Michał Czarnecki - Jądro w ciemności 1-12
Część I
Misio wyjrzał z okna. Z kominów obozu buchał gęsty dym. Przypomniało mu to o śniadaniu, przygotowywanym przez porucznik Agatkę. - Przygotowałam Ci śniadanie, dym już bucha- powiedziała Agatka. Jak zawsze miała rozpiętą koszulę mundurową na nagim torsie. Jej piersi zdawały się mówić „Czuwaj!”.
Siadając przy śniadaniu zapatrzył się mimowolnie na wydatne piersi por. Agatki. Nie żeby go podniecały, przypominały mu jego rodzinny dom, a zwłaszcza żniwa, kiedy to okoliczne wieśniaczki żwawo zbierały słomę z pola. W przypływie tych wspomnień naszła go chwila na papierosa. Wyciągnął paczkę, wygrzebał jedną fajkę, odpalił i powoli zaciągnął się dymem tytoniowym. "Dobre te scholandzkie" - pomyślał, po czym zabrał się do spożywania śniadania. Mimo iż wojna rozpoczęła się niedawno, Misio zyskał już opinię dowódcy doświadczonego i agresywnego. Służba w sarmackiej piechocie zmotoryzowanej nie poszła na marne.
Po ostatniej akcji do kolekcji Misia dołączyła nowa para uszu scholandzkiego dowódcy. „Po co, głupcze, zbierasz te uszy?”- pytała go matka, jednak on niezrażony wciąż ucinał je po każdej bitwie i wkładał do przenośnej zamrażarki. Tak rodziła się jego legenda, było to konieczne z powodów promocyjnych. Pomysł odcinania uszu pochodził od kaprala Jurka, przed wojną szefa jednej z największych grodziskich agencji PR. Misio skończył śniadanie. Wiatr zmian wiał od strony Gór Kocich.
Wstał i leniwie podszedł do szafki. Nie była to szafa z prawdziwego zdarzenia, a ledwie nieoheblowany kredens. Jednakże trzymał w nim w nienagannym porządku poukładane ubrania. Nie chodziło mu jednak o odzież. Znalazł swój skórzany pasek oficera. Z boku paska zwisała kabura a w niej spoczywał zawsze wyczyszczony i gotowy do walki pistolet Luger. Misio dbał o niego, był dla niego praktycznie wszystkim co miał. Postanowił się wywietrzyć. Wychodząc z baraku wziął stojący przy drzwiach pistolet maszynowy. Było to jedno z jego zboaczeń. Zawsze był gotowy do walki, zawsze uzbrojony, nawet gdy chodził do sracza. Pamiętał przypadek pewnego sierżanta z siostrzanej kompanii, który poszedł się wysrać i został zadźgany przez dywersanta. "Przezorny kurwa żyje" - to było jego motto.
- Pójdę z Tobą, kapitanie - szepnęła porucznik Agatka. Spojrzał na nią z miłością. Służyła pod jego dowództwem jeszcze w piechocie zmotoryzowanej przed wojną. To ona odbierała z rąk Księcia list pochwalny za wzorową postawę w walce w imieniu całego 32 Gellońskiego Pułku Zmotoryzowanego. Miała kształtne sutki i wielką odwagę w serduszku. Wyszli więc razem, nie zważając na pierwsze krople jesiennego deszczu. Podwójny agent „Katarzyna” nie będzie czekał wiecznie. Tym bardziej, że nie lubi moknąć.
Część II
Mieli się spotkać w lesie, w opuszczonej chatcę leśniczego. Porucznik Agatka i Misio szli powoli uroczyskiem w stronę skrętu do dawnej leśniczówki. Misio zatrzymał się, wyciągnął papierosa i spokojnym, stanowczym głosem nie znoszącym sprzeciwu powiedział: - Poruczniku, dalej pójdę sam. Niech sierżant Petlura przyprowadzi 2 pluton jako moją obstawę, tylko niech zrobi to po cichu. Zaś ty pani porucznik zostańcie w obozie i pilnujcie obiadu - zakomenderował kapitan, po czym spokojnym miarowym krokiem ruszył w stronę leśniczówki. Peema miał przewieszonego przez ramię, mimo iż był odbezpieczony. Nie spodziewał się pojmania go, jednakże zachował odpowiednie środki ostrożności. Po 5 minutach marszu doszedł do leśniczówki. Sprawdził ją. Nie było nikogo. Tak więc spokojnie rozsiadł się przed wejściem i wyciągnął dropsy miętowe. Taak... Papierosy i dropsy miętowe były jego jedynymi nałogami.
Dwie godziny później zaczął się niepokoić. "Katarzyna" spóźniał się już o dwie godziny! Wcześniej nigdy się to nie zdarzyło. Zaczął podejrzewać kocioł. Już chciał wyjmować stację radarowo-nadawczą, ukrytą przemyślnie pod krzaczkiem jagód, kiedy nagle usłyszał: - Chodźże tu, bo już nie wytrzymuję ! Słuch go nie mylił. Był to głos "Katarzyny". Misio wszedł do leśniczówki i rozejrzał się. - Tu jestem - jęknął "Katarzyna". Misio podniósł głowę. "Katarzyna" wisiał na powale, wciśnięty między żyrandol a framugę okna. - Musiałem się ukryć. Podejrzewałem wsypę - powiedział zeskakując. Uszkodzona w bitwie pod Wagarią rzepka przemieściła się z chrzęstem, jednak agent zręcznie przemieścił ją z powrotem. Jak każdy podwójny agent miał na sobie paradny mundur sturmfuhrera armii scholandzkiej. Dla niepoznaki założył elegancką perukę marki "Strudelheim" i okularki lennonki wz. 1934.
- Spodziewałem się kobiety - rzucił Misio na dzień dobry. - Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma ! - riposta "Katarzyny" była szybka. Misio obejrzał sobie nowego agenta od stóp do głów. Nie wyglądał zbyt okazale, ale przecież był mieszanką Sarmaty i Scholandczyka. "Katarzyna" usiadł na stołku który podpierał drzw, wyciągnął piersiówkę i pociągnął łyk. W pomieszczeniu rozniósł się zapach wódki. Misiowi zebrało się na wymioty - nienawidził alkoholu. Powstrzymując pawia znalazł drugi taboret i usiadł spokojnie. - Nowy w interesie? - zapytał powoli. - Nie. Nowy w tym rejonie. Niezły bałagan żeś tutaj narobił. - Takie życie. Sie gra sie ma. Ale do rzeczy. - Za 2 dni linią kolejową Athos - Krez będzie jechał pociąg wyładowany amunicją i rannymi. Z informacji jakie posiadam wynika iż jest to amunicja przeznaczona dla oddziałów tłumiących partyzantkę gellońską. Dowództwo myśli, że to dobry cel na następną akcję. - Jakie dowództwo? - zapytał podejrzliwie Misio. - No dowództwo, sarmackie - niepewnie odpowiedział "Katarzyna". - Aha. Na tym terenie to ja jestem dowództwem ! - zdenerwowany Misio wyciągnął Lugera - Te sieroty co przegrały wojnę mogą mi tylko proponować. Naucz się tego bo skończysz szybciutko jako pokarm dla mrówek. - Spokojnie, szefie, ruhig! Nie ma powodu do nerwów. Akcja jest prosta jak pióro kukuła. Wystarczy znaleźć dogodne miejsce na zasadzkę i bach! Załatwione. Ludzi Ci zdaje się wystarczy? - Wystarczy - odpowiedział Misio bawiąc się pistoletem - Powiedzmy, że się zastanowię. - Zastanów się - "Katarzyna" wstał i ruszył do wyjścia. - Wiadomość zostaw w skrzynce kontaktowej numer 7. - Siódemka to ten pojemnik na zużyte miny przeciwczołgowe? - Tak jest. - Jeszcze jedno. Amunicja z tego transportu ma być przeznaczona dla oddziałów antypartyzanckich, tak? - Dokładnie tak. - A dla kogo przeznaczeni są ranni? "Katarzyna" umilkł na dłuższą chwilę. - Oni są dla...dla Wielkiego Wszechscholandzkiego Monstrum. Po raz pierwszy od czasu pierwszego transportu do obozu pod Misiem ugięły się nogi.
