Michał Czarnecki - Jądro w ciemności 4
Jądro w ciemności część 4 - "Nigdy w rzycie" Autor: Michał Czekański
Misiowi generalnie się powodziło. Nie narzekał na brak zajęć, wszkaże walka z okupantem była jego obowiązkiem i hobby zarazem. Oddział jego, mały i mobilny, dobrze wyszkolony i uzbrojony zadawał duże straty przeciwnikowi w okolicach Athos. Misio nie przejmował się też 'agentami z dupy' jak nazywał członków wywiadu sarmackiego. Niby obiecywał spotkania z łącznikami, ale nigdy się na nich niepojawiał. Nie było mu to do życia potrzebne - sam sobie radził i wychodził na tym całkiem nieźle. Okoliczni wieśniacy traktowali go jak półboga, jednakże on nie pozwalał na szerzenie się wokoło jego kultu. Chciał, aby mieszkańcy okolicy znali i cenili go za to czego dokonał. A dokonał wiele. 14 pociągów z amunicją wyleciało w powietrze, kilkanaście składów paliwa spłonęło w sposób dość widowiskowy, wojsko scholandzkie nie miało czego szukać na tym terenie. Tam gdzie działał, to on był władzą, tutaj nadal była Sarmacja. Jego żołnierze, w większości jego byli podwładni z kompanii, byli ubrani w sarmackie mundury i nosili sarmackie hełmy. Tylko broń była zdobyczna. Swoją walką zapewniał mieszkańcom Gór Kocich ochronę i bezpieczeństwo. Ale do czasu...
Misio wstał. Ziewnął przeciągle, przetarł oczy i rozejrzał się po pokoju. Od śmierci por. Agatki sam musiał sobie robić śniadanie. Ale nie stanowiło to dla niego dużego problemu. Dzień zaczynał papierosem na ganku swojej chatki. Od czasu kiedy mieszkał sam, obozował daleko od reszty oddziału. Jego melina była dobrze ukryta w lesie i tylko on wiedział gdzie stoi. Nie pozwalał swoim żołnierzom chodzić za nim, aby scholandzki kontrwywiad nie mógł go złapać. I jego żołdacy respektowali ten rozkaz. W ich interesie było nie śledzić swojego kapitana, bo ten bez wahania, za złamanie rozkazu, zastrzeliłby takowego.
- Kurde, kończą mi się faje - zaklął po cichu Misio. Ubrał swoje spodnie, założył mundur i kurtkę, wziął hełm. Podszedł do swojego 'kredensu' z którego ceremonialnie wyciągnął swój ukochany pistolet. Wychodząc chwycił karabin i wyszedł zamykając za sobą drzwi na klucz. Szedł w stronę obozowiska swojego oddziału. Chciał wziąć papierosy od któregoś z żołnierzy. Idąc leśną ścieżką w pewnym momencie skręcił w chaszcze. Zawsze wchodził do obozu z innej strony. Wyciągnął swoje ulubione dropsy miętowe marki 'Miętowe mocne' i zaczął mlaskać. Szedł powoli, troszkę ospale, nucąc sobie pod nosem: - Dziewczyny z Awary brakuje mi do pary...
Szedł tak może z 10 minut. Zatrzymał się w pewnym momencie zaniepokojony. Nie słyszał obozowiska. Zawsze idąc do niego, kierował się słuchem, zawsze było słychać jak ktoś krząta się po obozie, rozmawia, myje się. A teraz była martwa cisza. 'Coś jest nie tak' pomyślał. Odbezpieczył swój pistolet maszynowy, sprawdził stan pistoletu i zaczął skradać się do miejsca, gdzie powinni być jego żołnierze. Kierował się kompasem, mniej więcej wiedział jak dojść do obozu. Podkradał się z 15 minut, zanim zobaczył znajomą polankę. To tu ! Położył się na ziemi i wyciągnął lornetkę. Jednakże rośliny przeszkadzały w obserwacji terenu. - Kurwa... - zaklął cicho. Podczołgał się jeszcze pare metrów. Podniósł lornetkę i popatrzył przez okular. Szczęką omal nie wykopał dziury w ziemi.
