Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady” | POMF

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Michał Czarnecki - Jądro w ciemności 8

Jądro w ciemności vol. 8 - "Nie k*rwa, skup butelek !"

Ciężarówka jechała powoli. Czasami rzucało nią na jakiejś dziurze, ponieważ podróżowali boczną drogą. Głównymi było strach jeździć, czasami brakowało kawałka asfaltu, mostu lub były położone miny. Często słyszało się o wylatujących w powietrze ciężarówkach z żołnierzami. Dlatego starano się unikać głównych tras i jeżdżono bocznymi. Tutaj z kolei byli partyzanci, ale Scholandczycy uważali to za mniejsze zło.

Misio był pobity, bo nie chciał wyjawić jak miał na imię. Jechał teraz w nieznane miejsce, być może była to jego ostatnia podróż w życiu. Nie był zły, raczej przygnębiony. Strażnicy nie dawali mu papierosów, rozłączono go z Olką i nie wiedział co się z nią dzieje, poza tym był głodny i pobity. Dobry humor rzadko trafia się w takich niesprzyjających okolicznościach. Zastanawiał się, co z nim będzie i co się stało z Olą. Ostatni raz widział ją tuż zanim otrzymał kopniaka w twarz.

Razem z nim na pace jechało 5 żołnierzy ubranych w mundury SS. Dwóch z nich miało broń maszynową. Misio nie miałby szans na ucieczkę, nie zdołałby nawet spróbować, bo odrazu zginąłby od serii z pistoletu. Dlatego siedział spokojnie, starając się zdrzemnąć. Raz po raz otwierał oko, żeby sprawdzić czy nie chcą go zastrzelić. Nie chciał zginąć w nieświadomości, wolał widzieć jak będą do niego celować i ciągnąć za spust. Był gotów na śmierć, pogodził się z tym faktem że zginie. Chciał tylko jednej rzeczy zanim odejdzie z tego świata - ostatniego papierosa.

W pewnym momencie ciężarówka zatrzymała się. Do ciężarówki podszedł jakiś frejter i poprosił 3 żołnierzy, w tym dwóch z peemami, aby wyszli. Misio podsłuchiwał o czym mówili. Znał dobrze niemiecki, nauczył się go w lokalach Szkolina (od tamtej pory nienawidzi alkoholu). Nie przyznał się, że rozumie o czym jego wrogowie rozmawiali. A gadali o tym, że na drodze stoi wóz z osłami i nie chce zjechać z drogi. Podobno wieśniak też niespecjalnie starał się ustąpić miejsca konwojowi. W tym momencie przez umysł Misia jak błyskawica przeleciała myśl: "Chwila chwila, wydaje mi się to znajome..." Znał te sposoby, na tzw. "wieśniaka". Czym prędzej padł na podłogę ciężarówki i zasłonił głowę skutymi rękoma. Strażnicy wstali, żeby podnieść Misia. Nie zdążyli, seria z kilku karabinów przecięła ciężarówkę jak maszyna do szycia nową sukienkę córki. Słychać było strzały z broni maszynowej, wybuchające granaty. Misio modlił się, żeby jeden z nich nie wleciał do ciężarówki - wtedy nici z ratunku. Wiedział, że jest szansa na uratowanie, nie chciał zginąć od wybuchu. Dlatego leżał sztywno na podłodze, starając się leżeć jeszcze bliżej i kurczowo zasłaniał głowę rękoma.

Po kilku minutach strzały ucichły. Misio sprawdził czy jeszcze żyje, ale nadal się nie poruszał. Słuchał tylko intensywnie, czy wygrali partyzanci, czy może Scholandczycy. Pierwsze głosy w rodzimym języku uspokoiły go nieco. Nadal jednak pozostawał w bezruchu. Słyszał, jak ktoś podchodzi do ciężarówki i unosi pokrycie paki. Widocznie ktoś zajrzał na tył wozu i odszedł. Potem rozległo się: - Panie komendancie, tutaj ktoś jest ! - Swój czy wróg? - głos komendanta brzmiał Misiowi znajomo, jednak nie potrafił sobie przypomnieć skąd mógł go znać. - Nie wiem. Chyba żyje. Jest zakuty ! - Pokaż no mi go - brzmiał rozkaz. Misio słyszał jak ta osoba podchodziła do samochodu. Musiała mieć oficerskie buty, bo chód był dość głośny. Plandeka uniosła się. Misio podniósł głowę. Nie widział dobrze, oczy musiały mu się przywyczaić do światła dnia. Ale powiedział odrazu: - Panowie... Nie strzelajcie... I dajcie no może papierosa, co? - Pan kapitan? - odezwał się znajomy głos. - No w sumie raczej tak...