- Nie czas na pieprzenie. Trzeba do iść do roboty - powiedział pospiesznie "Katarzyna" i począł kierować się w stronę drzwi. - Czekaj - rzucił Misio tonem nie znającym sprzeciwu (rzucał nim często) - Czemu to robisz? - Co robię? - odpowiedział "Kasia". - No, to wszystko. Całą tą konspirację od siedmiu boleści. Czemu to robisz? Zastanawiałeś się nad tym? - zaczynał filozofować Misio. Im stawał się starszy tym częściej myślał nad życiem. - No robię to dla ojczyzny i dla kraju - odpowiedział bez namysłu "Katarzyna" - Pierdolisz. Na pewno masz jakiś inny powód. No ale spieprzaj do swoich scholandzkich przyjaciół. Do zobaczenia.
Część III
Sielankę rozmowy przerwał wybuch. - Wydałeś mnie kurwo ! - krzyknął Misio i pośpiesznie wyciągnąl Lugera. - Nie nie, przysięgam - stękał "Katarzyna". Przejmujące zimno lufy pistoletu Misia było środkiem skutecznie zmiękczającym przeciwnika i odbierającym mu wolę oporu. - Módl się, że to nic groźnego, bo... A z resztą, Ty dobrze wiesz co. Misio podbiegł do okna i szybko wyjrzał. Widać było tylko dym na polnej drodze. Nie był zadowolony. - Jaa pierdole... - rzucił przez zęby. Sekundę potem nie było go już w domku. Biegł co sił w nogach do miejsca wybuchu. Wiedział już, że to nie była zasadzka...
Na środku drogi widać było piękny lej od wybuchu. Dookoła unosił się kurz i inne przedmioty leśne. Misio uważne rozejrzał się po okolicy. Nie było nikogo i niczego co mogłoby spowodować wybuch. Chwilę potem dobiegł do niego "Katarzyna". - Cicho... - uciszył go Misio. Las dookoła był spokojny. Słychać było tylko krakanie wron. Jednak uwagę Misia przykuł cichy szelest w krzakach. Podbiegł szybko... i omal nie zemdlał z wrażenia. "Katarzyna" również.
Ich oczom ukazała się porucznik Agatka, a raczej to co z niej zostało. Cała dolna część ciała musiała zniknąć w wybuchu, widać było, że eksplozja dosłownie urwała jej obie nogi. Tam gdzie niegdyś były pośladki, teraz można było zobaczyć kawałki mięsa bezwolnie zwisające z reszty ciała. Żyła, ale widać było, że to jej ostatnie chwile. - Bo ja chciałam... Chciałam, żebyś się pospieszył... Obiad wystygłbył... - jęczała zwijając się z bólu. - Spokojnie, już spokojnie - uciszał ją Misio. - To już koniec... - wyszeptał "Katarzyna". - Trzeba... Już... Chwila... - jąkał się Misio. Obsesyjnie szukał swojego Lugera. Znalazł go, sprawdził czy naładowany i wycelował go w Agatkę. Trzymał go tak chwilkę, po czym opuścił go i popatrzył na "Katarzynę". Twarz Misia była blada i oblana potem. Nie wiedział co zrobić. - Masz, Ty to zrób - błagał "Katarzynę. - Nie mogę - odparł łącznik. - Strzelaj, kurwa ! - wrzeszczał Misio - Nie mogę ! - To ja to zrobię ! - strzał w głowę zakończył karierę pani porucznik.
- To przez te wasze scholandzkie miny. Co za gówno ! - rzucał Misio co chwilę, oglądając lej po bombach i resztki zapalnika. Widać było, iż jest to zapalnik od miny przeciwpancernej. Miał on wygrawerowane na czubku nazwę fabryki - Minen AG. - Nie umiecie odpowiednio ustawić zapalników, skoro nawet piechur może spowodować eksplozje miny przeciwczołgowej. Lepiej nie wiedzieć jakie są przeciwpiechotne... - Odpieprz się, wiesz ! Co mnie to obchodzi?! - zaczął wrzeszczeć "Katarzyna". - Co Cię to obchodzi? Że to dzięki twoim kumplom Agatka wyleciała w powietrze ! - To nie są moi kumple, rozumiesz? Jestem prawie takim samym Sarmatą jak ty ! - Spierdalaj... - Słucham? - Spierdalaj, zanim nie rozwalę Ci łba, rozumiesz? - powiedział spokojnie, acz stanowczo, Misio. - No dobra... Jeszcze mnie popamiętasz... - rzucił na pożegnanie.
"Katarzyna" już nie pojawił się w okolicy. Zginął tydzień później w nalocie bombowym. Także Misio miał mieć nowego łącznika. I co ciekawe - o tym samym pseudonimie...
Jądro w ciemności część 4 - "Nigdy w rzycie" Autor: Michał Czekański
Misiowi generalnie się powodziło. Nie narzekał na brak zajęć, wszkaże walka z okupantem była jego obowiązkiem i hobby zarazem. Oddział jego, mały i mobilny, dobrze wyszkolony i uzbrojony zadawał duże straty przeciwnikowi w okolicach Athos. Misio nie przejmował się też 'agentami z dupy' jak nazywał członków wywiadu sarmackiego. Niby obiecywał spotkania z łącznikami, ale nigdy się na nich niepojawiał. Nie było mu to do życia potrzebne - sam sobie radził i wychodził na tym całkiem nieźle. Okoliczni wieśniacy traktowali go jak półboga, jednakże on nie pozwalał na szerzenie się wokoło jego kultu. Chciał, aby mieszkańcy okolicy znali i cenili go za to czego dokonał. A dokonał wiele. 14 pociągów z amunicją wyleciało w powietrze, kilkanaście składów paliwa spłonęło w sposób dość widowiskowy, wojsko scholandzkie nie miało czego szukać na tym terenie. Tam gdzie działał, to on był władzą, tutaj nadal była Sarmacja. Jego żołnierze, w większości jego byli podwładni z kompanii, byli ubrani w sarmackie mundury i nosili sarmackie hełmy. Tylko broń była zdobyczna. Swoją walką zapewniał mieszkańcom Gór Kocich ochronę i bezpieczeństwo. Ale do czasu...
Misio wstał. Ziewnął przeciągle, przetarł oczy i rozejrzał się po pokoju. Od śmierci por. Agatki sam musiał sobie robić śniadanie. Ale nie stanowiło to dla niego dużego problemu. Dzień zaczynał papierosem na ganku swojej chatki. Od czasu kiedy mieszkał sam, obozował daleko od reszty oddziału. Jego melina była dobrze ukryta w lesie i tylko on wiedział gdzie stoi. Nie pozwalał swoim żołnierzom chodzić za nim, aby scholandzki kontrwywiad nie mógł go złapać. I jego żołdacy respektowali ten rozkaz. W ich interesie było nie śledzić swojego kapitana, bo ten bez wahania, za złamanie rozkazu, zastrzeliłby takowego.
