Michał Czarnecki - Jądro w ciemności tom II całość
Z wizytą u Kazia
Wiosna roku 1949 była wyjątkowo ciepła, zwłaszcza tu, w Baridasie. Misio przebywał na emigracji już od dwóch lat. Z początku tęsknił mocno za Sarmacją, aczkolwiek z biegiem dni stopniowo przyzwyczajał się do nowej sytuacji, aż w końcu ją zaakceptował. Musiał uciekać z kraju, ponieważ uznano go za obszarnika. Miał pecha, bo mieszkał w komunistycznej części kraju, mimo iż był również zasłużony dla sprawy tow. Wandy. Był wściekły na towarzyszy, zdawało mu się, że oni zapomnieli o jego wkładzie dla sprawy. Co więcej, został przez nich upodlony, kiedy uznano go za wroga kraju, zdegradowano i pozbawiono majątku. To było zbyt wiele dla misiowej tolerancji. Miał szczęście, że pozwolono mu wyjechać. W przeciwnym wypadku stanąłby przed sądem i niechybnie zostałby skazany. Za zasługi nie dostałby kary śmierci, pewno zamknęliby go w więzieniu, a tam nadgorliwy strażnik skatowałby go na śmierć. Słyszał o takich przypadkach, napawało go to obrzydzeniem i wstrętem... W Baridasie jednak nie było tak wspaniale jak to opisywali towarzysze...
Misio postanowił zamieszkać w slumsach Almery. Mimo iż był osobą dosyć zamożną jak na baridajskie warunki, a rząd Baridasu w ramach umowy z komunistami wypłacał Misiowi rentę kombatancką. Misio z początku myślał, że ta renta to jakiś okrutny żart, okazało się jednak że była to prawda. Każdy żołnierz który walczył razem z SAL, otrzymywał rentę kombatancką, nawet ci którzy zostali pozamykani w więzieniach. Drugim źródłem utrzymania był dla Misia handel owocami. Miał on pewną wprawę w interesach, znalazł sobie pośrednika i sprowadzał do miasta banany i ananasy i sprzedawał je sklepom po okazyjnych cenach. Był najtańszy, wobec tego sklepikarze zaopatrywali się u niego. I w taki sposób Misio pomnażał swój skromny majątek. Mimo tego nadal mieszkał w slumsach.
Postanowił pomagać lokalnej biedocie. Był wstrząśnięty, kiedy zobaczył warunki życia niektórych mieszkańców. Swoich ubogich sąsiadów wspierał na różne sposoby – dawał im pracę w swojej firmie, ich dzieci posyłał do szkół za własne pieniądze, kiedy nie mieli w co się ubrać i co zjeść, Misio wspierał ich małymi kwotami. Zaznaczał jednak, że jest to nieoprocentowana pożyczka, a nie darowizna. Tak chciał ich skłonić do szukania sposobów zarabiania pieniędzy, tak aby nie musieli już u nikogo żebrać. Metoda ta przypominała działalność niektórych pozytywistów z końca XIX wieku i dawała całkiem niezłe rezultaty. Za pomoc tego dziwnego Sarmaty, lokalni mieszkańcy byli niesamowicie wdzięczni. Zapraszano go na wesela, rodzinne uroczystości, stał się swoistą atrakcją okolicy. Raz czy dwa dziennikarze z miejskich gazet chcieli zrobić o nim reportarz, on jednak stanowczo odmawiał. Nie chciał robić ze swojej pomocy przedstawienia. I tak mijało mu życie, aż do pewnego momentu...
Misio generalnie był zadowolony ze swojego życia. Po raz pierwszy od dawna, wiódł bezpieczne, powolne życie, bez obawy, że ktoś go zastrzeli czy w inny sposób zabije. Jednakże spokój Misia mąciła sytuacja polityczna w kraju. Rząd był słaby, praktycznie kontrolował jedynie duże miasta, ale i tam, zwłaszcza w slumsach, działali różnego rodzaju partyzanci, watażkowie czy bonzowie. Na terenach graniczących ze Scholandią działała partyzantka komunistyczna, obszar ten infiltrowali też gnomi bojownicy. Wyspy zaś kontrolowała prawicowa guerilla, dowodzona przez byłego członka SS, o pseudonimie „Wolf”. Również okolice gdzie mieszkał Misio stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Misio jednak nie zdecydował się na noszenie przy sobie broni, przyrzekł sobie zaraz po wojnie, że już nigdy nie weźmie nawet pistoletu do ręki. Szybko jednak zmienił zdanie. Pewnego wieczoru, wracając ze swojej firmy do domu, został napadnięty przez chłystków z gangu, który ostatnio coraz śmielej sobie poczyniał w tej dzielnicy. Misio pluł sobie w brodę, ponieważ obrabowały go dzieciaki w wieku od 12 do 15 lat, a przecież w czasie wojny wygrywał ze znacznie groźniejszymi przeciwnikami. Tej samej nocy, obrabowano mu mieszkanie, a dwa domy dalej zastrzelono rodzinę, która miała długi u bossa gangu. Misio rzekł sobie wtedy: „Kurwa... to się nie godzi.” Przypomniał sobie, gdzie zakopał swój karabin i pistolet.
Zaraz po przyjeździe z Sarmacji, Misio ukrył swoją broń w miejskim parku. Nie zakopał jej od tak, schował ją starannie i zabezpieczył przed korozją. Mógł ją wyrzucić, ale podświadomie uznał, że kiedyś może się mu jeszcze przydać. Miała mu być potrzebna już wkrótce... Misio łatwo odnalazł miejsce „pochówku” swojego peemu i colta. Było to 24 kroki na wschód od posągu pewnej młodej, przystojnej dziewczyny. Broń była w całkiem dobrym stanie, wymagała jedynie wyczyszczenia, nasmarowania no i amunicji. Misio wziął swoją paczuszkę i ruszył do domu, żeby przywrócić zawartość do stanu używalności.
Okazja do użycia broni nadeszła szybko. W zasadzie Misio sam sprowokował całą sytuację. Pewnej nocy postanowił przespacerować się po okolicy, w poszukiwaniu band, które coraz mocniej dawały się we znaki mieszkańcom. Do paska miał przytroczoną kaburę, a w niej swój pistolet. Przez ramię miał przewieszonego tommyguna, który wcześniej nie raz uratował mu życie. Ubrany był w długi prochowiec, w którym trzymał 3 magazynki do peemu. Tak uzbrojony wyruszył na łowy. Pierwszą grupę spotkał już 5 minut po wyjściu z domu. Było to z 6 czy 7 wyrostków, którzy próbowali obrabować samochód. Misio ściągnął z ramienia karabin i wystrzelił serię w powietrze. Rabusie nie mieli broni palnej, więc kiedy usłyszeli strzały, a potem ujrzeli wysokiego mężczyznę, zbliżającego się do nich z pistoletem maszynowym, uciekli w te pędy. Misio wiedział, że pobiegną po pomoc, że niedługo zjawi się tu grupa uzbrojona w broń palną, pistolety a może i strzelby. Usiadł sobie spokojnie na kartonie, ukrytym w zaułku pomiędzy domami i zapalił sobie papierosa.
Odsiecz nadjechała bardzo szybko. Misio zgasił swojego dymka, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód. W parę sekund później, zza zakrętu wyłonił się stary pick-up, z 4 facetami z tyłu, uzbrojonymi w strzelby, oraz z dwoma siedzącymi w kabinie samochodu. Misio odbezpieczył Thompsona, zarepetował i wycelował. Pamiętał, że jego peem miał spory odrzut, więc złożył się tak aby jak najbardziej zniwelować „kopanie” karabinu. Pick-up zatrzymał się, bandyci siedzący z tyłu wyskoczyli przez boki samochodu i zaczęli spokojnie iść wzdłuż ulicy, w stronę zaułka gdzie siedział Misio. Mężczyźni siedzący w kabinie samochodu pozostali tam gdzie siedzieli. Misio w głowie miał już ułożony plan jak pokonać tych 6 chłopa. Szybko wyskoczył z uliczki i celną serią pozbawił życia dwóch gangsterów. Przeskoczył na drugą ulicę i schował się za samochodem. Pozostali zaczęli do niego strzelać. Misio wiedział, że blacha samochodu jest żadną osłoną, więc zebrał się w sobie, wychylił się zza samochodu i strzelił. Jego seria z peemu trafiła w głowę pewnego młodzieńca ze strzelba, który zapamiętale strzelał w jego stronę. Teraz wyglądał jakby coś ogromnego wleciało mu w twarz i zrobiło w niej schowek. Ostatni żyjący z tej czwórki postanowił brać nogi za pas. Nie zabiegł daleko, gdyż szybko padł trafiony. Były to ostatnie naboje z tego magazynku. Misio nie przeładowywał broni, postanowił teraz użyć pistoletu. Złożył się do strzału. Wystrzelił cztery razy w stronę kierowcy. Piąty strzał był celny, kierowca otrzymał trafienie idealnie między oczy. Ostatni pozostający przy życiu członek tej „grupy ratunkowej” począł uciekać. Wyskoczył z samochodu i zaczął biec w tą samą stronę z której przyjechali. Misio wycelował i pociągnął za spust. Broń podskoczyła lekko, rozległ się huk wystrzału. Łuska opuściła komorę nabojową i jednostajnym lotem zaczęła spadać. Koniec jej krótkiej podróży oznajmił charakterystyczny odgłos. Misio opuścił broń i spojrzał.
