Michaś Winnicki - Krew pot i łzy 2
Krew, pot i łzy część druga
Książę Mikołaj Mikołaj Kozanecki oblizał się i odsunął miskę pełną niedogryzionych niemowlęcych udek.
-Pyszna jest ta ludzina, którą przyrządzają kucharze Waszej Książęcej Mości- zauważył hrabia Włodzimierz Wiensko wycierając usta jedwabną serwetą z nazistowskimi wzorkami- Ale czas już chyba na skonkretyzowanie naszych planów?
-Właśnie!- Książę rozpostarł na stole mapę Sarmacji wskazując palcem na Grodzisk- Myślę, że nie ma co się wygłupiać z wyzwalaniem i takimi tam. W końcu Scholandia wypłaca nam na prywatne konta po 5,000 libertów miesięcznie, zatem my grzecznie powstrzymamy się od powstań i proklamujemy Księstwo na tym małym obszarku wokół Acjo....
-Trochę przykro mi będzie rozstawać się z Krezem- Hrabia Włodzimierz posmutniał nagle.
-Ależ nie musisz się rozstawać! –zaoponował Mikołaj Mikołaj – Przecież własność zamków, pałaców i środków produkcji pozostaje w naszych rękach! Po prostu Krez będzie formalnie kondominium niemiecko-scholandzkim, a co Twoje, Twoim pozostanie!
Hrabia Włodzimierz zarechotał obrzydliwie i odgryzł spory kawałek ludzkiego mięsa. -Cudownie! – zaryczał- zatem ten głupawy lud traci, a my, oczywiście, zarabiamy!!!
-Jak zawsze – Książę uśmiechnął się z wyrazem głębokiego krwiopijstwa na twarzy.
-Nie tak prędko!!!!
Książę i Hrabia odwrócili się w stronę drzwi, skąd doszło ich to zawołanie. I zamarli ze strachu.
„Ale gorąco w tej Sarmacji” – tak brzmiała ostatnia myśl pułkownika Friedricha Punka, dowódcy 3 Scholandzkiej Brygady Ekspedycyjnej. Sekundę później eksplozja wiązki granatów zamieniła pułkownika w efektowny eksponat współczesnej sztuki sarmackiej.
„Wanda” wyskoczył zza krzewów, w prawej dłoni dzierżąc UZI a w lewej brauninga. Długą serią skosił jadących motocyklem operatorów karabinu maszynowego, a dwoma celnymi strzałami z rewolweru powalił niemieckich doradców wojskowych, których dłonie znalazły się niebezpiecznie blisko kolb schmeisserów.
Piotr Czarniecki zaś zapamiętale ciął swym samurajskim mieczem, który dostał w prezencie na 18-te urodziny od pełnego składu KC. Wokół bryzgały mózgi, strugi krwi, limfa oraz kilka innych płynów ustrojowych, a trupy scholandzkich żołnierzy zaścieliły leśną drogę od brzegu do brzegu.
-Zlikwidujcie sanitariuszy!- krzyknął Czarniecki – Wtedy nie będą mieli szans!
Bojowcy Sarmackiej Armii Ludowej posłusznie skierowali ogień na broniących się pod osłoną wojskowej ciężarówki sanitariuszy. Chwilę później pod podziurawionym pojazdem spoczywały już tylko zwłoki. W ciągu kolejnych 3 minut prawie wszyscy scholandzcy żołnierze leżeli martwi- jedynie pięciu z nich z rękami w górze klęczało przy wypełnionym krwią swych towarzyszy rowie.
-Co robimy z jeńcami, Towarzyszu „Wanda” ?- spytał jeden z oficerów SAL. -ROZWALIĆ ICH!!!- zaryczał Czarniecki i wzniósł swój skrwawiony miecz. -Nie, Piotrze!- zawołał „Wanda” osłaniając jeńców własnym ciałem- Co robisz? Skąd w Tobie tyle nienawiści? Trzeba być dobrym i litościwym!
Piotr opuścił miecz i pochylił głowę.
-Przepraszam Was, Towarzyszu. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Ostatnio czuję się taki podenerwowany...
-Rozumiem Cię, Piotrze. Wojna jest denerwująca- odparł „Wanda” ,jednak pewne podejrzenia nie ulotniły się z jego błyskotliwego umysłu.
Miarowy stukot podkutych buciorów scholandzkich okupantów nie dochodził do spokojnych lasów Cyberii, gdzie w klubie „Morfeusz” jego właściciel i arcykapłan w jednym, Kazimierz Niemiec wraz z mężem Zbigniewem prowadzili kolejną imprezę, tym razem pod hasłem ‘Wojskowość’.
Król Heinrich V, z lekka już na rauszu ,całował namiętnie w kącie szczupłego cyberyjskiego szeregowca. Premier Józef Bartkiewicz wraz z pułkownikiem Punkiem siedzieli sztywno przy ekstrawaganckim stoliku z giętego aluminium .
-Nigdy nie zrozumiem upodobań Jego Królewskiej Mości- mruknął Premier, po czym zwrócił się do Punka- Czy jest dla was jasne, pułkowniku, czego Królewski Rząd od Was oczekuje?
-Tak jest, Panie Premierze- odparł pułkownik- Poprowadzić wojsko w góry, znaleźć Wandę i Czarnieckiego, posiekać, zamarynować, dostarczyć.
- Mam nadzieję, że spiszecie się dobrze. – rzekł Bartkiewicz, po czym spuścił wzrok na widok znaczących mrugnięć jednego z bywalców klubu- Kurczę Blade, dlaczego jego Królewska Mość zawsze nas tu zabiera?
Pułkownik Punk wzruszył ramionami. Zdążył się już przyzwyczaić do nieco perwersyjnej atmosfery dworu. Martwiło go co innego- od kilku już nocy nieustanne śniły mu się granaty.