- Kurde, kończą mi się faje - zaklął po cichu Misio. Ubrał swoje spodnie, założył mundur i kurtkę, wziął hełm. Podszedł do swojego 'kredensu' z którego ceremonialnie wyciągnął swój ukochany pistolet. Wychodząc chwycił karabin i wyszedł zamykając za sobą drzwi na klucz. Szedł w stronę obozowiska swojego oddziału. Chciał wziąć papierosy od któregoś z żołnierzy. Idąc leśną ścieżką w pewnym momencie skręcił w chaszcze. Zawsze wchodził do obozu z innej strony. Wyciągnął swoje ulubione dropsy miętowe marki 'Miętowe mocne' i zaczął mlaskać. Szedł powoli, troszkę ospale, nucąc sobie pod nosem: - Dziewczyny z Awary brakuje mi do pary...
Szedł tak może z 10 minut. Zatrzymał się w pewnym momencie zaniepokojony. Nie słyszał obozowiska. Zawsze idąc do niego, kierował się słuchem, zawsze było słychać jak ktoś krząta się po obozie, rozmawia, myje się. A teraz była martwa cisza. 'Coś jest nie tak' pomyślał. Odbezpieczył swój pistolet maszynowy, sprawdził stan pistoletu i zaczął skradać się do miejsca, gdzie powinni być jego żołnierze. Kierował się kompasem, mniej więcej wiedział jak dojść do obozu. Podkradał się z 15 minut, zanim zobaczył znajomą polankę. To tu ! Położył się na ziemi i wyciągnął lornetkę. Jednakże rośliny przeszkadzały w obserwacji terenu. - Kurwa... - zaklął cicho. Podczołgał się jeszcze pare metrów. Podniósł lornetkę i popatrzył przez okular. Szczęką omal nie wykopał dziury w ziemi.
Obóz był zniszczony. Z tego co zdążył zauważyć dużo żołnierzy zginęło. Nie wiadomo czy się bronili, prawdopodobnie nie. Misio klął na to, że tak twardo śpi. W nocy nic nie słyszał, a bez wątpienia była tu krwawa walka. Prawdopodobnie ktoś wydał okupantowi, gdzie jest obóz oddziału Misia. Kilku wieśniaków dostarczało żywność dla żołnierzy. Chciał podejść i sprawdzić, czy ktoś ocalał, ale nie wiedział, czy Scholandczycy nie postawili straży przy tym pobojowisku. Miał szczęście, że okupant nie znał jego wizerunku, bo inaczej przeszukałby las. Dla własnego bezpieczeństwa położył się na trawie i czekał. Brak papierosów doskwierał mu bardzo.
Po ok. dwóch godzinach tam gdzie niegdyś obozowali 'Misiosbanditen', jak nazywała ich wroga propaganda, Misio zauważył wiesniaka. Był to Henryk Pćim, jeden z dostarczających żywność dla żołnierzy. Misio mu nie ufał, wydawał mu się miglancem i koniunkturalistą. Kupował od niego tylko dlatego, że miał najlepsze ziemniaki w okolicy. 'Pewno zapłacili mu więcej' pomyślał Misio. Po cichu obserwował wieśniaka. Ten zaczał obszukiwać trupy, ściągał ubrania i buty, szukał zegarków. - Hande hoch verfluchte sarmatische Schweine ! - zakrzyknął z lasu z wyraźnym scholandzkim akcentem Misio. Był kiedyś ponad rok w Scholandii, gdzie był na praktykach na uniwersytecie w Szkolinie. Nauczył się tego specyficznego akcentu pijąc wódkę w barach. - Nicht schussen, nicht schussen ! - zajęczał wieśniak. Misio z wycelowanym karabinem wyszedł z krzaków. Nie chciał zemsty, ale wiedział, że jak Pćim go sprowokuje, to go zastrzeli. - Wydałeś nas, kurwo - spokojnie i z demonicznym uśmiechem Misio przywitał się z Heniem. - Co?! Chyba Cię pogieło?! JA?! - płakał wieśniak. - No to co tu robisz? - pytał dalej i stanowczo Misio. - Yyy... Ja ten, no... Przyszedłem z ziemniakami... - I zabierałeś zegarki? Dobra dobra, więcej Ci zapłacili? - Słucham? - Przecież wiem, że to ty - powiedział Misio. Na jego twarzy znów pojawił się demoniczny uśmiech. - O czym ty mówisz? - Mam Cię zastrzelić jak psa? - Ale to nie ja ! - płakał wieśniak. - W głowę, czy w klatkę piersiową? - To nie ja ! Rozumiesz !? - No gadaj, bo muszę sobie zapalić - Misio wiedział, że jest panem sytuacji. - Aaa... - płakał Henryk - Przyszli do mnie i powiedzieli, że jak Cię nie wydam, to zabiją mnie i całą moją rodzinę... Co miałem zrobić? - No cóż. Ale i tak jesteś mendą. Wybieraj nogę - zarządził tonem nie znającym sprzeciwu Misio. - Ale po co? - No karę i tak musisz ponieść - powiedział Misio i strzelił mu w prawą nogę. Po lesie rozległ się jęk wieśniaka. - Nie umrzesz, ale Cię poboli troszkę. A teraz spierdalaj kopać pyrki.
Tak więc Misio pozostał bez oddziału. Nie wiedział co począć. Postanowił wrócić do chatki i pomyśleć. Ale najpierw potrzebował papierosa.
Jądro w ciemności część 5 - "Anal z Zielonego Wzgórza"
Na prośbę czytelników napisałem od razu 5 część. Nosi ona wiele znaczący tytuł - "Anal z Zielonego Wzgórza".
- Yyy... Dzień dobry... No więc mam problem... - Co jest?! Kim ty jesteś?! To prywatna częstotliwość! - Tutaj Misio. Mam problem. - Aaa witamy witamy... Strach do dupy zajrzał to się zgłaszamy? - Zamknij łeb. Mam problem. - No no, co tak ostro? Spokojnie, powoli, po co się spieszyć? - No więc, rozbili mi oddział. Jednej nocy. Prawie wszyscy zgineli, tylko kilkoro poszło do niewoli, ale pewno oni też już nie żyją. Chodzi mi o to, że w Górach Kocich jestem już spalony. Potrzebuje transportu. - No koleś, to masz faktycznie problem. A gdzie ten transport? - W okolice Czekan. Tam mam kilku znajomych, zrobimy nową bandę. - To trochę daleko. - Na piechotę nie dojdę, bo mnie złapią i kaplica. A jechać nie ma jak, bo na drogach kontrole. - Ale tam się kręci dużo wojska. - No to tym lepiej. Zwiążemy duże oddziały, a w innych częściach kraju walka będzie się toczyć. - No ok. Zmieniłeś się trochę... - Cicho. Na razie.
Rzeczywiście Misio trochę się zmienił. Nie był już tak pewny siebie. Nadal miał wolę walki. Choć teraz myślał trochę mniej egoistycznie niż wcześniej. Ciągle palił papierosy i ssał dropsy miętowe. Jednak nie były to już jego ulubione "Miętowe mocne". Skończyły się mu zapasy tego boskiego pokarmu. Zostały mu tylko tropicańskie "Mintos Bravos", które były całkiem znośne i obleśne scholandzkie "Das Drops", które z miętą nie miały wiele wspólnego.