Szósty z bandytów leżał na ziemi, z przestrzeloną nogą. Wił się z bólu i krzyczał w niebogłosy. Misio wyciągnął papierosa, zapalił go i spokojnym krokiem skierował się w stronę jego ofiary. W magazynku miał jeszcze dwa naboje. Szedł spokojnie, widział, że tamten nie podejmie walki. Stanął przed nim i z papierosem w ustach wycelował mu w głowę. - Nie zabijaj mnie ! Jestem za młody ! – wykrzyczał bandyta. - Przykro mi z tego powodu, ale nic na to nie poradzę – spokojnym, acz stanowczym głosem, odpowiedział mu Misio. - Aaa... Jezu ! Błagam Cię, nie zabijaj ! - Pomyślimy. Po co tu przyjechaliście? - Bo jakiś idiota strzelał do naszych z pistoletu maszynowego. - Gdzie teraz są twoi rodzice? - W domu... - Chcesz jeszcze ich zobaczyć? - Tak ! Błagam, nie zabijaj mnie ! - To będziesz gadał, gnoju. Wyśpiewasz mi wszystko, dla kogo pracujesz, ilu was jest, gdzie jest wasza melina i tak dalej. Zachowam Ci życie, ale jeżeli okaże się, że mnie kłamałeś, znajdę Cię nawet u diabła w dupie. Aha... I jeśli spotkam Cię kiedyś jeszcze na ulicy, w towarzystwie jakiejś bandy, bez sentymentów poślę Cię do piachu... A teraz gadaj, frajerze !
Srebrny beem
„Gdybym miał granaty...” pomyślał Misio skradając się do kryjówki bossa lokalnego gangu. Chłopak, którego postrzelił dzień wcześniej, wyśpiewał mu wszystko. Podał adresy, nazwiska, kto jest kim i tak dalej. Zadaniem Misia było wyeliminować tych zwyrodnialców, najlepiej za pierwszym i jedynym podejściem. Przedłużanie całej tej imprezy, mogło go kosztować życie. A tego Misio nie chciał, miał przecież dopiero 38 lat, było jeszcze dużo wiosen do przeżycia. Nie został zabity na wojnie, nie został zabity nawet jak go schwytali Scholandczycy, także nie miał zamiaru ginąć z ręki jakichś smarkaczy, na dodatek zwyrodniałych amatorów i zboczeńców. Zamarzył mu się teraz papieros...
Boss gangu miał pseudonim Carlito. „Dosyć kretyńska ta ksywka” pomyślał Misio, kiedy ją usłyszał. Z zeznań postrzelonego chłopaka wynikało, iż Carlito miał ok. 170 cm wzrostu, krótkie czarne włosy, śniadą cerę i brązowe oczy. Urodził się ponoć 21 lat temu i zdążył mieć już dwie żony. Każda z nich skończyła w cementowych butach w basenie portowym, podobno nie należały do tych wiernych. Postrzelony chłopak (miał na imię Juan, jak się potem okazało) zeznał też, że Carlito jest osobą bezwzględną i okrutną, że uwielbia coca-colę i że pali tylko scholandzkie papierosy. Ta ostatnia cecha przypadła Misiowi do gustu, ponieważ on sam palił jedynie fajki importowane z kontynentu. Melina gangu miała znajdować się ok. 4 km od domu w którym mieszkał Misio. Był to stary magazyn dreamlandzkiej firmy owocowej, która handlowała papajami, bananami, ananasami i bronią. Nie był może bardzo duży, ale w środku było wystarczająco miejsca, żeby pomieścić kradzione samochody, przedmioty oraz członków gangu i ich uzbrojenie. Banda miała liczyć ok. 20 osób, z czego 10 było uzbrojonych w strzelby, a sam Carlito do zabijania używał angielskiego STEN-a. Misio nie cenił wysoko tych pistoletów maszynowych, uważał je za prymitywne i pozbawione klasy, że składali je pozbawieni wyobraźni inwalidzi, że na pewno były zrobione z drewna. Kiedyś miał okazję strzelać ze STEN-a, zaciął mu się wtedy po wystrzelaniu jednego magazynku, mimo iż używał go zgodnie z zaleceniami producentów (nie łapał za magazynek). „Taaak... To były czasy...” rozmarzył się Misio i ruszył zbierać ekwipunek potrzebny mu do akcji.
Stał teraz pod magazynem, zły że nie ma granatów, wściekły że dał się wrobić w jakieś gangsterskie porachunki z gówniarzami, pewny że zginie z ręki jakiegoś młokosa. Obejrzał dokładnie budynek, który miał szturmować. W środku paliło się światło, było widać zza okna, że ktoś jest w środku. Misio zebrał się w sobie, zarepetował Thompsona, sprawdził swój pistolet, odpalił fajkę i ruszył w stronę magazynu. Serce waliło mu jak oszalałe, nie lubił działać w pojedynkę, zwłaszcza jeżeli przeciwko sobie miał mieć 20 chłopa. Gdyby tak miał ze dwóch ludzi do pomocy, wszystko poszłoby łatwiej. Ale był sam... „Muszę przyjąć to na klatę” stwierdził idąc do najbliższego okna. Zakradł się do niego i ostrożnie popatrzył przez szybę. Nie było nikogo w tym pomieszczeniu, zbił więc jedną taflę szkła kolba swojego peemu i po cichu otworzył okno. Kocim ruchem wskoczył do środka, odbezpieczył broń i rozpoczął polowanie. Był zły, wybitnie zły, pragnął krwi. Przerażało go to poniekąd, ponieważ jeszcze nigdy się tak nie czuł, nawet gdy beznamiętnie likwidował Scholandczyków. „Niedobrze ze mną, baaardzo niedobrze” stwierdził i ruszył do drzwi.
Podchodził do drzwi po cichu, najbardziej jak tylko potrafił. Starał się nie wydać ani jednego odgłosu, co było trochę zabawne, skoro wcześniej wybił szybę w oknie. Liczył na to, że bandyci może tego nie usłyszeli. Kiedy podszedł do owych drzwi, które prowadziły do głównej hali magazynu, wziął głęboki oddech i najdelikatniej jak tylko mógł, nacisnął na klamkę. Miał szczęście, że nic nie zaskrzypiało kiedy je otwierał. Powoli wychynął zza drzwi i popatrzył na halę. Było ich tam może z dziesięciu, góra jedenastu. Kiedy podchodził do budynku, wydawało mu się iż słyszy więcej osób. W sumie wyszło mu to na plus, bo szanse jego przeżycia wzrosły. Nadal jednak czuł, że zginie. Mógł się wycofać, mógł to wszystko mieć gdzieś, mógł się wyprowadzić stąd do lepszej dzielnicy, gdzie wojsko pilnowało porządku. Mógł, ale nie chciał. Coś trzymało go przy tej biedocie i ta sama siła, która nie pozwalała mu opuścić slumsów, kierowała go teraz do owej hali, gdzie siedziało dziesięciu uzbrojonych facetów, każdy gotowy go zabić tylko jednym strzałem. Misio miał natłok myśli, co najmniej z tysiąc na sekundę. Krew pulsowała mu na całym ciele, czuł, że się pocił, że zaschło mu w gardle. Miał teraz niesamowitą ochotę sobie zapalić. Ale nie mógł. Ta myśl o owym papierosie, sprawiła, że postanowił się pospieszyć. Rach ciach ciach i będzie po kłopocie, parę serii z thomspona i pójdzie do domu. Zaczął planować.
Misio zauważył małą galeryjkę, biegnącą wzdłuż ściany, tuż przy suficie. Miał stamtąd doskonały widok na całą halę, dodatkowo miejsce tamto nie było oświetlone. Mógł więc wejść tam po cichu, przeczołgać się, położyć, wycelować i strzelić nie będąc zauważonym przez osoby w środku. Misio szybko zlustrował ową galeryjkę. Jego wzrok zatrzymał się na paru metalowych skrzyniach, które stały tam na górze, jedna obok drugiej. Misio pomyślał, że mogą mu dać jaką tako ochronę przed pociskami przeciwników. Powoli, pozostając w cieniu, zakradł się na schody. Każdy krok, każde postawienie stopy na stopniu schodów, wykonywał najciszej jak tylko potrafił. Wchodził tak powoli, aż w końcu znalazł się na galeryjce. Cały czas był niewidoczny dla przeciwników. Kiedy zaszedł na górę, bez pośpiechu położył się i mozolnie, w żółwim tempie, począł czołgać się w stronę tych skrzyń. Odległość ok. 15 metrów przebył w ciągu dziesięciu minut. Ślimaczył się niemiłosiernie, zdążył w tym czasie spocić się potwornie. Myśl o tym jednym, przesmacznym, przewspaniałym, idealnym papierosie sprawiały, że Misio pocił się potrójnie. W końcu doczołgał się do skrzyń i zaczął lustrować sytuację na dole, tak jak sokół szykujący się do zanurkowania na ofiarę.
Sytuacja wyglądała dosyć interesująco – Carlito (Misio poznał go po karabinie) siedział tyłem do niego, rozparty w fotelu, popijał colę i zaciągał się papierosem. Trzech siedziało przy stoliku i prawdopodobnie pili rum. Każdy z tej trójki był uzbrojony w dwustrzałową strzelbę myśliwską. Dalej czworo siedziało przy stoliku i grało w pokera na pieniądze. Dwóch miało pistolety, dwóch strzelby. Pozostałych dwóch spało na improwizowanych łóżkach ze skrzynek po owocach i słomy, przykrywając się worami po bananach. Ci byli nieuzbrojeni, ich broń stała parę metrów od nich, prawdopodobnie rozładowana. Misio opracował prowizoryczny plan. Postanowił na początek kropnąć Carlita, co by nie mógł dowodzić ani strzelać ze swojego peemu. Układając swój plan, Misio już od razu wiedział, że na początku musi kropnąć dowódcę bandy. Było to niezgodne z kodeksem rycerskim, kanonem sztuki i tak dalej. Pamiętał jak oglądał kiedyś westerny, i tam widział, że główny zły walczył z tym dobrym bohaterem zawsze na końcu. Zawsze. Nigdy na początku. No ale z drugiej strony wydawało mu się to logiczne – po co miałby walczyć na początku, przecież wtedy o czym miałby być ten film? O wypasaniu krów? Nigdy w życiu. Dalej Misio myślał, że w sumie to tak nieelegancko strzelać od razu do dowódcy. Ale tutaj szybko przypomniał sobie jak instruował swoich strzelców wyborowych – kazał im zawsze celować w oficerów, żeby zdezorganizować system dowodzenia. I tak też miał postąpić w tym momencie.