Obóz był zniszczony. Z tego co zdążył zauważyć dużo żołnierzy zginęło. Nie wiadomo czy się bronili, prawdopodobnie nie. Misio klął na to, że tak twardo śpi. W nocy nic nie słyszał, a bez wątpienia była tu krwawa walka. Prawdopodobnie ktoś wydał okupantowi, gdzie jest obóz oddziału Misia. Kilku wieśniaków dostarczało żywność dla żołnierzy. Chciał podejść i sprawdzić, czy ktoś ocalał, ale nie wiedział, czy Scholandczycy nie postawili straży przy tym pobojowisku. Miał szczęście, że okupant nie znał jego wizerunku, bo inaczej przeszukałby las. Dla własnego bezpieczeństwa położył się na trawie i czekał. Brak papierosów doskwierał mu bardzo.
Po ok. dwóch godzinach tam gdzie niegdyś obozowali 'Misiosbanditen', jak nazywała ich wroga propaganda, Misio zauważył wiesniaka. Był to Henryk Pćim, jeden z dostarczających żywność dla żołnierzy. Misio mu nie ufał, wydawał mu się miglancem i koniunkturalistą. Kupował od niego tylko dlatego, że miał najlepsze ziemniaki w okolicy. 'Pewno zapłacili mu więcej' pomyślał Misio. Po cichu obserwował wieśniaka. Ten zaczał obszukiwać trupy, ściągał ubrania i buty, szukał zegarków. - Hande hoch verfluchte sarmatische Schweine ! - zakrzyknął z lasu z wyraźnym scholandzkim akcentem Misio. Był kiedyś ponad rok w Scholandii, gdzie był na praktykach na uniwersytecie w Szkolinie. Nauczył się tego specyficznego akcentu pijąc wódkę w barach. - Nicht schussen, nicht schussen ! - zajęczał wieśniak. Misio z wycelowanym karabinem wyszedł z krzaków. Nie chciał zemsty, ale wiedział, że jak Pćim go sprowokuje, to go zastrzeli. - Wydałeś nas, kurwo - spokojnie i z demonicznym uśmiechem Misio przywitał się z Heniem. - Co?! Chyba Cię pogieło?! JA?! - płakał wieśniak. - No to co tu robisz? - pytał dalej i stanowczo Misio. - Yyy... Ja ten, no... Przyszedłem z ziemniakami... - I zabierałeś zegarki? Dobra dobra, więcej Ci zapłacili? - Słucham? - Przecież wiem, że to ty - powiedział Misio. Na jego twarzy znów pojawił się demoniczny uśmiech. - O czym ty mówisz? - Mam Cię zastrzelić jak psa? - Ale to nie ja ! - płakał wieśniak. - W głowę, czy w klatkę piersiową? - To nie ja ! Rozumiesz !? - No gadaj, bo muszę sobie zapalić - Misio wiedział, że jest panem sytuacji. - Aaa... - płakał Henryk - Przyszli do mnie i powiedzieli, że jak Cię nie wydam, to zabiją mnie i całą moją rodzinę... Co miałem zrobić? - No cóż. Ale i tak jesteś mendą. Wybieraj nogę - zarządził tonem nie znającym sprzeciwu Misio. - Ale po co? - No karę i tak musisz ponieść - powiedział Misio i strzelił mu w prawą nogę. Po lesie rozległ się jęk wieśniaka. - Nie umrzesz, ale Cię poboli troszkę. A teraz spierdalaj kopać pyrki.
Tak więc Misio pozostał bez oddziału. Nie wiedział co począć. Postanowił wrócić do chatki i pomyśleć. Ale najpierw potrzebował papierosa.