Centrala "agentów z dupy" poinformowała go, że łącznik o pseudonimie "Katarzyna" spotka się z nim koło wsi Gnojnik koło Athos, celem przekazania bliższych informacji. Misio miał już wcześniej spotkać się z "Katarzyną na bis" ale uznał, że nie jest mu to potrzebne. Wiedział, że musi schować swoją dumę do kieszeni i póki co działać tak jak Centrala mu będzie kazała. Ale potem... "Potem to mi mogą pociągnąć" myślał sobie w duchu i śmiał się z tego za każdym razem. Straszne przeżycia nie odebrały mu jego specyficznego poczucia humoru.
Punkt kontaktowy był zlokalizowany w stodole. Misio miał wejść, puścić trzy rzy bąka i powiedzieć: "Ależ tu wali !". Łącznik miał odpowiedzieć: "No bo jak się nie myjesz...". Misio uważał to za niedorzeczność. Nie można było poprostu wejść i się przejść do rzeczy? No ale to nie on służył w wywiadzie. I cieszył się z tego, bo musiałby się bardzo męczyć z tymi idiotami. Przynajmniej on tak uważał. Kiedy jechał na praktyki do Szkolina, na Wydział Parapsychologii, na Uniwersytecie Królewskim, wywiad chciał go zwerbować. Ale powiedział "żeby spierdalali". A jechał na te praktyki jako student II roku historii, żeby przekonać się, że są jeszcze więksi idioci niż studenci matematyki teoretycznej. Sposób nauczania akademickiego w tym czasie w Sarmacji był dość specyficzny.
Noc była ciemna. Na niebie wisiała gęsta warstwa chmur, idealna aura do skradania się. Ale Misio miał to gdzieś. Dziarsko przedefilował przez wieś z karabinem na ramieniu i skręcił w stronę umówionej stodoły. Nie mogąc otworzyć drzwi odstrzelił zamek. Wszyskto oczywiście w konspiracji. Drzwi otworzył potężnym kopniakiem, tak jak to miał w zwyczaju i wbiegł z karabinem gotowym do strzału. Teraz leżąc gdzieś w sianie zaczął pierdzieć rękami. Tą ciekawą umiejętność nabył w szkole podstawowej na lekcjach chemii. Nie przypuszczał, że kiedyś mu jeszcze się przyda. Po umówionych trzech bączkach, krzyknął: - Ale tu je... wali ! - No bo jak się nie myjesz... - brzmiała odpowiedź. - Szkoda - Misio miał dzisiaj wielką ochotę sobie postrzelać. - Żeś to kurwa bardzo po cichu zrobił - odpowiedział głos. Misio nie widział dobrze postaci. W cieniu zauważył tylko jej zarys. Po głosie poznał, że była to kobieta. - No no no... O to słynny komendant Misio... Ciekawe miejsce na spotkanie - z cienia wyłoniła się postać łącznika. Była to młoda dziewczyna, o włosach blond upiętych w kitkę. Miała może z metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Była niższa niż Misio. - Wspaniale... No to dawaj informacje słońce. - Spokojnie. Sprawa wygląda tak. Ponieważ tutaj nigdzie nie wyląduje samolot, musimy się dostać w okolice Feru i dopiero stamtąd próbować. - Co?! To jest ten niby ekstra plan? To jest jakaś kpina... - Oj problemy wojenne... - tłumaczył się łącznik - Na piechotę zajmie nam to z tydzień. - No dobra... Ważne żeby dotrzeć na to lotnisko... Fer... Cóż za posrana logika... - Oj weź zamknij się, bo nie mogę Cię słuchać - odpowiedziała "Katarzyna na bis" jak sobie nazwał łącznika Misio. Zaskoczyła go ta odpowiedź. Ale miło. Szykował się wspaniały tydzień...
Jądro w ciemności vol. 6 - "Noł hau"
Droga na piechotę z Athos do Feru była niezbyt przyjemna. Długa i wyczerpująca, na dodatek poprzez puszcze Gellonii. Aura również nie sprzyjała pieszym wędrówkom po lesie. Ale... Ale czego nie robi się dla Sarmacji?
Misio traktował tą podróż jako urlop, spacer. Nie przejmował się tym, że w każdej chwili może zostać złapany przez wroga, rozebrany i zastrzelony. Nie przejmował się tym, że było mu zimno. Nie przejmował się tym, że podróż jest ciężka i że musi przedzierać się przez las. Denerwowały go jednak dwie rzeczy. Nie miał papierosów... Jego towarzyszka podróży nie paliła, bo uważała to za skrajnie nieodpowiedzialne i niezdrowe zachowanie. Co więcej, nie pozwalała mu kupować nowych paczek. Misio czasami miał ochotę ją zastrzelić. Drugim, mniejszym problemem, była właśnie jego towarzyszka podróży. Jak się okazało, "Katarzyna na bis" nosiła dźwięczne i starosarmackie imię Aleksandra. Była ładna, choć Misio nie starał się aby mu się za bardzo spodobała. Miała nad nim jeszcze jedną przewagę - znała drogę na supertajne lotnisko pod Ferem. I właśnie te dwa atuty - uroda i wiedza sprawiły, że Misio nie zastrzelił jej w lesie. Bo powodów miał wiele.
Ola nie pozwalała mu kupować i palić papierosów. W oczach Misia była to niewybaczalna zbrodnia, za którą powinno się wymierzyć najwyższą karę. Co więcej - była ambitna i potrafiła się postawić Misiowi, a on bał się takich kobiet. Poza wszystkim zaangażowała się w walkę klas. Jako działaczka komunistyczna działała na terenie Morvanu i starała się, jak ona to nazywała, "wywłaszczać obszarników". Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie starała się narzucić Misiowi swoich poglądów. A starała się to robić na każdym kroku. Misio, jako politycznie obojętny, miał dosyć ciągle trajkoczącej, ploretariackiej młodej damy. A ona ciągle nawijała mu o sprawiedliwości społecznej, o walce klas i o demokracji ludowej, o radach robotniczych, o walkach z obszarnikami etc. etc. - Słuchaj, jak jeszcze raz będziesz mi mówiła o tym całym czerwonym gównie i o jakichś towarzyszach to Cię zastrzelę, tutaj gdzie stoimy i na dodatek z zimną krwią. - Ale czy Ty nie widzisz, że to jest przyszłość?! - W dupie to mam. Dopóki żadna władza nie właduje mi się z butami w życie będzie mi ona zwisać nisko. Ja walczę nie dla jakichś idei politycznych czy frakcji. Ja walczę dla samej Sarmacji. I to ona jest celem. A nie jakaś tam "sprawiedliwość społeczna", czy "walka klas". - Jak dla mnie to jesteś sierotą.
Misio nie chciał mieć z polityką nic do czynienia już na studiach, gdzie był atakowany przez różnego typu działaczy młodzieżówek, a potem partii politycznych. A, że poglądy młodego studenta historii były proste jak drut, albo wcale ich nie było, dał sobie spokój z tym i przepędzał wszystkich "zaangażowanych" swoim pistoletem. Już od małego chciał służyć ojczyźnie. Ale służyć ojczyźnie to nie służyć władzy, tylko służyć obywatelom i ogółowi.
Ale pomimo tych denerwujących przemówień i pouczeń polubił swoją towarzyszkę podróży. Przez te kilka dni zdążył się do niej przywiązać i wiedział, że będzie mu jej brakowało. No może poza tym, że zabraniała mu palić. Nałóg był silniejszy od przyjaźni.