Misio ściągnął z pleców swojego tommyguna. Obejrzał go jeszcze przed złożeniem się do strzału. Sprawdził, czy wszystko jest w porządku, ustawił tryb ognia na pojedynczy i przyłożył kolbę do ramienia. Wziął oddech i przez chwilę go wstrzymał. Głowa Carlita usadowiła się centralnie między muszką i szczerbinką. Misio wiedział, że to jeden z jego ważniejszych strzałów w życiu, przez umysł przelatywało mi milion myśli. Wiedział, że nie może zerwać strzału. Wytężył wzrok w celownik, czas przez chwilę przestał płynąć. Misio płynnym ruchem nacisnął na spust, broń podskoczyła lekko. Ołowiany pocisk rozpoczął swój bieg w stronę głowy zbira. Misio puścił spust dopiero wtedy, kiedy był pewnym, że w głowie Carlita tkwi metalowa kulka. Tak też się stało. Kula trafiła idealnie w tył głowy, przewierciła się przez czaszkę i dotarła do mózgu, tam zaś zrobiła lekki bałagan. Carlito przestał się liczyć w tej rozgrywce, w ogóle przestał cokolwiek. Misio szybkim ruchem palca przełączył tryb ognia na strzelanie seriami i skierował wylot lufy swojego thompsona w stronę owych trzech siedzących gangsterów, którzy popijali rum. Misio wystrzelił jedną serię, trafiły cztery kule. Jedna ugodziła pewnego młodego latynosa w głowę, drugi otrzymał pocisk w płuco i legł krwawiąc obficie na ziemi, ciągle żyjąc i harcząc głośno (umarł parę minut później, wykrwawiając się na śmierć; kulka w płuco to niemal pewny bilet na tamten świat). Trzeci zaś otrzymał dwa trafienia w obojczyk, które zmiotły go z krzesła na którym siedział. Upadając na betonową podłogę, rozbił sobie głowę i stracił przytomność. Misio dobił go później strzałem z pistoletu w głowę. I tak oto, w parę sekund były już 3 trupy i jeden ranny. Ciągle na placu gry pozostawało 6 graczy...
Tych dwóch co spali Misio zastrzelił, kiedy biegli po swoją broń. Tych czterech co grali w pokera, szybko podzieliło los swoich współtowarzyszy. Misio więc, w chwale zwycięzcy, schodził powoli na plac boju. Zadowolony z siebie, że poszło mu tak łatwo. Nagle rozległ się strzał, Misiowi momentalnie pociemniało w oczach...
Szeryf szybką strzelbę miał
Misio poczuł ogromny ból w plecach. Zapewne był on związany z hukiem wystrzału, który usłyszał na ułamek sekundy wcześniej. Był zły jak nigdy dotąd, bo przecież prawie mu się udało. Bóg chciał jednak inaczej i teraz Misio leżał trafiony na zimnej podłodze magazynu, wijąc się z bólu i krzycząc: „Kurwa ! To nie fair ! Wiedziałem, że to się tak skończy, ale to nie fair ! Kurwa !” Był ciekaw, czy dożyje do momentu kiedy zobaczy twarz swojego oprawcy. A tamten powoli zbliżał się do leżącego Misia. Słychać było wyraźnie jego kroki, odgłosy ciężkich wojskowych butów dudniły w całym magazynie. Misio w napięciu śledził każde postawienie stopy, każdy szelest dochodzący ze strony tego, który do niego strzelał. Powolny krok chód zmienił się prędko w szybki marsz, a potem w bieg. Tamten widocznie uznał, że kiedy Misio przestał krzyczeć, to pewno już nie żyje. Chciał zobaczyć swojego pierwszego zabitego człowieka w życiu. Musiał być młody, skoro podbiegł i zdyszany przystanął koło Misia. - Czego się gapisz, skurwysynu ! Trafiłeś mnie, to mnie dobij gnoju ! Rozumiesz?! – warknął Misio i przyjrzał się swojemu oprawcy. Był to młody żołnierz, jeszcze dzieciak, który był równie śmiertelnie przerażony, co on sam. Misio pojął w mig, skąd wytrzasnął się tu ów wojak. „Przecież jest stan wojenny... Kurwa...” pomyślał.
Istotnie był stan wojenny. Sytuacja w państwie nie była rewelacyjna, była tragiczna. Aby przywrócić jako taki spokój w miastach, wprowadzono stan wojenny. Wojsko wyszło na ulice i kontrolowało wszystko i wszystkich. Zdecydowano się na ten czyn, ponieważ policja w ogóle nie radziła sobie z zachowaniem porządku. Co więcej, była skorumpowana do cna i całkowicie niewyszkolona. Pewno po wczorajszej rozróbie na ulicy, gdzie Misio posłał do piachu paru chłystków, ktoś poinformował wojsko o tym zajściu. Dotychczas przecież słychać było tylko pojedyncze wystrzały, a tu nagle ktoś strzelał z broni maszynowej. To musieli być partyzanci... Misio w żadnym scenariuszu wydarzeń, nie zakładał, że wykryją go organy ścigania. A jednak i to już następnego dnia. Ktoś go musiał wydać, co jakoś specjalnie nie bulwersowało Misia. Bardziej denerwowało go to, że został trafiony i niechybnie umrze. Tymczasem młody żołnierz wołał bo sanitariuszy. W krótkim czasie załadowali Misia na nosze, odprowadzili do ambulansu i wysłali do szpitala...
Misio spędził w szpitalu dwa tygodnie. Miał szczęście, bo kula przeszła parę milimetrów od płuca. Trzeba mu było tylko wyciągnąć pocisk i zaszyć ranę. I tak oto, nasz bohater, wypoczywał sobie w szpitalu, podrywał pielęgniarki i dowcipkował. Nie myślał o tym, co było i co będzie. Żył chwilą, nie pamiętał kiedy ostatni raz wypoczywał. Od 1941 roku cały czas był w ruchu, coś robił, nie miał okresu odpoczynku. To walczył, to pracował, uczył i pomagał. Nie dbał o siebie, zawsze o innych. O ojczyznę, o rodaków, o żołnierzy z oddziału, potem o sąsiadów. Pod koniec już go to męczyło, chciał to wszystko zostawić i uciec, ale nie potrafił. To, że nie umiał zmienić swojego życia denerwowało go najbardziej. Beztroskę szpitalnych chwil przerwało brutalne wtargnięcie w jego życie pewnego majora baridajskiej armii, który pewnego dnia wszedł do jego sali. Był to rosły mężczyzna, o siwych włosach i na pewno nie pochodził stąd. Nie był śniady ani czarny, typowy człowiek z zewnątrz. Elegancko zdjął swój nienagannie czysty płaszcz i usiadł na krześle, koło łóżka Misia. - No no no, niezłe z pana ziółko panie pułkowniku – odewzał się do niego z wyraźnym niemieckim akcentem. - Och, proszę mówić do mnie po niemiecku, doskonale rozumiem... – odpowiedział mu Misio – Dlaczego nazwał mnie pan pułkownikiem, panie majorze? - Ech głupi... Wiemy o tobie wszystko. Pułkownik KSZ Jan Meisnerowicz. 1938 wstępuje w randze podporucznika do sarmackiej armii, służy w piechocie zmotoryzowanej. W 1939 roku awansuje na porucznika i dowodzi plutonem w kompanii C 32. Gellońskiego Pułku Zmotoryzowanego. Od 1940 kapitan i dowódca owej kompanii, po tragicznej śmierci dowódcy. W 1941 roku uczestniczy w wojnie ze Scholandią, jego oddział poddaje się jako jeden z ostatnich. Drogą radiową zostaje odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Księcia Unisława. Wzięty do niewoli, zostaje przetransportowany do oflagu pod Athos. Ucieka jednak i zaszywa się w lesie, gdzie tworzy oddział partyzancki. Uderza poraz pierwszy w połowie 1942 roku. Jego ataki odznaczają się agresją i zdecydowaniem. Do 1943 roku wyzwala okolice Gór Kocich, jednak zadenuncjowany musi się ukrywać. Na początku 1944 roku przyłącza się do Sarmackiej Armii Ludowej i w stopniu porucznika bierze udział w wyzwalaniu Czekan. Po odbiciu wsi przechodzi w stan spoczynku. W styczniu 1945 roku awansowany do stopnia pułkownika KSZ, zaszywa się potem w swojej rodzinnej wsi gdzie prowadzi pensjonat. W 1947 roku zostaje oskarżony o obszarnictwo, pozbawiony stopni wojskowych i wyrzucony z kraju. Ucieka do Baridasu, gdzie zakłada firmę i pomaga almerskiej biedocie. Jest utalentowanym dowódcą polowym, działa agresywnie i zdecydowanie. Nie pije. - Skąd pan to wszystko wie? - Mamy swoje źródła informacji, drogi panie. - Ale po co wam to? - Mam dla pana propozycję nie do odrzucenia – uśmiechnął się ów major. - Tak? A dlaczego myśli pan, że się na nią zgodzę? - Bo inaczej zostanie pan oskarżony o wielokrotne zabójstwo z premedytacją i niechybnie skazany i powieszony. - Kurwa... – zaklął cicho Misio. - Tak więc przedstawię moją ofertę. Jest pan doświadczonym dowódcą, umie pan szkolić żołnierzy, posiada pan ogromny autorytet. Sam jestem emigrantem, musiałem uciekać ze Scholandii, tam byłem generałem majorem. Tutaj jestem jedynie majorem. Rząd Baridasu złożył mi ofertę. Mianowicie mam stworzyć jednostkę armii, która ma walczyć w dżungli z partyzantką, a kompaniami mają dowodzić oficerzy zagraniczni, przebywający tutaj w charakterze emigrantów. Rozumie mnie pan? - Tak, rozumiem. - Tak więc, otrzyma pan kompanię Baridajczyków. Mają oni już za sobą podstawowe szkolenie, ale trzeba ich wytrenować bardziej. Otrzyma pan najlepsze uzbrojenie zza granicy. Będzie miał pan wolną rękę jeżeli chodzi o szkolenie. My zaś oczekujemy od pana wykonywania rozkazów i tego, że w ciągu miesiąca chłopaki będą gotowi do walki.