- Myślałem, że pana kapitana złapali... I, że... No wie sam pan kapitan co... - Tak wiem. A jak żeś ty się uchował? - Kiedy nas napadli, tam wtedy na tej polance, to się nie broniliśmy. To była szybka akcja, typu "szybka piłka - mokry kort". Ktoś chciał biec po pana kapitana, ale nie wiedzieliśmy gdzie. Nie kazał nam pan kapitan przecież chodzić za sobą. Ktoś próbował łapać za broń, ale to odrazu kończył z ołowiem w głowie. Kilkunastu chłopaków zginęło na miejscu, kilku było rannych, ale to ich dobili. Był z nimi też ten wieśniak od ziemniaków, no jak mu tam... Pćim ! Tak, on też był. - Wiem. Jak przyszedłem rano po fajki on już tam był i zbierał zegarki. Powiedział, że musiał nas wydać bo by mu rodzinę zajebali. - Gówno prawda ! Jak nas odprowadzali do stalagu, to miałem okazję rozmawiać z tym ścierwem. Specjalnie nas wydał, za pieniądze. Podobno mu nieźle zapłacili. - Patrz. A ja szmacie zaufałem. Za dobre serce mam. Mogłem go zastrzelić odrazu, a nie tylko kolano mu przestrzelić. No ale co z resztą kompanii? - No zaprowadzili nas do tego stalagu. Potem każdego "przesłuchiwano", czyli bito. Mnie nawet niespecjalnie mocno, bo ja to płotką byłem. Ale panów poruczników to całkiem konkretnie. Petlurę to zakatowali tam, okładali go gazrurką i czymś tam jeszcze. No ale, po kilku dniach wzieli nas, czyli tych co przeżyli, na taką łąkę. Całkiem ładna była. Kazali nam się ustawić w czterech rzędach, w każdym po 10. Tych co się nie mieścili, zastrzelili odrazu. Potem kazali nam klęknąć. Wytoczyli wtedy dwie ciężarówki z cekaemami. Ja wiedziałem co się stanie, czytałem w gazetach o takich numerach w Chinach. Zdawałem sobie sprawę, że mam teraz jedyną szansę na przeżycie i ucieczkę. Wiem, dziwne to trochę, ale tak było. Kiedy zaczęli strzelać do pierwszego rzędu, w którym byłem i ja, walili tylko z jednego karabinu. Celowali w głowy. Ja byłem w środku wtedy. Serce waliło mi jak oszalałe. Wszystko to leciało w zabójczym tempie. Wiedziałem, że muszę to zrobić szybko. I kiedy kasowali tych obok mnie, upadłem zanim trafili mnie, że niby nie żyje. Nie sprawdzili, czy nie byłem ranny przypadkiem. Przykryły mnie inne zwłoki i w sumie dzięki temu przeżyłem. Nie widzieli, że jeszczem nie martwy. Szczęście, że zwłok nie sprzątali. Przeleżałem tak pod tymi ciałami aż do nocy. Potem powoli wstałem i zwiałem. Musieli mieć zdziwko, jak się rano zwłok nie doliczyli. Ale nie szukali mnie. - Smutne, powiem Ci sierżancie. Szkoda tych ludzi, taka dobra kompania. - Wiem, wiem... Ale trzeba żyć i walczyć ! - Racja...