Szli równo tydzień. Siódmego dnia doszli w wyznaczone miejsce. Była to dość duża polana położona w lesie. Trawa była równo skoszona, widać było, że to prowizoryczne lotnisko było zadbane i dość często używane. Nie prowadziła do niego jakaś specjalna ścieżka, dochodziło się tam przedzierając się przez las i jego krzaki. Docierając do lotniska Misio i Ola mogli zauważyć stojący i, tak przynajmniej im się wydawało, czekający na nich samolot. Jednakże te tygodnie spędzone na partyzantce w lesie czegoś Misia nauczyły - nigdy nie wychodź na leśną polanę bez uprzedniego sprawdzenia terenu. Jego koleżanka była widać niedoświadczona w leśnej walce, skoro zaczęła dziarsko maszerować w stronę lądowiska. - Stój - rzucił półszeptem Misio. - Co znowu?! Przecież czekają na nas - odpowiedziała mu Ola wyraźnie zniecierpliwionym tonem. - Stój, powiedziałem - Misio znów użył swojego tonu nie znającego sprzeciwu. - Ale po co? - Mówię stój. A najlepiej to padnij - powiedział Misio. Wyciągnął swoją lornetkę i podczołgał się parę metrów. Popatrzył przez okular i dokładnie zlustrował polankę. - Oho ! Tak jak przypuszczałem. Znowu się nie zawiodłem na sobie. Masz, popatrz, co widzisz? Ola wzięła lornetkę. - No samolot i żołnierzy wokół niego. - A co to za żołnierze? - No nasi, sarmaccy - naiwnie rzuciła dziewczyna. - Ech, dziecko, jak Ty mało jeszcze wiesz o wojnie.
Misio się nie mylił. Na polanie może i stał samolot, może i był w barwach sarmackiego lotnictwa, ale żołnierze wkoło już nie. Cieszył się, że ta zasadzka była nieprofesjonalnie zrobiona, mimo iż żołnierze scholandcy byli z elitarnego odziału - Fuhrer-Begleit-Batallion, czyli ,plus minus, gwardii przybocznej króla. Widocznie musiał się nieźle narazić nowym władcom Sarmacji, skoro nasyłali na niego gwardię królewską. - To co teraz robimy - zapytała przestraszona Aleksandra. - Uciekajmy. Ale powoli i po cichu, żeby nas nie zauważyli.
Powoli i czujnie oddalili się od miejsca spotkania. Poszli na zachód, wg. Misia miała tam znajdować się jakaś wieś, gdzie mogliby przenocować, coś zjeść i pójść dalej, do Czekan. - Pewno ta twoja posrana "centrala" miała jakąś wtyczkę i nas wydała... - Możliwe. Ale to monarchofaszystowska centrala. Działam w niej tylko dlatego, bo komunistycznej jeszcze nie ma. - Oj weź skończ z tym politycznym pieprzeniem. Żygać się chce... Idziemy, może nas nie widzieli.
Jądro w ciemności vol. 7 - "Maria, Milena i Koń"
Po wpadce z samolotem Misio postanowił działać od tej pory całkowicie na własną rękę. Mógł w sumie w każdym miejscu w kraju zorganizować oddział leśnych ludzi i walczyć z okupantem. Problem był jednak znacznie głębszy. Otóż świeżo upieczona towarzyszka niedoli Misia - Aleksandra koniecznie uparła się, żeby iść do Czekan. Misio zastanawiał się, co skłoniło ją do takiej determinacji. Po części nawet odpowiadało mu to, że idą w tamte okolice. Wszkaże były to jego rodzinne strony...
Misio urodził się dokładnie 32 lata temu, w dosyć zamożnej, szlacheckiej rodzinie. Ojciec jego miał dworek i kilkanaście hektarów ziemi we wsi Musztardów koło Czekan. Matka jego pochodziła z Krezu, z bogatej rodziny mieszczańskiej i była 3 córką w kolejności. Dlatego wyszła za właściciela ziemskiego. Ojciec Misia był wspólnikiem dziedzica Czekan, hr. Czekańskiego, z którym żył w głębokiej przyjaźni. Sam hrabia był częstym gościem w musztardowskim dworze. Misio zapamiętał go doskonale. Podobno hrabia miał kilka córek i synów, jednak w Musztardowie pojawiał się zawsze sam. Nigdy nie zapraszał rodziny Misia do pałacu w Czekanach. Ojca zawsze to zastanawiało, jednakże nie przejmował się tym zbytnio.
Idąc teraz w stronę swojego rodzinnego domu, Misio wspomniał listy od matki, które ona to wysyłała do niego aż do kapitulacji armii. Potem kontakt się urwał. Misio nie wiedział, czy żyje. Nie chciał jej odwiedzać, zwłaszcza po tym, jak rozpoczął działalność partyzancką. Bał się, że może spotkać ją niebezpieczeństwo. Ojciec jego zmarł na kilka lat przed wojną.
W stosunkach między Misiem a Olą też wiele się zmieniło. Ona pozwoliła mu w końcu palić - co prawda po "twardych negocjacjach", ale fakt jest faktem. Jego zaś przestało irytować to jej polityczne gadanie. A ona nawet jakby mniej mówiła o swoich rewolucyjnych planach. Misia jednak nurtowało cały czas, czemu Ola koniecznie chce iść do Czekan.
- Powiedz mi słońce, co Ciebie tam tak ciągnie? - spytał pewnego razu Misio. Siedzieli wtedy w lesie, przy ognisku i smażyli upolowane kukuły inkaskie. Misio trenował strzelanie celując właśnie do kukułów. - Nie ważne. Niech Cię to nie interesuje - odburknęła mu Ola. - No właśnie ważne ważne. Bo widzisz - to są moje strony rodzinne. Ola zakrztusiła się kukułem. - Słucham? - odpowiedziała, pokasłując trochę. - No tak tak. Pochodzę ze wsi Musztardów. - Wiem gdzie to jest, ale tam nigdy nie byłam. - A co? Ty też stamtąd? - odpowiedź na to pytanie nie zdążyła paść. - Hande hoch !
Misio nie zdążył nawet zareagować. Był na siebie bardzo zły, że dał się podejść w tak dziecinny sposób. Broń jego leżała kilka metrów od miejsca w którym siedział. Uspokoiło go to, że od kilku dni nie było widać przeciwnika. Tak więc Misio i Ola zostali pojmani w sposób łatwy.
Banszuce zapakowali ich do czarnej furgonetki. Misia cieszył fakt, że nie wiedzieli z kim mają do czynienia. Dostali silną eskortę - czterech żołniezy siedziało z nimi "na pace". Zza przedartej plandeki Misio widział gdzie ich wiozą. Było to miasteczko Elżbietów, przemianowane teraz na Fort Elsa (na drogowskazie oryginalna nazwa została skreślona, a nową nieudolnie domalowano farbą). Jechali na posterunek policji. Zatrzymanie się ciężarówki oznaczało dotarcie na miejsce. Banszuce wyciągnęli dwie pojmane osoby i niezbyt prędko zaprowadzili na posterunek, do pokoju przesłuchań.
A pokój przesłuchań był typowym, policyjnym... pokojem przesłuchań. Pośrodku stał stół, a przed stołem dwa krzesła. Była też lampa z mocno świecącą żarówką. Na ścianie widniał portret jakieś osoby - Misio nie widział jej zbyt dobrze, gdyż była w cieniu. Banszuce posadzili ich na krzesłach i kazali czekać. W pomieszczeniu zostało tylko dwóch żołnierzy. Misio mógłby próbować ich załatwić, ale co potem? Nie był przecież sam, musiał jeszcze uratować Olę. Czuł się za nią odpowiedzialny, to przez niego trafili do aresztu.