Misio stał wyprostowany. Niebo było zachmurzone, od paru dni padało. Twarz Misia była omiatana lekkim, zimnym wiatrem, połączonym z mżawką. Dawało to efekt rozpylania wody ze spryskiwacza do kwiatów. Cały poligon był teraz morzem błota. Mundur Misia był całkowicie mokry, na jego kapitańskich odznakach osadzały się krople wody. Woda ściekała też Misiowi na twarz wprost z jego hełmu. Stał tak wyprostowany, tuż przed okopem, który teraz był raczej dołem z błotem, wykopanym w morzu... błota. Buty Misia były koloru ziemistego, tak mocno były oblepione breją. Ciepły posiłek jadł ostatni raz trzy dni temu. Wczoraj rano na śniadanie zjadł batonika, trochę zimnej, zwietrzałej konserwy i popił to zimną wodą. Fajki skończyły mu się już dwa dni temu. Jego żołnierze mieli jeszcze zapas, ale Misio nie uważał za stosowne pytać któregoś z nich o papierosy. Na domiar złego, jego oficerowie nie palili, co jeszcze bardziej go przygnębiło. I stał tak wyprostowany, przed okopem, wściekły, zziębnięty, marzący o papierosie. W ręku trzymał nową broń – granatnik piechoty. Był to egzemplarz prototypowy, przysłany w ramach dreamlandzkiej pomocy. Misio nie czytał specyfikacji technicznej, ani tego jak tego używać. Wiedział, że do komory nabojowej musi załadować granat, wycelować i strzelić.
Misio delikatnym ruchem zdjął z ramienia granatnik. Obejrzał go dokładnie. Była to w zasadzie strzelba ogromnego kalibru, która strzelała nowym dzieckiem dreamlandzkiej myśli technicznej – granatem piechoty, który tak naprawdę był ogromnym nabojem wybuchającym niczym bomba przy trafieniu w cel. Misio złamał strzelbę, jego oczom ukazała się rura o średnicy 40 milimetrów. Z pasa amunicyjnego wyciągnął jeden nabój i załadował do granatnika. Zamknął komorę nabojową i przyłożył kolbę do ramienia. Złożył się do strzału i wycelował w grupę kartonowych postaci, które imitowały przeciwnika. Wziął oddech i wstrzymał go na chwilę. Nacisnął na spust, broń podskoczyła. Granatnik wydał przy tym dziwny dla Misia odgłos, coś jak by ktoś wrzucił piłkę do metalowej rury. Pocisk szybował w stronę grupy celów. Koniec jego podróży oznajmij wybuch, który zmiótł tekturowych żołnierzy. Misio był oniemiały i zachwycony. „Gdybyśmy mieli taką broń w 1941...” pomyślał i westchnął. Wedle najnowszej dyrektywy Sztabu Generalnego, każda drużyna piechoty miałabyć wyposażona w taką broń. O tym kto miał ją obsługiwać, decydował dowódca kompanii. Misio zastanowił się. Jego myśli skierowały się ku rosłemu Murzynowi z drugiego plutonu. Facet był dwumetrową górą mięsa i idealnie nadawał się do obsługi granatnika. Jako strzelec nie miał specjalnych osiągnięć, nie był celny, nie przejawiał inicjatywy, nie był specjalnie odważny. Ale jego masa sprawiała, że każdy czuł respekt przed nim. Dlatego Misio myślał o nim. - Mendoza ! Do mnie ! - Tak jest, panie kapitanie – odpowiedział głos i z okopu wyskoczył ów rosły Murzyn. - Dali, ściągaj ten pas amunicyjny, zostaw karabin i chodź tu. Będziesz obsługiwał granatnik. Widziałeś jak on działa, więc próbuj. No to do roboty ! – rozkazał Misio.
- Tak jest, panie kapitanie ! Misio tymczasem rozmyślał nad następnymi delikwentami, którzy mieli obsługiwać granatniki, całkiem zapomniał o tym, że chce mu się palić.
Iza, ty z Łysym byłaś???
Był to słoneczny, ciepły dzień. Idealny na spacer po parku, po plaży, do supermarketu. Misio jednak nie miał głowy do przechadzek. Śpieszył się teraz na naradę wojskową. Był już spóźniony, więc szedł zdyszany w stronę okazałego gmachu na Placu Republiki w Almerze – do Sztabu Generalnego. Tam, w pokoju 402, odbywała się narada, dotycząca wysłania do akcji Batalionu Sił Specjalnych, w którym to Misio służył.
Owa jednostka składała się z trzech kompanii, każda po 100 osób i każdą dowodził zagraniczny oficer. Kompanią A dowodził kapitan von Steuben, emigrant ze Scholandii, wyrzucony z kraju pod rzekomym zarzutem malwersacji i zabójstwa, w rzeczywistości nie podobał się swojemu przełożonemu, który sfabrykował dowody, żeby pozbyć się von Steubena. Dowódca kompanii A był wysokim szatynem, w wieku około 35 lat i miał za sobą długi okres służby w wojsku. Walczył w Sarmacji, gdzie odznaczył się odwagą i talentami taktycznymi. Wysłany później do Scholandii, szkolił oficerów polowych. Kompanią B dowodził kapitan Bosche, również Scholandczyk. Ten z kolei był dobrowolnym emigrantem. Wyjechał z kraju, gdyż nie odpowiadała mu sytuacja w ojczyźnie, gdzie z wojska wyrzucano zasłużonych oficerów, tylko dlatego że walczyli w Sarmacji. Rodzina jego zginęła w czasie wojny w jednym z wielu nalotów, dlatego w Scholandii nie trzymało go nic. Ostatnią kompanią – C, dowodził kapitan Jan Meisnerowicz, pseudonim Misio...
Misio z początku był nastawiony sceptycznie do wspólnej służby z oficerami ze Scholandii. Kilka lat wcześniej walczył przecież przeciwko nim, narażał życie aby wyrzucić ich z kraju. Teraz, razem z nimi, miał nadstawiać karku za cudzą sprawę. Ot ironia losu... W dowództwie batalionu był jedynym Sarmatą, resztę stanowili Scholandczycy. Sam major również był przybyszem ze Scholandii. Nazywał się Immelman, a do Baridasu przybył z nie znanych przyczyn. Nikt nie wiedział skąd się wziął, ani gdzie walczył, jednakże nie kwestionowano jego stopnia wojskowego. Misio początkowo obawiał się, że ta scholandzka „klika”, jak ich z początku nazywał, będzie odnosiła się do niego z pogardą i że będą go wysyłać do brudnej roboty. Jak się potem okazało, mylił się całkowicie. Wszyscy oficerowie zaprzyjaźnili się ze sobą i stanowili zgrany zespół, co miało wkrótce być potrzebne, gdyż szykowano ich batalion do walki. Dokładny plan akcji, mieli poznać na naradzie, na którą Misio spóźnił się nieznacznie. - Przepraszam, jechałem autobusem. Spóźnił się troszkę i dlatego nie byłem na czas... – wybełkotał zdyszany Misio, kiedy wpadł do pokoju 402. - Cóż, panie kapitanie, następnym razem proszę się nie spóźnić. Spóźnialstwo nie świadczy dobrze o oficerze ! – powiedział surowym tonem major Immelman – Dobrze, nie czas na to. Przejdźmy zatem do narady. Panowie – armia chce nas wysłać tutaj... – major pokazał palcem miejsce na mapie. - Dżungla? – zapytał zdziwiony kapitan Bosche – Nie szkoliliśmy chłopaków do działań w dżungli... - Cóż, będą musieli sobie poradzić. Spytacie pewno panowie czemu akurat tam. Otóż, teren ten jest obszarem działań dużego oddziału komunistycznej partyzantki, który pustoszy okoliczne wioski i zastrasza wieśniaków. Sztab Generalny chce przeprowadzić atak właśnie tam, żeby pokazać społeczeństwu, że armia walczy i że armia wygrywa. Jest to teraz bardzo potrzebne, zważywszy na to, że rząd się chwieje a sytuacja wewnętrzna jest bardzo zła. Takie zwycięstwo nad partyzantami podniosłoby morale narodu, ale też i armii. Do tej pory cały czas przegrywaliśmy, teraz czas przejść do kontrataku. Niestety, z danych wywiadu, wynika też, że obszar na którym będziecie działać, jest infiltrowany również przez partyzantów z Gnomiej Armii Republikańskiej. Pojedyncze oddział GAR przenikają czasem granicę ze Scholandią i atakują wioski, celem zdobycia zapasów. Każdy napotkany oddział Gnomów należy zniszczyć. Sztab Generalny zakazuje brania jeńców. - Czy otrzymamy wsparcie lotnicze? Lub ewentualne zrzuty z powietrza, kiedy skończy się amunicja? – zapytał Misio. - Niestety, nie dostaniem wsparcia z powietrza, ani zrzutów. Jeżeli braknie wam amunicji, wykorzystujcie zdobyczną broń. Dobrze... Więc, każda kompania będzie działała samodzielnie. Otrzymacie mapy, z zaznaczonymi na nich rejonami działania. Starajcie się unikać kontaktu między waszymi oddziałami. Niech partyzanci myślą, że rzuciliśmy do akcji większe siły, a nie tylko jeden batalion. W przypadku napotkania wroga, starajcie się nie wdawać w potyczkę. Są liczniejsi, w otwartym starciu nie dacie im rady. Próbujcie organizować zasadzki, lub atakujcie w nocy, z zaskoczenia. Niestety, akurat w tym wypadku starajcie się stosować taktykę walki partyzanckiej. Ma to swoje zalety, bo komuniści nie są przyzwyczajeni do tego, że to ktoś wobec nich stosuje partyzantkę. Zbierzcie swoje kompanie, przedstawcie plan działań jedynie swoim oficerom. Pojutrze wypływamy na kontynent. Niech będą gotowi. Szczegóły dotyczące wymarszu otrzymacie dzień wcześniej. Jest to akcja tajna, dlatego nie zdradzać jej nikomu z poza waszych oddziałów. Dobrze, jakieś pytania? - Tak panie majorze, a co jeśli nie napotkamy przeciwnika? – spytał kapitan von Steuben. - Wtedy, ale dopiero po otrzymaniu mojego polecenia drogą radiową, możecie wycofać się na pozycje wyjściowe, celem uzupełnienia zapasów. Jeszcze jakieś pytania? - Nie, panie majorze. - No to odmaszerować ! Powodzenia chłopcy.
