…Masz futerko, cztery łapki, wąsy…
Katter zasyczał przeciągle i napuszył ogon.
-Rasista - syknął - Zamiast się wymądrzać skocz mi po chrupki z kocimiętką!!!
Biuro eksportowe Państwowego Sarmackiego Urzędu Jakości przy ul. Alternatywy 5a prezentowało się wyjątkowo wrednie. Piękne, świeżo odnowione elewacje 18-wiecznych kamienic, wraz z płaskorzeźbami przedstawiającymi scenki rodzajowe z „Sarmasutry” budziły w Scholiku i Katterze uczucie zazdrości.
- Dlaczego, powiedz mi kurna Katter - zaczął Scholik- Nie mamy takich fajnych kamieniczek urzędowych w Scholopolis? Bo nie można wziąć, wyremontować, domalować coś, tylko zostawia się taki odrapane, brzydkie? Siedziba partii Strudzińskiego na ten przykład, to umiała o siebie zadbać. Mają taki fajny budynek w kształcie trzustki Romana Dmowskiego, piękny!
- Dmowskiego-Srowskiego - mruknął Katter zapalając Armina Lighta - Brzydki budynek rządowy to element maskujący. Rozumiesz, po pierwsze wróg- jak zobaczy takie obskurne elewacje to pomyśli ‘aha, są słabi, skoro nie stać ich na remonty’. Poza tym, nie będzie bombardował, bo uzna, że za rok, dwa, samo się rozleci i nie opłaca się rakiet wystrzeliwać.
- Ty wiesz, że coś w tym jest?- powiedział Scholik – I pomyśleć, że do tej pory byłem estetą! -No ba - odrzekł Katter- Ale jest jeszcze druga strona medalu- pijar! Jak lud widzi, że władza nie ma lepiej, to cicho siedzi. -Amen - powiedział Scholik. -A łumen- odpowiedział Katter.
Rozdzielili się w okolicach posesji nr 7. Każdy z nich miał w uchu nadajnik radiowy marki Scholdig, w ustach zaś mikrofon, dzięki czemu mogli się porozumiewać. Scholik ukrył się za rozłożystym niczym baobab domofonem przy bramie wejściowej do zakładu rekultywacji literackiej, zaś Katter oznajmiwszy iż idzie przebrać się w strój maskujący zniknął w studzience ściekowej.
Ulicą przejeżdżały liczne samochody, tłumy przechodniów zaś spacerowały od wystawy do wystawy, co nieco martwiło Scholia, starającego się wtopić w konary domofonu, by nikt go nie dostrzegł. Cóż, mundur paradny oficera scholandzkiej milicji nie ułatwiał mu zadania, jednak już w Akademii Milicyjnej wykładowca kultury maskowania, profesor von dem Leszcz mawiał „Gdy nie wiesz, gdzie się skryć- szukaj domofonu”. Scholik był więc w miarę spokojny.
Ulica wyglądała całkiem zwyczajnie. Eleganckie płaszcze sarmackich mężczyzn i garsonki ich kobiet nieco nużyły kapitana, który korzystając z okazji przejrzał najnowszy numer przygód „Supermina”, przezornie kupionego na lotnisku w Scholopolis. Gdy skończył czytać zauważył, jak zza rogu wychodzi Pamela Anderson w obcisłej, zielonej koszulce rozdartej w okolicy lewego sutka i poszarpanych spodenkach z jasnego, marmurkowego dżinsu. Zaskoczeni przechodnie wpatrywali się w Pamelę, ich towarzyszki zaś precyzyjnymi ciosami torebek zmuszały ich do radykalnej zmiany kierunku tych spojrzeń. W połowie ulicy dopadł Pamelę jakiś łowca autografów, ta jednak zręcznym chwytem judo cisnęła go na zaparkowany nieopodal samochód. Ku zaskoczeniu Scholika słynna aktorka pewnym krokiem podążała w jego stronę.
-Pssst, to ja, Katter- powiedziała Pamela. Możemy wchodzić na obiekt.
Scholik patrzył na Kattera z szeroko otwartymi ustami.
