Michał Czarnecki - Jądro w ciemności 5
Jądro w ciemności część 5 - "Anal z Zielonego Wzgórza"
Na prośbę czytelników napisałem od razu 5 część. Nosi ona wiele znaczący tytuł - "Anal z Zielonego Wzgórza".
- Yyy... Dzień dobry... No więc mam problem... - Co jest?! Kim ty jesteś?! To prywatna częstotliwość! - Tutaj Misio. Mam problem. - Aaa witamy witamy... Strach do dupy zajrzał to się zgłaszamy? - Zamknij łeb. Mam problem. - No no, co tak ostro? Spokojnie, powoli, po co się spieszyć? - No więc, rozbili mi oddział. Jednej nocy. Prawie wszyscy zgineli, tylko kilkoro poszło do niewoli, ale pewno oni też już nie żyją. Chodzi mi o to, że w Górach Kocich jestem już spalony. Potrzebuje transportu. - No koleś, to masz faktycznie problem. A gdzie ten transport? - W okolice Czekan. Tam mam kilku znajomych, zrobimy nową bandę. - To trochę daleko. - Na piechotę nie dojdę, bo mnie złapią i kaplica. A jechać nie ma jak, bo na drogach kontrole. - Ale tam się kręci dużo wojska. - No to tym lepiej. Zwiążemy duże oddziały, a w innych częściach kraju walka będzie się toczyć. - No ok. Zmieniłeś się trochę... - Cicho. Na razie.
Rzeczywiście Misio trochę się zmienił. Nie był już tak pewny siebie. Nadal miał wolę walki. Choć teraz myślał trochę mniej egoistycznie niż wcześniej. Ciągle palił papierosy i ssał dropsy miętowe. Jednak nie były to już jego ulubione "Miętowe mocne". Skończyły się mu zapasy tego boskiego pokarmu. Zostały mu tylko tropicańskie "Mintos Bravos", które były całkiem znośne i obleśne scholandzkie "Das Drops", które z miętą nie miały wiele wspólnego.
Centrala "agentów z dupy" poinformowała go, że łącznik o pseudonimie "Katarzyna" spotka się z nim koło wsi Gnojnik koło Athos, celem przekazania bliższych informacji. Misio miał już wcześniej spotkać się z "Katarzyną na bis" ale uznał, że nie jest mu to potrzebne. Wiedział, że musi schować swoją dumę do kieszeni i póki co działać tak jak Centrala mu będzie kazała. Ale potem... "Potem to mi mogą pociągnąć" myślał sobie w duchu i śmiał się z tego za każdym razem. Straszne przeżycia nie odebrały mu jego specyficznego poczucia humoru.
Punkt kontaktowy był zlokalizowany w stodole. Misio miał wejść, puścić trzy rzy bąka i powiedzieć: "Ależ tu wali !". Łącznik miał odpowiedzieć: "No bo jak się nie myjesz...". Misio uważał to za niedorzeczność. Nie można było poprostu wejść i się przejść do rzeczy? No ale to nie on służył w wywiadzie. I cieszył się z tego, bo musiałby się bardzo męczyć z tymi idiotami. Przynajmniej on tak uważał. Kiedy jechał na praktyki do Szkolina, na Wydział Parapsychologii, na Uniwersytecie Królewskim, wywiad chciał go zwerbować. Ale powiedział "żeby spierdalali". A jechał na te praktyki jako student II roku historii, żeby przekonać się, że są jeszcze więksi idioci niż studenci matematyki teoretycznej. Sposób nauczania akademickiego w tym czasie w Sarmacji był dość specyficzny.
Noc była ciemna. Na niebie wisiała gęsta warstwa chmur, idealna aura do skradania się. Ale Misio miał to gdzieś. Dziarsko przedefilował przez wieś z karabinem na ramieniu i skręcił w stronę umówionej stodoły. Nie mogąc otworzyć drzwi odstrzelił zamek. Wszyskto oczywiście w konspiracji. Drzwi otworzył potężnym kopniakiem, tak jak to miał w zwyczaju i wbiegł z karabinem gotowym do strzału. Teraz leżąc gdzieś w sianie zaczął pierdzieć rękami. Tą ciekawą umiejętność nabył w szkole podstawowej na lekcjach chemii. Nie przypuszczał, że kiedyś mu jeszcze się przyda. Po umówionych trzech bączkach, krzyknął: - Ale tu je... wali ! - No bo jak się nie myjesz... - brzmiała odpowiedź. - Szkoda - Misio miał dzisiaj wielką ochotę sobie postrzelać. - Żeś to kurwa bardzo po cichu zrobił - odpowiedział głos. Misio nie widział dobrze postaci. W cieniu zauważył tylko jej zarys. Po głosie poznał, że była to kobieta. - No no no... O to słynny komendant Misio... Ciekawe miejsce na spotkanie - z cienia wyłoniła się postać łącznika. Była to młoda dziewczyna, o włosach blond upiętych w kitkę. Miała może z metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Była niższa niż Misio. - Wspaniale... No to dawaj informacje słońce. - Spokojnie. Sprawa wygląda tak. Ponieważ tutaj nigdzie nie wyląduje samolot, musimy się dostać w okolice Feru i dopiero stamtąd próbować. - Co?! To jest ten niby ekstra plan? To jest jakaś kpina... - Oj problemy wojenne... - tłumaczył się łącznik - Na piechotę zajmie nam to z tydzień. - No dobra... Ważne żeby dotrzeć na to lotnisko... Fer... Cóż za posrana logika... - Oj weź zamknij się, bo nie mogę Cię słuchać - odpowiedziała "Katarzyna na bis" jak sobie nazwał łącznika Misio. Zaskoczyła go ta odpowiedź. Ale miło. Szykował się wspaniały tydzień...