Sierżant, a teraz komendant Właśniak, był starym znajomym Misia. Razem służyli w kompanii i razem walczyli, aż do obławy w lesie. Misio w sumie dziękował Bogu, że trafił akurat na Właśniaka. Siedział teraz razem z nim i z jego żołnierzami przy ognisku, niektórzy smażyli jakieś mięso, chleb. On palił papierosy i myślał o Oli, o tym, że ją stracił, o tym, że go boli żebro. Nagle poderwał się jak oparzony... - Noż kurwa mać ! - wykrzyknął. - Co się stało, panie kapitanie? - zapytał Właśniak. - Jaaa pierdole ! - No co się stało !? - Mój pistolet... MÓJ LUGER ! Zabrali mi go... Już nie żyjecie, frajerzy - krzyczał Misio i szukał na pasku swojego... Lugera. - Przecież to tylko pistolet... Znajdziemy nowy... - uspokajał go sierżant. - To była pamiątka rodzinna... A w sumie... A chuj z tym, znajdziemy nowy - mówił siadając Misio. Wyciągnął papierosa z pomiętej paczki i odpalił. - Wiecie co mnie martwi Właśniak? - zapytał. - Co? - Była ze mną pewna dziewczyna. Nie jechała tam gdzieś w tym transporcie? - Hmm... Raczej nie... - Jesteś pewien? Na 100 procent? - Na 100 procent. Byłaby tu przecież teraz z nami. A trupa sam pan przecież szukał. - No fakt... Kurwa... Mam prośbę sierżancie, mogę wam potowarzyszyć troszkę? - W sumie to myśleliśmy, że mógłby pan kapitan przejąć dowództwo. Chłopaki słyszeli o naszych wyczynach, a ja potem opowiadałem im o panu. - Ech... Ale ja chcę iść do Musztardowa... Gdzie my teraz jesteśmy? - Kilkanaście kilometrów na północ od Czekan - powiedział z uśmiechem Właśniak. - To i tak niedobrze... Musztardów jest na południu, trzeba będzie iść lasami... - Nie ma problemu, pójdziemy za panem. Chłopaki się aż rwą do walki. Aha, no i mamy tu prezent dla pana, panie kapitanie. Taka rekompensata za tego straconego Lugera. - Co to? - To jest pistolet maszynowy Thompsona. Geniusze z Cracofii robili zrzuty. Pewnej nocy nadleciał bombowiec i zrzucił kilka skrzynek. Zleciał jeden peem i kilka skrzynek amunicji do niego. Bez sensu kompletnie... - To czemu żaden z was go nie chciał? - No bo ja mam swoją strzelbę, a pozostali też swoje ulubione karabiny. Poza tym poszła fama, że on niby pecha przynosi. No to nikt go nie wziął. - Pokaż no go - zakomenderował Misio. Dwóch wojaków przyniosło skrzynkę i otworzyło wieko. Misio ceremonialnie odgarnął słomę. W skrzynce leżało zawiniątko, obwinięte starannie papierem parafinowym. Misio powoli wyciągnął je, zdarł bez skrupułów papier. Jego oczom ukazał się pistolet maszynowy, popularny Tommygun. Wziął go do ręki i zaczął celować. - No no... Całkiem konkretny, nie mogę to powiedzieć. Się nada. Teraz broń gangsterów będzie zaprowadzała prawo... - Może zrobi pan kapitan przegląd oddziału? - zapytał z podejrzliwym uśmiechem sierżant Właśniak. - Może być... poruczniku. Niech będzie w sumie. - ZBIÓÓÓRKAAA ! - komenda padła. Oddział szybko ustawił się w dwuszereg. Misio ze swoją nową zabawką i papierosem w ustach powoli przechadzał się przed żołnierzami. - Panowie, mamy zadanie do wykonania ! Kilkanaście kilometrów na południe od Czekan jest wieś Musztardów ! Pochodzę z niej i chętnie sprawdzę czy stoi cała ! Poza tym, może to być pierwsza przystań do większego celiu - zdobycia Czekan ! Tak tak panowie, nie przesłyszeliście się ! Wróg wcale nie jest taki trudny do pokonania, co udowodniliście dzisiaj i wcześniej. Nawet na czołgi znajdzie się sposób ! Ale do tego potrzeba wiary w zwycięstwo ! Dlatego, przygotujcie się dzisiaj, zróbcie zapasy bo jutro ruszamy ! Czeka nas ciężka przeprawa przez las ! Możliwe, że napotkamy przeciwnika i że będziemy z nim walczyć ! Ale zmieciemy go z powierzchni ziemi ! Słyszałem, że wiele wsi w pobliżu kolaboruje z okupantem. Pokażmy im, że to jest Sarmacja i że to Sarmaci są tu panami i że to oni stanowią prawo i porządek ! Winnych trzeba ukarać, a wsie które zaznały scholandzkiego buta staną się wolne ! Dobra sukinsyny, rozejść się ! - Tak jest panie kapitanie !