- Tschień tobry sarmackie fyfloki. Mejne naswisko ist Hajnriś Pfert i jestem ofiserem SS. Bende was pszesłuchifał ! Heinrich Pferd był Obersturmführerem - Misio rozpoznał po pagonach. Nie był zachwycony tym, że będzie bity po mordzie przez SS. Martwił się jednak o Olę. Bał się, żeby nie bili jej mocno. - Dopsze ! Najpierf sprafcimy wasze nasfiska i miejsca zamieszkania ! Nie macie dokumentuf taksze sprawcimy to w kartotekach ! Jeśli muficie nieprafde, to kiepsko s fami ! Ty lala ! Gadaj pierfsza ! Oli pociekły łzy po policzkach. Nie zdziwiło to Misia, spodziewał się tego. - Nazywam się Aleksandra Czekańska. Miejsce zamieszkania - Czekany - powiedziała pół szeptem Ola. Misio omal nie wywrócił się z wrażenia. Gdyby nie to, że był przywiązany do krzesła, z pewnością znalazł by się na podłodze. - Co kurwa? Kto ty jesteś niby? - z niedowierzaniem zapytał Misio. Tą krótką rozmowę przerwał ssmański but na jego twarzy.
Jądro w ciemności vol. 8 - "Nie k*rwa, skup butelek !"
Ciężarówka jechała powoli. Czasami rzucało nią na jakiejś dziurze, ponieważ podróżowali boczną drogą. Głównymi było strach jeździć, czasami brakowało kawałka asfaltu, mostu lub były położone miny. Często słyszało się o wylatujących w powietrze ciężarówkach z żołnierzami. Dlatego starano się unikać głównych tras i jeżdżono bocznymi. Tutaj z kolei byli partyzanci, ale Scholandczycy uważali to za mniejsze zło.
Misio był pobity, bo nie chciał wyjawić jak miał na imię. Jechał teraz w nieznane miejsce, być może była to jego ostatnia podróż w życiu. Nie był zły, raczej przygnębiony. Strażnicy nie dawali mu papierosów, rozłączono go z Olką i nie wiedział co się z nią dzieje, poza tym był głodny i pobity. Dobry humor rzadko trafia się w takich niesprzyjających okolicznościach. Zastanawiał się, co z nim będzie i co się stało z Olą. Ostatni raz widział ją tuż zanim otrzymał kopniaka w twarz.
Razem z nim na pace jechało 5 żołnierzy ubranych w mundury SS. Dwóch z nich miało broń maszynową. Misio nie miałby szans na ucieczkę, nie zdołałby nawet spróbować, bo odrazu zginąłby od serii z pistoletu. Dlatego siedział spokojnie, starając się zdrzemnąć. Raz po raz otwierał oko, żeby sprawdzić czy nie chcą go zastrzelić. Nie chciał zginąć w nieświadomości, wolał widzieć jak będą do niego celować i ciągnąć za spust. Był gotów na śmierć, pogodził się z tym faktem że zginie. Chciał tylko jednej rzeczy zanim odejdzie z tego świata - ostatniego papierosa.
W pewnym momencie ciężarówka zatrzymała się. Do ciężarówki podszedł jakiś frejter i poprosił 3 żołnierzy, w tym dwóch z peemami, aby wyszli. Misio podsłuchiwał o czym mówili. Znał dobrze niemiecki, nauczył się go w lokalach Szkolina (od tamtej pory nienawidzi alkoholu). Nie przyznał się, że rozumie o czym jego wrogowie rozmawiali. A gadali o tym, że na drodze stoi wóz z osłami i nie chce zjechać z drogi. Podobno wieśniak też niespecjalnie starał się ustąpić miejsca konwojowi. W tym momencie przez umysł Misia jak błyskawica przeleciała myśl: "Chwila chwila, wydaje mi się to znajome..." Znał te sposoby, na tzw. "wieśniaka". Czym prędzej padł na podłogę ciężarówki i zasłonił głowę skutymi rękoma. Strażnicy wstali, żeby podnieść Misia. Nie zdążyli, seria z kilku karabinów przecięła ciężarówkę jak maszyna do szycia nową sukienkę córki. Słychać było strzały z broni maszynowej, wybuchające granaty. Misio modlił się, żeby jeden z nich nie wleciał do ciężarówki - wtedy nici z ratunku. Wiedział, że jest szansa na uratowanie, nie chciał zginąć od wybuchu. Dlatego leżał sztywno na podłodze, starając się leżeć jeszcze bliżej i kurczowo zasłaniał głowę rękoma.
Po kilku minutach strzały ucichły. Misio sprawdził czy jeszcze żyje, ale nadal się nie poruszał. Słuchał tylko intensywnie, czy wygrali partyzanci, czy może Scholandczycy. Pierwsze głosy w rodzimym języku uspokoiły go nieco. Nadal jednak pozostawał w bezruchu. Słyszał, jak ktoś podchodzi do ciężarówki i unosi pokrycie paki. Widocznie ktoś zajrzał na tył wozu i odszedł. Potem rozległo się: - Panie komendancie, tutaj ktoś jest ! - Swój czy wróg? - głos komendanta brzmiał Misiowi znajomo, jednak nie potrafił sobie przypomnieć skąd mógł go znać. - Nie wiem. Chyba żyje. Jest zakuty ! - Pokaż no mi go - brzmiał rozkaz. Misio słyszał jak ta osoba podchodziła do samochodu. Musiała mieć oficerskie buty, bo chód był dość głośny. Plandeka uniosła się. Misio podniósł głowę. Nie widział dobrze, oczy musiały mu się przywyczaić do światła dnia. Ale powiedział odrazu: - Panowie... Nie strzelajcie... I dajcie no może papierosa, co? - Pan kapitan? - odezwał się znajomy głos. - No w sumie raczej tak...
- Myślałem, że pana kapitana złapali... I, że... No wie sam pan kapitan co... - Tak wiem. A jak żeś ty się uchował? - Kiedy nas napadli, tam wtedy na tej polance, to się nie broniliśmy. To była szybka akcja, typu "szybka piłka - mokry kort". Ktoś chciał biec po pana kapitana, ale nie wiedzieliśmy gdzie. Nie kazał nam pan kapitan przecież chodzić za sobą. Ktoś próbował łapać za broń, ale to odrazu kończył z ołowiem w głowie. Kilkunastu chłopaków zginęło na miejscu, kilku było rannych, ale to ich dobili. Był z nimi też ten wieśniak od ziemniaków, no jak mu tam... Pćim ! Tak, on też był. - Wiem. Jak przyszedłem rano po fajki on już tam był i zbierał zegarki. Powiedział, że musiał nas wydać bo by mu rodzinę zajebali. - Gówno prawda ! Jak nas odprowadzali do stalagu, to miałem okazję rozmawiać z tym ścierwem. Specjalnie nas wydał, za pieniądze. Podobno mu nieźle zapłacili. - Patrz. A ja szmacie zaufałem. Za dobre serce mam. Mogłem go zastrzelić odrazu, a nie tylko kolano mu przestrzelić. No ale co z resztą kompanii? - No zaprowadzili nas do tego stalagu. Potem każdego "przesłuchiwano", czyli bito. Mnie nawet niespecjalnie mocno, bo ja to płotką byłem. Ale panów poruczników to całkiem konkretnie. Petlurę to zakatowali tam, okładali go gazrurką i czymś tam jeszcze. No ale, po kilku dniach wzieli nas, czyli tych co przeżyli, na taką łąkę. Całkiem ładna była. Kazali nam się ustawić w czterech rzędach, w każdym po 10. Tych co się nie mieścili, zastrzelili odrazu. Potem kazali nam klęknąć. Wytoczyli wtedy dwie ciężarówki z cekaemami. Ja wiedziałem co się stanie, czytałem w gazetach o takich numerach w Chinach. Zdawałem sobie sprawę, że mam teraz jedyną szansę na przeżycie i ucieczkę. Wiem, dziwne to trochę, ale tak było. Kiedy zaczęli strzelać do pierwszego rzędu, w którym byłem i ja, walili tylko z jednego karabinu. Celowali w głowy. Ja byłem w środku wtedy. Serce waliło mi jak oszalałe. Wszystko to leciało w zabójczym tempie. Wiedziałem, że muszę to zrobić szybko. I kiedy kasowali tych obok mnie, upadłem zanim trafili mnie, że niby nie żyje. Nie sprawdzili, czy nie byłem ranny przypadkiem. Przykryły mnie inne zwłoki i w sumie dzięki temu przeżyłem. Nie widzieli, że jeszczem nie martwy. Szczęście, że zwłok nie sprzątali. Przeleżałem tak pod tymi ciałami aż do nocy. Potem powoli wstałem i zwiałem. Musieli mieć zdziwko, jak się rano zwłok nie doliczyli. Ale nie szukali mnie. - Smutne, powiem Ci sierżancie. Szkoda tych ludzi, taka dobra kompania. - Wiem, wiem... Ale trzeba żyć i walczyć ! - Racja...