„Walka partyzancka... Przednio” myślał Misio wychodząc z narady. Był on nawet z tego zadowolony, w przeciwieństwie do jego kolegów, którzy byli typowymi oficerami piechoty, szkolonymi w otwartej walce. Widać, że sam zapomniał, iż niegdyś również był oficerem polowym piechoty. To, że jego pułk miał w nazwie zmotoryzowany, oznaczało jedynie tyle, że w przeciwieństwie do innych jednostek piechoty, dowożonych na pole walki wozami konnymi lub docierających tam na piechotę, jego żołnierze byli przywożeni tam za pomocą ciężarówek. Tak właśnie wyglądała motoryzacja sarmackiej armii w 1941 roku. Misio niewiele pamiętał z wykładów dla oficerów piechoty, z zajęć z taktyki i tak dalej. Ostatni raz walczył w otwartym polu w 1944 roku, w bitwie o Czekany, jednak niewiele miało to wspólnego z tym, czego uczyli go w szkole oficerskiej. Był to jego własny plan, kwintesencja partyzanckich akcji w stylu uderz i uciekaj, w tym wypadku jednak bez ucieczki. Pamiętał, że uczono go, żeby atakować dużym oddziałem, całą falą. Tego sposobu użył tylko raz, w pierwszym swoim starciu w życiu, kiedy okazało się że ta taktyka jest nieskuteczna. Jego oddział został zmasakrowany przez broń maszynową, co wyglądało mniej więcej tak samo jak natarcia w czasie I wojny światowej. Od tamtej pory wypracował swój własny styl walki, zakładający jak największe wsparcie ogniowe nacierających drużyn. Co ciekawe, Sztab Generalny KSZ, w przede dniu wojny, opracował nową doktrynę wojskową, zakładającą zmasowany ostrzał artyleryjski przed rozpoczęciem ataku, oraz bliskie artyleryjskie wsparcie ogniowe nacierających oddziałów. Dodatkowo zwiększono też siłę rażenia poszczególnych kompanii, przydzielając im sekcje moździerzy i cekaemów. Misio miał okazję oglądać nową taktykę na poligonie, gdzie wszystko odbywało się perfekcyjnie. Wywarło to na nim ogromne wrażenie, ta cała przytłaczająca przewaga ogniowa. Jak pokazała praktyka, taktyka ta była skuteczna, jednak z braku wyposażenia nie udało się jej całkowicie wcielić w życie. Później Misio stwierdził, że SAL walczył w podobny sposób, rozpoczynając każde natarcie przygniatającym ostrzałem artyleryjskim.
Kompania Misia składała się z trzech plutonów. Pierwszym dowodził porucznik Alba, młody wychowanek szkoły oficerskiej, pochodzący z dobrej i zamożnej rodziny plantatorów, gdzie tradycją było wysyłanie synów do szkoły oficerskiej, a po odbyciu służby przejmowali rodzinny interes – plantacje bawełny. Porucznik Alba był osobą odważną aczkolwiek trochę zarozumiałą. Nie miał jednak doświadczenia bojowego i specjalnie nie wykazywał własnej inicjatywy, jednakże wzorowo wypełniał wszystkie rozkazy przełożonych. Drugim plutonem dowodził podporucznik Garcia, trzydziestoletni wychowanek almerskich slumsów, który w armii służył od lat dwunastu i przeszedł całą drogę awansu od szeregowca. Posiadał duże doświadczenie bojowe, jednak czasem zachowywał się nielogicznie czym denerwował Misia. Mimo swych wad, był solidnym ogniwem kompanii i Misio mógł na niego liczyć w każdym momencie. Dowódcą trzeciego plutonu był podporucznik Toledo, absolwent szkoły oficerskiej, przeciętny dowódca, przeciętny człowiek. Nikt nie spodziewał się po niczego szczególnego...
Misio, na specjalnej naradzie, poinformował swoich oficerów o zbliżającej się misji. Plan działania przyjęli bez zbędnych emocji, jak typowi profesjonaliści. Misio zastanawiał się, czy poradzą sobie w boju z tak doświadczonym przeciwnikiem jak partyzantka komunistyczna, czy pododziały Gnomiej Armii Republikańskiej. Byli dobrze uzbrojeni i wyekwipowani, każdy z nich wiedział, że nie może zawieźć swojego dowódcy. Misio polecił im, aby każdy z nich wziął ze sobą zapasowe noże i skarpety, bo mogą być potrzebne tam, gdzie się udadzą. Żołnierze kompanii C ufali swojemu dowódcy, wiedzieli że jego doświadczenie jest ogromne i że w razie czego pomoże wydostać im się z opresji. Z początku podchodzili do niego z dystansem, był przecież człowiekiem z zewnątrz, ale szybko zmienili zdanie. Na ćwiczeniach na poligonie, udowodnił im że jest dobrym oficerem, kiedy ich oddział zwyciężył w grach wojennych.
W rejon operacji trafili w miesiąc po naradzie. Była to nieprzyjemna okolica, z dżunglą, chmarami komarów, upałem i wilgotnym powietrzem. W takich warunkach Misio jeszcze nie walczył. Marsz w takich warunkach był prawdziwym sprawdzianem wytrzymałości dla żołnierza, zwłaszcza jeżeli szli po drogach, które po deszczu zmieniały się w morze błota, a padało tu codziennie. Pocili się przy tym obficie, więc priorytetem było zapewnienie im wody. Kompania otrzymała na wyposażeniu specjalne tabletki do uzdatniania wody, tak aby można było korzystać ze strumieni płynących w lesie. Po wrzuceniu takiej pastylki, woda stawała się dobra do spożycia, aczkolwiek śmierdziała przy tym niemiłosiernie. Takie były warunki życia w dżungli. Dla Misia był to szok. Przyzwyczajony do walki w mniej ekstremalnych warunkach atmosferycznych, męczył się strasznie. Ale wiedział, że nie może zawieźć, bo wtedy marny jego los. Co ciekawe, kiedy dotarli w ten rejon, Misiowi całkowicie odechciało się palić. Być może ze względu na wilgotne powietrze, zaraz kiedy przybył zapalił jednego dymka, ale był po nim potwornie zmęczony. Szkoda mu było sił na palenie, skoro musiał być w idealnej formie przed starciem z silnym przeciwnikiem. Misio postanowił poruszać się jedną linią, każdy pluton miał działać w odległości ok. 500 metrów od siebie. Stworzył też drużynę, dowodzoną przez porucznika Albę, która miała iść na czele kompanii i wypatrywać przeciwnika. Jeżeli by takiego wykryto, Alba miał informować Misia drogą radiową, który teraz osobiście przejął pierwszy pluton, pod nieobecność porucznika. Poruszanie się w dżungli było potwornie męczące. Musieli sobie dosłownie wyrąbywać przejście przez rośliny. Właśnie tutaj Misio przypomniał sobie, jak jeszcze przed wojną czytał reportaże z Baridasu.
Było to w roku 1938, kiedy to połączone wojska scholandzkie, sarmackie, dreamlandzkie i armia baridajska walczyły z prawicową partyzantką w dżungli. Cała ta operacja była obficie relacjonowana w prasie sarmackiej, było dużo zdjęć, artykułów o bohaterskich żołnierzach sarmackich walczących o światowy pokój i tak dalej. Właśnie wtedy ukazał się artykuł, a w zasadzie humorystyczna wzmianka, o tym jak to Sarmaci złapali jakiegoś partyzanta. Zadali mu wtedy pytanie, kto według niego jest najlepszym „jungle fighterem”. Sarmaci? Scholandczycy? Dreamlandczycy? Partyzant odpowiedział im, że Dreamlandczycy, bo oni po prostu usuwali dżunglę. Fakt faktem, każde dreamlandzkie natarcie było poprzedzane ogromnym ostrzałem artyleryjskim i bombardowaniem lotniczym, które po prostu zmiatało dżunglę z powierzchni ziemi. Misio doszedł do wniosku, o ile byłoby łatwiejsze życie, kiedy by teraz ktoś usuwał im tą dżunglę z przed nosa.
- Panie kapitanie ! Chyba coś mamy ! – odezwał się przez radio porucznik Alba – To jest jakiś obóz chyba, na pewno nie naszych ! Misio został wytrącony tym komunikatem ze swoich rozmyślań. Szybko doszedł do wniosku, że walka może być w gruncie rzeczy przyjemna, bo przecież przełamie w końcu tą monotonię mozolnego przedzierania się przez dżunglę... - Proszę się nie ruszać poruczniku, już do pana idę ! – rozkazał Misio – Mendoza, David, Zabaloui i Camacho do mnie ! Idziecie ze mną !
I tak w piątkę ruszyli w stronę porucznika Alby, który prawdopodobnie wykrył wroga...
Rozdział V – Oklapłe uszko Misia
Porucznik Alba i jego drużyna znajdowali się w tym czasie ok. 500 metrów przed Misiem, który teraz przedzierał się przez dzikie chaszcze, aby do nich dotrzeć. Przebycie tego, zdawać by się mogło, krótkiego odcinka, zajęło Misiowi ponad pół godziny. Cały czas pozostawał w kontakcie radiowym z porucznikiem Albą, dzięki nowemu dziecku baridajskiej myśli elektrotechnicznej – krótkofalówce. Ten ciężki i niezgrabny przyrząd służył do porozumiewania się na odległość. Misio uznał, iż jest to dobra rzecz, ale ni cholery nie nadaje się do dżungli, kiedy musisz oprócz niej taszczyć własną broń, wyposażenie osobiste, gdzie jest gorąco i wilgotno, gdzie musisz sobie wyrąbywać w lesie każdy, nawet najmniejszy krok, gdzie cały czas nad głową wrzeszczą rajskie ptaki, małpy i Bóg wie co jeszcze, gdzie na dodatek musieli usadowić się ci cholerni, komunistyczni partyzanci. Dlaczego akurat dżungla?! „Kurwa mać” zaklął Misio, kiedy po raz niewiadomo który wywalił się o leżący, stary konar. Był wściekły i chciał wracać natychmiast do swojego almerskiego mieszkania, chociaż już dawno mogło zostać obrabowane, spalone, zalane czy rozebrane. I wtedy, pierwszy raz odkąd wyjechał z Sarmacji w 1947 roku, przypomniała mu się ona, ta jedyna i momentalnie zrobiło mu się jeszcze bardziej źle.