- Wyglądasz jak ryba. Weź mi nie rób smaka! – furknął Katter i podążył w stronę inkryminowanej posesji.
Rajmund Kowalski pełnił tego dnia służbę wartowniczą na terenie Kotwickiego Przedsiębiorstwa Wodociągowego. Oglądał właśnie w telewizji koncert Grodziskiej Orkiestry Książęcej, pod batutą Tomasza Golińskiego, gdy do budynku weszli Pamela Anderson i scholandzki milicjant w mundurze paradnym, z sępimi piórami u pagonów.
-Dzień dobry- Pamela uśmiechnęła się promiennie – Czy moglibyśmy wykraść Państwu jakieś tajemnice narodowe? -To niestety niemożliwe - odrzekł Rajmund.
Pamela wyciągnęła pistolet i przysunęła mu do potylicy. -A ja Ci mówię, że możliwe. Prowadź do Sali Tajemnic! -Nie mamy tu Sali Tajemnic! -Aha! A ja jestem Pamela Anderson. Każde przedsiębiorstwo wodociągowe ma Salę Tajemnic! - nieudolnie nałożony przez Kattera puder wzbijał się płonną chmurką w powietrze za każdym razem, gdy porucznik podnosił głos. -No dobrze- zrezygnowany Kowalski podążył w stronę plątaniny korytarzy, śledzony uważnie przez Kattera, który porzucił niewygodny strój Pameli i mknął bezszelestnie za zakładnikiem, otrzepując z wąsów resztki szminki.
Scholik wyjął makarowa i kontemplował osiągnięcia sarmackiej techniki wodociągowej, idąc w ślad za Katterem. Nagle usłyszał znaczący szept zza rogu.
-Panie kapitanie! Panie kapitanie, to ja, Różogórowa! -Pani Różogórowa kochana!- Scholik podbiegł do drzwi, zza których promiennie uśmiechała się zażywna niewiasta w wieku lat niespełna siedemdziesięciu, w stroju konserwatora powierzchni płaskich, o czym świadczyła zwłaszcza służbowa chusta z logo KPW. Różogórowa była jednym z najcenniejszych ogniw jego siatki szpiegowskiej na terenie Sarmacji. W roku 1958 zwerbował ją w sanatorium w Złotym Wybrzeżu sam generał von Keinschloss, wówczas ledwie chorąży sztabowy.- Od kiedy Pani pracuje w Kotwiczu? -Panie kapitanie, ja jestem kobieta pracująca- zawołała Różogórowa- Przeniosłam się tu rok temu, bo w tym Grodzisku nie da się jednak długo wytrzymać. Ja to lubię, wie Pan, zakłady przemysłowe. Mnie tam od zabytków strzyka w stawach. -Rozumiem. A ma Pani coś dla mnie, przypadkiem? -A przypadkiem mam. - Różogórowa jęła szukać czegoś w przepastnych otchłaniach swego fartucha, by wreszcie wydobyć zwinięte w rulon tajemnicze papiery. - Akurat odkurzałam plany sarmackiej bomby Atomowej, może się Panu przyda? -Znakomicie, Pani Różogórowa, nie wiem co bym bez Pani zrobił. -Ależ nie ma sprawy, kochaneczku. Numer konta mam ten sam.
Scholik ucałował niewiastę w rękę i pognał za Katterem, by oznajmić mu radosną nowinę.
-A więc mówisz, że mamy plany ich bomby atomowej? – wyraźnie uszczęśliwiony Katter konsumował statecznie porcję Whiskasa z Ostrygami przy stoliku w lokalu kontaktowym. -Tak - powiedział Scholik- Nie ma to, jak odpowiedni agenci! Wy, w SSB, nie doceniacie pracowników niższego szczebla. Nie można wiecznie werbować generałów i premierów. Wśród agentury też musi być jakaś równość! - Daj mi numer do tej babki - poprosił Katter- Muszę się pochwalić szefowi. Scholik wymienił numer, patrząc pożądliwie na niedojedzony przez kolegę Whiskas. -Jak ona się nazywa? Różogórowa? Jak to będzie po scholandzku?
-Rosenberg- odpowiedział Scholik.