Sierżant, a teraz komendant Właśniak, był starym znajomym Misia. Razem służyli w kompanii i razem walczyli, aż do obławy w lesie. Misio w sumie dziękował Bogu, że trafił akurat na Właśniaka. Siedział teraz razem z nim i z jego żołnierzami przy ognisku, niektórzy smażyli jakieś mięso, chleb. On palił papierosy i myślał o Oli, o tym, że ją stracił, o tym, że go boli żebro. Nagle poderwał się jak oparzony... - Noż kurwa mać ! - wykrzyknął. - Co się stało, panie kapitanie? - zapytał Właśniak. - Jaaa pierdole ! - No co się stało !? - Mój pistolet... MÓJ LUGER ! Zabrali mi go... Już nie żyjecie, frajerzy - krzyczał Misio i szukał na pasku swojego... Lugera. - Przecież to tylko pistolet... Znajdziemy nowy... - uspokajał go sierżant. - To była pamiątka rodzinna... A w sumie... A chuj z tym, znajdziemy nowy - mówił siadając Misio. Wyciągnął papierosa z pomiętej paczki i odpalił. - Wiecie co mnie martwi Właśniak? - zapytał. - Co? - Była ze mną pewna dziewczyna. Nie jechała tam gdzieś w tym transporcie? - Hmm... Raczej nie... - Jesteś pewien? Na 100 procent? - Na 100 procent. Byłaby tu przecież teraz z nami. A trupa sam pan przecież szukał. - No fakt... Kurwa... Mam prośbę sierżancie, mogę wam potowarzyszyć troszkę? - W sumie to myśleliśmy, że mógłby pan kapitan przejąć dowództwo. Chłopaki słyszeli o naszych wyczynach, a ja potem opowiadałem im o panu. - Ech... Ale ja chcę iść do Musztardowa... Gdzie my teraz jesteśmy? - Kilkanaście kilometrów na północ od Czekan - powiedział z uśmiechem Właśniak. - To i tak niedobrze... Musztardów jest na południu, trzeba będzie iść lasami... - Nie ma problemu, pójdziemy za panem. Chłopaki się aż rwą do walki. Aha, no i mamy tu prezent dla pana, panie kapitanie. Taka rekompensata za tego straconego Lugera. - Co to? - To jest pistolet maszynowy Thompsona. Geniusze z Cracofii robili zrzuty. Pewnej nocy nadleciał bombowiec i zrzucił kilka skrzynek. Zleciał jeden peem i kilka skrzynek amunicji do niego. Bez sensu kompletnie... - To czemu żaden z was go nie chciał? - No bo ja mam swoją strzelbę, a pozostali też swoje ulubione karabiny. Poza tym poszła fama, że on niby pecha przynosi. No to nikt go nie wziął. - Pokaż no go - zakomenderował Misio. Dwóch wojaków przyniosło skrzynkę i otworzyło wieko. Misio ceremonialnie odgarnął słomę. W skrzynce leżało zawiniątko, obwinięte starannie papierem parafinowym. Misio powoli wyciągnął je, zdarł bez skrupułów papier. Jego oczom ukazał się pistolet maszynowy, popularny Tommygun. Wziął go do ręki i zaczął celować. - No no... Całkiem konkretny, nie mogę to powiedzieć. Się nada. Teraz broń gangsterów będzie zaprowadzała prawo... - Może zrobi pan kapitan przegląd oddziału? - zapytał z podejrzliwym uśmiechem sierżant Właśniak. - Może być... poruczniku. Niech będzie w sumie. - ZBIÓÓÓRKAAA ! - komenda padła. Oddział szybko ustawił się w dwuszereg. Misio ze swoją nową zabawką i papierosem w ustach powoli przechadzał się przed żołnierzami. - Panowie, mamy zadanie do wykonania ! Kilkanaście kilometrów na południe od Czekan jest wieś Musztardów ! Pochodzę z niej i chętnie sprawdzę czy stoi cała ! Poza tym, może to być pierwsza przystań do większego celiu - zdobycia Czekan ! Tak tak panowie, nie przesłyszeliście się ! Wróg wcale nie jest taki trudny do pokonania, co udowodniliście dzisiaj i wcześniej. Nawet na czołgi znajdzie się sposób ! Ale do tego potrzeba wiary w zwycięstwo ! Dlatego, przygotujcie się dzisiaj, zróbcie zapasy bo jutro ruszamy ! Czeka nas ciężka przeprawa przez las ! Możliwe, że napotkamy przeciwnika i że będziemy z nim walczyć ! Ale zmieciemy go z powierzchni ziemi ! Słyszałem, że wiele wsi w pobliżu kolaboruje z okupantem. Pokażmy im, że to jest Sarmacja i że to Sarmaci są tu panami i że to oni stanowią prawo i porządek ! Winnych trzeba ukarać, a wsie które zaznały scholandzkiego buta staną się wolne ! Dobra sukinsyny, rozejść się ! - Tak jest panie kapitanie !
Jądro w ciemności vol. 9 - "Twarzą do ściany"
Misio obudził się nagle. Rozejrzał się powoli po okolicy. Tak, to był ten las w którym zasypiał. Złapał się za głowę. Nienawidził nagłego wstawania rano. Pierwsza myśl - papieros ! Druga - Luger ! Ale jego już nie było, teraz miał tommyguna. Ale przecież nie może walczyć bez pistoletu. Wstał powoli, założył kurtkę i poszedł szukać porucznika Właśniaka. Ten spał jeszcze smacznie, tak jak reszta oddziału, nie wyłączając wartowników. Ci pozdrowili Misia i dalej obserwowali teren. Misio, szturchając Właśniaka za kurtkę, obudził go niezbyt delikatnie. Ten przywitał go po przyjacielsku. - Pojeba... O dzień dobry panie kapitanie. - Właśniak... Mam problem, potrzebuje pistoletu. - Ech... O 5 rano? Niedobrze z panem kapitanem coś ostatnio... - Nie pierdol tylko daj mi klamkę. - Tam gdzieś przy skrzyniach leży colt... Dobranoc...
Oddział był gotowy do drogi już o 6 rano. Spakowani, najedzeni i ogoleni ruszyli powoli przez las w stronę Musztardowa. Misio podzielił swoją kompanię na 3 kolumny, każda szła równolegle do siebie, w rozstępach 400 metrowych. Las nie był gęsty także szli sprawnie. Na przód pochodu Misio wysłał czujki, które miały sprawdzać, czy nie ma tam gdzieś wroga. Szli może tak ze 6 godzin, kiedy straż przednia poinformowała dowódcę, że dotarli do wsi. Misio nie wiedział, czy jest to wieś proscholandzka, czy prosarmacka. Wymyślił więc oryginalny podstęp...