Kiedy w końcu dotarł na miejsce, Miguel Alba, człowiek młody, acz doświadczony przestraszył się wyraźnie na jego widok. Misio po przebyciu tych morderczych 500 metrów przypominał dzikusa, którego jedynym zajęciem jest jedzenie ludzi. Nigdy jeszcze nie widział swojego kapitana w takim stanie. Na taki, a nie inny wygląd Misia, złożyło się parę czynników, o których porucznikowi Albie nawet się nie śniło. Postanowił jednak nie zginąć z rąk własnego dowódcy i ograniczył się jedynie do przekazania tego, co wykryli. - Panie kapitanie, melduje iż wykryliśmy obóz wroga, dwieście metrów poniżej. O tam na polance siedzą, widzi pan kapitan? – porucznik Alba dla podkreślenia efektu pokazał ręką dokładnie gdzie, aczkolwiek ton jego głosu był wyraźnie uległy. Nie chciał ryzykować. - Daj no lornetkę swoją, bo moja została w tej pieprzonej dżungli... Nienawidzę tego miejsca... - Proszę panie kapitanie – powiedział Miguel Alba, podając mu swoją lornetkę – Czy zaatakujemy ich, panie kapitanie? - Hmm... Wydaje mi się, że tak, ale nie teraz. Poczekamy, aż się ściemni, chyba że... – Misio popatrzył przez lornetkę – Nie. Uderzymy w nocy. Daj no radio... - Proszę panie kapitanie – odpowiedział jakiś szeregowiec. - Poruczniku Toledo, jesteśmy 500 metrów przed panem. Proszę podciągnąć kompanię tutaj do nas, tylko zróbcie to w miarę cicho. Wykryliśmy chłoptasiów i szkoda byłoby ich wypłoszyć. - Ta jest, panie kapitanie – odpowiedział mu zniekształcony przez słuchawkę głos. - Chłopaki mają nie dowcipkować, tylko zamknąć mordy i tutaj przyjść. Nie ociągać się, nie rozłazić. Widzę was tutaj, za maksymalnie 45 minut. Wykonać – zarządził Misio. - Rozkaz, panie kapitanie – powiedział, tym razem mniej zawadiackim głosem, porucznik Toledo.
Misio jeszcze raz wziął nie swoją lornetkę i popatrzył przez jej szkła, tam na dół, na ową polankę, gdzie obozowali komuniści. Musiał wytężać swój wzrok, gdyż jego zmęczenie sprawiało, że widział troszkę gorzej. Naliczył w tym momencie ok. stu uzbrojonych partyzantów, ale coś głęboko w nim, tam w środku Misia, podpowiadało mu, że będzie ich więcej. Opracował zatem plan. Rozciągnął swoje plutony na kształt półksiężyca i rozmieścił je na skraju dżungli, ok. 200 metrów ponad przeciwnikiem. Akcję postanowił rozpocząć zmasowanym ogniem karabinów maszynowych i granatników piechoty, tak aby już na samym początku zdemoralizować wroga i zadać mu jak najwięcej strat, zanim otrząśnie się już z pierwszego zaskoczenia i skonsoliduje obronę. Misio musiał uchwycić ten moment, kiedy skończy już ostrzeliwać przeciwnika z cekaemów i granatników, żeby ruszyć swoją kompanię w dół i całą morderczą furią zaatakować komuchów, zanim zdążą się okopać i wystrzelać ich jak psy. Mieli atakować tuż po zmroku, tj. gdzieś koło godziny 23. Każdy z żołnierzy miał być gotowy do walki i tuż przed nawałą ogniową powinien wybrać swój cel, aby zwiększyć jak najbardziej początkowe straty. Umówionym sygnałem do otwarcia ognia miała być zielona raca, która Misio miał wystrzelić równo o godzinie 23. Ogień miały rozpocząć owe mordercze granatniki, żeby jak najlepiej wykorzystać demoralizujący efekt ich wybuchów, czy też samego świstu pocisków. A wyły one zaiście złowrogo, kiedy majestatycznie szybowały w stronę swoich celów. Misio, z tak dokładnie opracowanym planem i po wydaniu dyspozycji swoim żołnierzom, usiadł w jakimś zagłębieniu w dżungli, koło radiotelegrafisty i zaczął sprawdzać swoją broń. Najpierw sprawdził tommyguna, potem swój pistolet. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Potem sprawdził granaty i tutaj przypomniała mu się pewna sztuczka, jakiej nauczyli go żołnierze piechoty morskiej, kiedyś na wspólnych manewrach. Otóż zawleczki granatów były przypinane do klipsów paska, tak że żołnierz wyciągał granat już odbezpieczony i po prostu rzucał. Był to sposób dosyć niebezpieczny, Misio wielokrotnie, już w czasie wojny, widział jak chłopakom z jego oddziału granaty, właśnie dzięki temu przypinaniu zawleczek, odrywały tyłki. I wtedy znów przypomniała mu się Olka... „Kurwa... Co jest? Coś nie tak ze mną...” pomyślał Misio i pospiesznie napił się wody z manierki. Położył się i próbował się trochę zdrzemnąć. Do rozpoczęcia akcji było jeszcze parę godzin.
Misio został obudzony przez swojego radiotelegrafistę. Był zły, ponieważ miał przyjemny sen (przynajmniej tak mu się wydawało), a ten mały gnojek miał czelność go budzić. Odburknął mu coś i spojrzał na cyferblat swojego zegarka. Dochodziła 22.45 i czas było się zbierać. Misio rozkazał wyjść swoim żołnierzom na pozycje, ci jednak siedzieli tam już od pół godziny, zaraz po tym jak się ściemniło. Rad tym zachowaniem swoich podopiecznych, zasiadł na wyznaczonym miejscu i począł obserwować polankę. W tym momencie zauważył coś, czego spodziewał się od dawna. Otóż do obozu powracał właśnie oddział wroga, którego liczebność Misio oszacował na stu ludzi, co dawało w sumie 200 chłopa do wystrzelania. Nie pocieszyło go to zbytnio, mimo tego dał rozkaz szykowania się do walki. Żołnierze sprawdzali broń, pili z manierek, niektórzy nerwowo patrzyli na zegarki, na ich twarzach wyraźnie widać było napięcie. Przecież mieli po raz pierwszy iść w bój... Ale Misio nie martwił się zbytnio o nich, byli przecież wyszkoleni, a uczył ich nie byle kto, a on sam, bohater wojenny, doświadczony żołnierz... Spojrzał znów na swój zegarek – za parę sekund miała wybić godzina 23. Przygotował więc racę i kiedy duża wskazówka zatrzymała się na cyfrze 12 wystrzelił ją. Zielony punkcik uniósł się nad polanką i powoli spadał w dół. Na to czekali jego żołnierze – na ten jeden jedyny sygnał. Zaczynała się bitwa...
W tym samym momencie, w którym na niebie pojawiła się zielona raca, dziewięciu rosłych i odważnych baridajskich żołnierzy, uniosło w sumie dziewięć granatników, w tym samym momencie pociągnęło w sumie za dziewięć spustów i wystrzeliło w sumie dziewięć pocisków. Minęły ułamki sekundy, kiedy w dole wykwitło w sumie dziewięć wybuchów, oznaczających eksplozję granatów. W tym samym momencie, kiedy w sumie dziewięć granatów oznajmiło kres swej drogi, rozpoczął się zmasowany ogień maszynowy. Cekaemy pluły śmiercionośnymi kawałkami ołowiu bez litości, masakrując potwornie niczego niespodziewających się partyzantów, którzy właśnie zasiadali do kolacji. Nie byli gotowi na to co miało nastąpić, nikt z nich nie przypuszczał, że ktoś może ich zaskoczyć. Z resztą kto miał? Gnomy? Mieli z nimi układ, swoisty pakt o nieagresji. Więc kto? Armia rządowa? Dobre sobie, przecież byli w rozsypce... No i właśnie ta niedoceniana, Armia Republiki Baridas, miała być ich femme fatale.
I znów w stronę komunistów szybowało dziewięć granatów. Ich eksplozję na chwilę zagłuszyły szybkie i rytmiczne serie z cekaemów, które strzelały niemiłosiernie celnie i zabójczo skutecznie. Ich stacatto przerywały co jakiś czas wybuchy granatów. Jednak Misio wiedział, że granatnikom wkrótce skończy się amunicja i trzeba będzie ruszyć w dół, żeby dokończyć apokalipsy. Widział, ile ten w sumie krótki ostrzał, spowodował szkód. I kiedy ostatnia, siódma już mordercza dziewiątka leciała w stronę obozowiska, Misio wydał rozkaz wstrzymania ognia przez cekaemy. Piechota miała teraz ruszyć w dół, nie było więc wskazane aby zostali posiekani przez własne ciężkie karabiny maszynowe. Misio wyczuł odpowiedni moment do ataku, wydał komendę „Bagnet na broń”, wstał, odbezpieczył swojego peema, krzyknął „Za mną!” i ruszył w dół, strzelając raz po raz z thompsona. Dystans 200 metrów w dół przebył z ciągu pół minuty, cieszył się, że zdążył zdezorganizować plus minus dobrze wyszkolonych żołnierzy przeciwnika, którzy mieli za sobą dużo akcji bojowych. Kiedy tak biegł, nie myślał o niczym, działał jak automat. Zobacz, wyceluj, zabij. Te trzy słowa, te trzy czynności, kierowały nim w czasie walki. Nie myślał wtedy, czasem miewał przebłyski świadomości, ale tylko w celu sprawdzenia, czy jego żołnierze dają sobie radę, po czym znów zmieniał się w tego ludzkiego robota. Zobacz, wyceluj, zabij. Zobacz, wyceluj, zabij. Zobacz, wyceluj, zabij...
Kiedy wbiegał do obozu, z pierwszego namiotu jaki mijał, wyskoczył komunista. Gdy zobaczył Misia, zamarł z przerażenia na jego widok. Automatycznie wręcz uniósł ręce w geście mówiącym „poddaję się, nie zabijaj mnie”, na Misiu nie zrobiło to żadnego wrażenia. Z wyłączonym myśleniem, zastrzelił biednego partyzanta strzałem z bliskiej odległości w głowę. Zatrzymał się jeszcze żeby wrzucić granat do namiotu, gdyż słyszał tam, prawdopodobnie, krzątających się komunistów. Wybuch zmiótł ten szmaciany domek, oraz jego lokatorów. Ale Misio już nie pamiętał, ani o namiocie, ani o zastrzelonym partyzancie. Biegł dalej, siejąc śmierć ze swojego pistoletu maszynowego, podarowanemu mu ongi przez wiernych żołnierzy z oddziału, który uwolnił go niegdyś ze scholandzkiej niewoli. Raz po raz, jakieś nieśmiałe pociski wroga, uderzały wokół niego, ale nie w niego samego, tak jakby się go bały lub czuły przed nim respekt. Misio nawet ich nie zauważał, zaprogramowany zdawać by się mogło przez samego Boga, biegł, strzelał i zabijał. Po wysadzeniu granatem namiotu, przeładował thompsona. W tym samym momencie, kiedy wymieniał magazynek, zza węgła wyskoczył z krzykiem partyzant i biegł na niego ze swoim kałachem, który miał przymocowany u dołu bagnet koloru srebra. Misio miał wrażenie, że zaraz zginie, przekłuty tym błyszczącym ostrzem, kiedy momentalnie uświadomił sobie, że ma przecież jeszcze pistolet. Szybkim ruchem wyciągnął z kabury swojego Colta M1911 i w ostatniej chwili zastrzelił go trzema strzałami z bliska. Schował potem pistolet z powrotem, dokończył ładowanie thomspona i ruszył dalej. Zauważył grupkę partyzantów, którzy schowani za workami z piaskiem, strzelali z cekaemu i z broni osobistej. Granaty, które nieśmiało jeszcze leciał w ich stronę, były wyrzucane z tego zaimprowizowanego punktu oporu, przez jego dzielnych obrońców.
Misio uznał, że musi wyeliminować to stanowisko, zanim komuniści wystrzelają jego żołnierzy. Zaczaił się za jakimś namiotem i patrzył. Pewną szansę dawały drewniane skrzynie, które leżały w pewnej odległości od stanowiska kaemu, wystarczającej jednak aby celnie rzucić granatem. Tutaj Misio postanowił wykorzystać pewną sztuczkę, której nauczył się na swoim pierwszym szkoleniu na poligonie, a która była surowo zabroniona przez regulamin armii – chciał „podgotować” granat. W tym celu zdjął jednego ze swojego paska, razem z zawleczką i przystąpił do działania. Z thompsonem w jednej, a z granatem w drugiej dłoni, rzucił się w stronę skrzynek. Dotarł tam bez problemu, chociaż obsługa wrażego cekaemu zaczęła do niego strzelać. Musiał się spieszyć. Zobaczył wtedy paru żołnierz z jego oddziału, którzy strzelali do wrogów ukrytych za workami z piaskiem. Ruchami dłoni rozkazał im, aby go osłaniali ogniem. Ci zrozumieli go i gwałtownie wyskoczyli zza swoich osłon, strzelając bezustannie do przeciwnika. W tym samym czasie Misio odbezpieczył granat, ale go nie rzucał. Potrzymał go w ręku ułamki sekund, po czym rzucił. Miał tak wyliczone, aby granat eksplodował dokładnie w tym samym momencie, kiedy doleciałby do stanowiska. Tak też się stało. Obsługa cekaemu i paru partyzantów, którzy mieli pecha tam przebywać, należeli już do przeszłości. Misio ruszył dalej. Za każdym razem, kiedy uczestniczył w walce, starał się liczyć ilu przeciwników zabił i zawsze o tym zapominał. Nie inaczej było tym razem...
Misio załączył na chwilę swoją świadomość, aby stwierdzić, co się aktualnie dzieje w namiocie. Rozejrzał się dookoła. W oczy rzucił mu się najpierw jakiś szeregowiec z jego kompanii, który właśnie mordował jakiegoś komunistę z przy użyciu bagnetu. Wbił go w niego z całą swoją siła, tamten nie bronił się specjalnie, widocznie został najpierw ogłuszony ciosem kolby. Młody szeregowiec wyciągnął szybko ostrze z przeciwnika, strzelił mu jeszcze w głowę żeby upewnić się, że nie żyje i ruszył dalej. Dalej Misio zobaczył, jak grupka partyzantów poddaje się, trzymając w górze podniesione ręce, po czym zostaje skoszona serią z pistoletu maszynowego. Misio nie widział kto strzelał, nie interesowało go. W tym samym czasie, obok niego zaczęły rozrywać się pociski karabinowe. Misio musiał znaleźć jakieś schronienie, aby nie zginąć. Nie widział kto strzelał, bo sekundę później wszyscy partyzanci poddali się i stali z rękami uniesionymi w górę. W tym samym momencie przypomniał sobie o rozkazie majora Imelmmana, który zakazywał brania jeńców. Misia coś chwyciło za gardło, kiedy widział tych młodych chłopców, którzy mieli niechybnie zginąć. Ale taka była wojna, tak przynajmniej to sobie tłumaczył. Wśród pobojowiska znalazł porucznika Albę, aby zapytać go o straty, po czym polecił mu załatwić sprawę jeńców, których było w sumie 32. Reszta partyzantów zginęła, większość już na samym początku. Misio chciał, aby ktoś za niego rozwiązał kwestię jeńców, gdyż on nie miał do tego ani serca, ani głowy, co więcej kłóciło się to jakoś z jego wewnętrznymi przekonaniami. Chwilę później jeńcy już nie żyli...
Misio odnalazł radiotelegrafistę. Chciał przekazać do kwatery głównej komunikat z akcji. - Bambus Alfa 4, Bambus Alfa 4, tu Asfalt 12, tu Asfalt 12, odbiór ! – rozpoczął Misio. - Tu Bambus Alfa 4, słyszymy cię Asfalt dobrze i wyraźnie, odbiór ! – odezwał się głos w słuchawce, Misio rozpoznał w nim majora Imelmmana. - Wykryliśmy obóz wroga w kwadracie 2:14. Jest godzina 23:15, akcję rozpoczęliśmy o godzinie 23. Straty własne to 10 zabitych i 4 rannych. Straty wroga to 198 zabitych, zero rannych, zero jeńców. Proszę o pozwolenie na wycofanie się na pozycje wyjściowe. Amunicja jest na wykończeniu, zdobycznej jest bardzo mało, widocznie wróg wystrzelał całą. Kończy się też żywność, odbiór ! – przekazywał Misio. - Zezwalam. Dobra robota chłopaki. Po powrocie złoży pan raport i przedstawi żołnierzy do odznaczeń, bez odbioru ! - Bez odbioru !
Rozdział VI – W. Balice II.
Pobyt w dżungli nie wyszedł Misiowi na dobre. Chory na malarię, trafił szybko do szpitala wojskowego, gdzie poddano go leczeniu. Aktualnie Misio prezentował wrak człowieka, rozbity psychicznie i fizycznie nie posiadał chęci do życia, z przyjemnością skończyłby ze sobą raz a dobrze. Uczucie przygnębienia spotęgował dodatkowo „urlop” w szpitalu, gdzie widział dantejskie sceny. Niby przyzwyczajony do widoku śmierci, Misio nie mógł znieść jęków i wzdychań rannych leżących obok. Dodatkowo, żeby w ogóle spotęgować uczucie melancholii, Misio zaczynał tęsknić za krajem rodzinnym. Jedynym odstępstwem od uciążliwej monotonii życia szpitalnego, były wizyty żołnierzy z jego kompanii, odwiedziny jego przełożonych i wywiady z dziennikarzami.
Armia baridajska potrzebowała zwycięstwa nad partyzantami jak kania dżdżu. Dlatego każdy, nawet najmniejszy sukces rozgłaszany był na cały kraj. Oczywiście, spece od propagandy nie przepuścili takiej gratki, tak więc mało znacząca potyczka w dżungli urosła do rangi wielkiego starcia, o niesamowitym znaczeniu strategicznym. Reporterzy z całego Baridasu, jak i z krajów ościennych chcieli poznać tego wielkiego stratega na miarę Napoleona, który rozbił przeważające siły wroga, w wydawać by się mogło, bitwie nie do wygrania. A Misiowi to odpowiadało, bo przynajmniej mógł się oderwać od szarej rzeczywistości szpitalnego życia. Po pewnym czasie obecność zgrai reporterów zaczęła go jednak irytować i pragnął jak najszybciej wyrwać się z tej dziury i wrócić do swojej kompanii. Po miesiącu pobytu w szpitalu, Misio powrócił do swojej macierzystej jednostki, która nie była już częścią Batalionu Sił Specjalnych, ale została przydzielona do 3. Dywizji Piechoty. Kompania C, jako część składowa 14. Regimentu Piechoty 3. Dywizji Piechoty „Bananowy Gaj” została wysłana na południe od Almery, gdzie wraz z innymi jednostkami baridajskiej armii, miała zadać decydujący cios faszystowskiej rebelii byłego esesmana „Wolfa”. Chodziły plotki, że „Wolf” ma niezłe plecy w rządzie baridajskim, dlatego do tej pory armia nie była w stanie go pokonać. Misia to nie obchodziło, chciał walczyć bo było to jedyne zajęcie, które tak naprawdę wychodziło mu bardzo dobrze. Czasami jednak zastanawiał się, co byłoby gdyby w tym pamiętnym roku 1938 nie wstąpił do szkoły oficerskiej i jak jego ojciec został rolnikiem. Jak wyglądało by teraz jego życie? Czy miałby żonę, dzieci? Czy byłby uczciwym człowiekiem, spokojnie żyjącym gdzieś w Sarmacji, osobą, która nigdy nikogo nie zabiła? Przypominał sobie też raz po raz o swojej jedynej miłości, która została gdzieś tam u komunistów i teraz pewnie jest wzorową funkcjonariuszką reżimu. Pewnie miała już męża, może nawet dzieci, które z pewnością wychowałaby na małych, zagorzałych komunistów. „Ja to mam popierdolone życie” – tak zawsze podsumowywał Misio swoje rozmyślania filozoficzne.
„Zasrana Trójka”, jak nazywali swoją dywizję żołnierze, miała brać udział w wielkiej ofensywie przeciwko faszystom. Zadanie było trudne, gdyż rebelianci byli doskonale umocnieni na południu wyspy i skutecznie odpierali wszelkie ataki baridajskiej armii. Teraz miało być inaczej... Sztab opracował plan potężnego natarcia na całym odcinku frontu, połączonym z desantami morskimi na tyłach nieprzyjaciela. Chciano w ten sposób okrążyć przeciwnika i zniszczyć go, tak aby całkowicie zlikwidować zarzewie buntu. Jednostki otrzymały rozkaz, aby nie brać jeńców i stosować taktykę spalonej ziemi. Miała to być kara za wspieranie byłego scholandzkiego oficera SS i jego bandy morderców, jak nazywała ich propaganda rządowa. A dywizja Misia miała uderzać z morza. Misio był przerażony, najbardziej ze wszystkiego bał się wody...
Mieli być desantowani z rana, kiedy następował odpływ. Dzięki temu potencjalne przeszkody na plaży miały być odsłonięte, co ułatwiłoby pracę czołgom które miały wspierać atak. Kompania Misia została zaokrętowana na specjalnych amfibiach, zwanych aligatorami. Każdy aligator wyposażony był w dwa cekaemy i generalnie rzecz biorąc, był słabiutko opancerzony. Dawał jedynie ochronę przed ogniem karabinów maszynowych, chociaż zdarzały się wypadki przestrzelenia boku aligatora i rażenia żołnierzy w środku. Nie podnosiło to Misia na duchu, zwłaszcza, że wstępne rozpoznanie brzegu dokonane przez łodzie podwodne, donosiło o licznych przeszkodach na plaży i o stanowiskach broni ciężkiej i maszynowej. Dowództwo postanowiło „zmiękczyć” obrońców ogniem z okrętów i z broni pokładowej samolotów (bomb brakowało, miały zostać użyte na innym odcinku frontu). Misio postanowił nie mówić o tym swoim podwładnym, żeby niepotrzebnie nie obniżać morale. Uważał, że przyda się ono na brzegu...
Ogień przeciwnika rozpoczął się w miejscu koncentracji amfibii. Te miały do przebycia ok. 3 km, będąc cały czas wystawione na pociski wroga. Najpierw waliły działa, im bliżej brzegu tym częściej. Wkrótce odezwały się karabiny maszynowe. Kule odbijały się z gwizdem od transporterów jak grad od blaszanego dachu. Misio skulił się w sobie jak tylko mógł, nie chciał ginąć tak szybko i tak beznadziejnie. Dwa pociski moździerzowe uderzyły w wodę kilkanaście metrów od nich, wywołując gejzery wody. Jakiś sierżant omiatał plażę ogniem z kaemu, krzycząc przy tym: „No chodźcie skurwysyny, jak jesteście takie cwaniaki ! Chodźcie !”. Misia zastanawiał potem fakt, jak to się stało, że ów sierżant przeżył całą bitwę. Po pewnym czasie brzeg stawał się półkolisty, więc wróg mógł wtedy prowadzić ogień krzyżowy. Im byli bliżej brzegu, tym bardziej narastał ogień nieprzyjaciela. Ostrzeliwali transporter Misia z lewej i prawej. Nagle, w sąsiedniego aligatora uderzył pocisk armatni. Trafiony zatrzymał się, stanął w płomieniach. Ludzie, jak żywe pochodnie, wyskakiwali z niego do wody, krzycząc i jęcząc przy tym przerażająco... Woda nie była tu głęboka, kule rykoszetowały więc od rafy koralowej. Tak zginął kierowca transportera Misia. Pojazd ostro skręcił w bok. Przerażony Misio spojrzał w stronę, gdzie powinien znajdować się kierowca, zamiast niego zobaczył jedynie kawał mięsa, praktycznie bez twarzy, przewieszony bezwładnie przez oparcie fotela. Facet obsługujący jeden z kaemów odskoczył, aby go zastąpić. Dalej to on prowadził, aż do momentu kiedy sam zginął, w podobny z resztą sposób.
30 metrów od brzegu, w transporter Misia trafił pocisk z granatnika. Potężne uderzenie zwaliło Misia z nóg. Poczuł wtedy potężny ból w lewej ręce... Okazało się, że w przedramieniu tkwił mu sporej wielkości odłamek. Misio obwiązał sobie rękę kawałkiem munduru z zabitego przed nim szeregowca. Później rozglądał się... Zauważył, że jego zastępcy zdarło hełm z głowy. Leżał teraz obok Misia, a z tyłu głowy widać było dziurę, w którą z powodzeniem zmieściła by się ludzka pięść. Wokół niego widać też było inne trupy. Wtedy pojazd zastopował, tuż obok wrażego bunkra, z którego w stronę aligatora wylewano ogromne ilości ołowiu. Wszyscy, którzy pozostali przy życiu, wydawali się cokolwiek oszołomieni (jeżeli można to tak nazwać). Misio starał się pozbierać myśli. Najchętniej pozostałby tutaj, na podłodze transportera, gdzie było stosunkowo bezpiecznie. Ale miał też zadanie do wykonania... Krzyknął więc: „Panowie ! Wysiadamy ! Koniec przejażdżki” i z niesamowitym wysiłkiem przeskoczył przez burtę pojazdu. A wraz z nim dwunastu pozostałych przy życiu kompanów z początkowej liczby dwudziestu pięciu...
Ledwie skoczyli do wody, faszyści otworzyli do nich ogień z karabinów maszynowych. Nie było w pobliżu żadnego innego celu, a to oznaczało kilka setek kul na jedną osobę. Brodzenie w wodzie głębokiej na prawie dwa metry było bardzo powolne i męczące, wliczając w to nasiąknięty mundur, buty oraz oporządzenie. A mieli do przejścia ok. 400 metrów. W miarę zbliżania się do brzegu stawali się coraz większymi celami. Misio był przerażony jak nigdy przedtem. Wkrótce byli już na plaży. Młody żołnierz, idący koło niego, uśmiechnął się do niego i dziarsko przeskoczył przez obwałowanie brzegowe, zrobione z pni drzew palmowych.. Zginął parę sekund później, trafiony w głowę przez kulę snajpera. „Niech ktoś dostanie tego chuja. Siedzi tam i czeka aż ktoś ruszy” krzyknął Misio. Wiedział po huku karabinu, że snajper jest gdzieś blisko. Jakiś żołnierz przeskoczył przez umocnienie brzegu i zaczął rzucać granaty w stronę schronu zrobionego z pni palmowych. Był on kilkanaście metrów od plaży. Szybko dołączyło do niego dwóch innych żołnierzy, jeden z miotaczem ognia. Gdy kolejny granat poszybował w stronę schronu, powodując wybuch dymu i pyłu, jakaś postać w mundurze koloru khaki wybiegła bocznym wyjściem. Facet od miotacza tylko na to czekał. Uchwycił go w spopielający strumień intensywnego ognia. Gdy tylko płomień dotknął uciekającego rebelianta, ten zapalił się jak kawałek folii. Zginął natychmiast, ale pociski z jego ładownicy wybuchały jeszcze przez chwilę. „Poszedł w pizdu” krzyknął jakiś ucieszony szeregowiec. Szybko reszta oddziału przeskoczyła przez obwałowanie brzegowe i ruszyła dalej. Nie działała łączność, ani żaden łańcuch dowodzenia. Wszystko zostało zdezorganizowane, wojsko nie spodziewało się tak silnych umocnień przeciwnika.
Misio spojrzał za siebie, na podejście do plaż i przeraził się. Na wodzie odbywały się dantejskie sceny. Jeden po drugim aligatory kończyły swój bieg. Niektóre, te trafione w zbiornik paliwa, zapalały się jak pochodnie i wybuchały, inne zapadały się w lejach po pociskach z pancerników. Inne, z zabitymi kierowcami, kręciły się jak szalone i zataczały koła, potęgując i tak ogromny już chaos. Te, które dotarły do brzegu, najczęściej nie trafiały na swoje odcinki. Kierowcom zależało już tylko na tym, aby dowieźć swój ładunek na brzeg. Z początkowej liczby ok. 100 transporterów, połowa została zniszczona, a razem z nimi ginęło 20-25 żołnierzy, którzy znajdowali się w amfibii. Straty były więc ogromne. Należało teraz improwizować, trzeba się było w końcu wyrwać z brzegu i ruszyć w głąb lądu. Na domiar złego, jak się okazało, woda była zbyt płytka i barki desantowe, z oddziałami drugiego rzutu, oraz z jednostkami wsparcia nie mogły dotrzeć na brzeg. Najpotrzebniejsze były czołgi, które mogłyby wspierać z bliska natarcie piechoty, te jednak miały zostać dostarczone dopiero w nocy, kiedy przypływ był wystarczający. Namiastką broni pancernej były jedynie pływające czołgi, które w sile jedenastu sztuk ruszyły na brzeg, aby wspomagać czołowe jednostki. Większość z nich zakończyła jednak swój bieg jeszcze w wodzie, tak więc na brzeg dotarły tylko trzy maszyny. A i te szybko zostały wyłączone z walki, trafione bezpośrednio z dział przeciwpancernych. Sytuacja oddziału Misia nie wyglądała najlepiej. Trzeba było działać i to szybko. W każdej chwili wróg mógł wyprowadzić kontratak i zmieść ich z powrotem do morza...