Misio jechał powoli na rowerze z papierosem w ustach. Nie miał przy sobie broni, bo i po co? Nie chciał aby go zdemaskowano. Dodatkowo nie miał swojego munduru, więc wyglądał jak prosty wieśniak. Jechał powoli drogą do wsi, nucąc sobie coś tam pod nosem i paląc faję. Zbliżając sie, mijał jakieś wozy z sianem, z gnojem i z ziemniakami. Czuł wieś, wszkaże urodził się niedaleko. Nie obawiał się rozpoznania, przecież nikt spoza oddziału nie znał jego twarzy, a Ci co znali prawdopodobnie zgineli albo nie wiedzieli, że to on jest Misiem. Tym Misiem. Tak więc jechał nie uzbrojony, na rowerze, przebrany za wieśniaka do obcej wsi. Numer z rowerem był raczej jednorazowy, zwłaszcza w przypadku jeśli okazałoby się, że jest na wrogim terenie. Atak na wieś proscholandzką był nieunikniony - taka była taktyka Misia. Ale nie chciał zabijać wieśniaków - byli to w końcu jego rodacy. Ludzie zapamiętaliby, że przed atakiem we wsi pojawił się nieznany, samotny rowerzysta. Śmiertelność wśród nieznanych, samotnych rowerzystów wzrosłaby nagle, zwłaszcza na tym terenie. A dużo z tych nieznanych, samotnych rowerzystów było przecież ważnymi kurierami...
Misio powoli wtoczył się do wsi. Zatrzymał się gdzieś na środku, zsiadł z roweru i zapalił kolejnego papierosa. Rozejrzał się dookoła spokojnie i bacznie oglądał całe zamieszanie. Jego wzrok zatrzymał się na pewnym grubasie. Widać było, że to sołtys. Dlatego Misio, z niezbyt ukrywaną ciekawością przyglądał się owemu grubasowi. Chciał zwrócić jego uwagę, żeby podszedł do niego. Wybadałby wtedy czy wieś jest prosarmacka, czy nie. - Ej ty tam, na rowerze ! Cho no tu ! - zakrzyknął sołtys. - Kto? Ja? - Tak ty, podjedź no tu do mnie. Nie jesteś stąd, rozpoznałbym Cię odrazu. - No fakt, bystre oko - zażartował Misio. Jednak szybko skończył się śmiać, bo był to śmiech jednostronny - Jestem tu przejazdem. Jadę właśnie z Krezu do pewnej wsi koło Czekan. - Aha. To zmykajcie stąd prędko, bo my tu nie lubimy obcych. Zapytam tak po przyjacielsku... - Taaak? - Jesteś za królem scholandzkim, czy za tym sarmackim satrapą? - Jaa? A od czego to zależy? - Bo widzisz, my tutaj jesteśmy za Scholandią i nie chciałbym żeby przytrafiła Ci się krzywda. - Aha, rozumiem. - Tak więc zmykaj stąd raczej, dobra? - Ma się rozumieć. Niech będzie pochwalony ! - Niech będzie, niech będzie...
Poszło mu łatwo, zbyt łatwo. Ale, przecież oddział jego nie działał jeszcze w tej okolicy, także tutaj sił scholandzkich nie było. Z resztą, wojsko siedziało w Czekanach, do jakichś incydentów w okolicy po prostu wyjeżdżało. Także dla Misia była to akcja typu "wchodzimy, palimy, spadamy". Odjechał pareset metrów od wsi, po czym upewnił się, że nikt go nie obserwuje i skręcił do lasu. Tam, po godzinie, odnalazł swój oddział. Wyjaśnił na czym polega sytuacja, że zaatakują w nocy, że podpalą wieś i pójdą dalej na południe. Mówił, żeby nie zabijali wieśniaków bez powodu, bo to przecież ich rodacy. Obawiał się, żeby mieszkańcy nie zoorganizowali się w jakąś milicję samoobrony, nie chciał ofiar wśród ludności cywilnej. Wiedział jednak, że miejscowości kolaborujące z okupantem miały lepiej, najczęściej kosztem tych wsi które pozostały lojalne. Dlatego trzymał się tego, to było jego jedyne moralne usprawiedliwienie dla tego ataku i dla potencjalnych ofiar.
Podeszli w nocy, po cichu. Misio rozdzielił oddział na 3 plutony. Jeden miał w małych grupkach przeskoczyć przez drogę i zaatakować, na wyznaczony znak, od drugiej strony. Pozostałe dwa plutony miały uderzyć od północy. Wieś otoczona była lasem, pola znajdowały się poza nim. Zanim Misio rozkazał 3 plutonowi przeskoczyć drogę, lornetką zlustrował wieś. Niestety, ku jego niezadowoleniu, wieś miała milicję. Widać było ludzi z latarkami którzy, prawdopodobnie z bronią, patrolowali między domami. Najbliżej nich znajdował się facet w berecie, ze strzelbą myśliwską. Misio po cichu wydawał rozkazy. - Muniek, chodź no tu - szeptem przywołał kompanijnego snajpera. - Tak panie kapitanie? - Widzisz tam tego o, tego w tym berecie? - Tak, widzę panie kapitanie. - Słuchaj, przejdź no ze 100 metrów w prawo, będziesz go widział. Zastrzel go, ale zrób to głośno, żeby te wieśniaki myślały, że stamtąd zaatakujemy. Po oddaniu strzału wróc do nas prędko, ale staraj się robić niezbyt wiele hałasu. Dla kurażu możesz tam granat rzucić, ale wracaj w miarę po cichu. I załatw go jednym strzałem, zrozumiano? - Tak jest, panie kapitanie - odszepnął Muniek i poszedł w wyznaczone miejsce. - Na stanowiska ! Niech 3 pluton forsuje drogę ! Uwaga ! - wydawał rozkazy Misio. Padł strzał, wieśniak w berecie również. Po kilku sekundach wybuchł granat. Po kilkunastu Muniek wrócił. Misio wziął swoją lornetkę i obejrzał sytuację na dole. Jego podstęp zadziałał, bo milicja biegła do lasu. Nie cała co prawda, ale spora część. - Dobra panowie, do ataku. Uważajcie na prawe skrzydło, bo tam są przecież te wieśniaki. Róbcie to po cichu, ambaras możecie zaprowadzić dopiero we wsi. Nu, pajechali !
Zbiegali po cichu. 3 pluton był już na drugiej stronie, o czym poinformowała Misia czerwona raca. Pluton ten miał atakować na sygnał zielonej racy. Misio, dzierżąc swojego tommyguna, przewodził atakowi drugiego plutonu. Wybral ten, żeby zobaczyć co zrobią ci milicjanci wyprowadzeni do lasu. Zbiegli już do wsi. Misio dostał się między dwa domki, gdzie zobaczył faceta ze strzelbą. On z resztą Misia też. Nie było czasu na reakcję, padły pierwsze strzały. Misio szybką serią, w biegu powalił wieśniaka, przygotował sobie też granat. Nie wiedząc co jest na centralnym placu, wybiegł na niego, ziejąc ogniem ze swojego pistoletu maszynowego. Nie było cywili, sami milicjanci. Jakby to była obława wieśniaków na Misia. Ha, amatorzy... Sami autochtoni strzelali często, ale niezbyt celnie. Misio przeładował swój pistolet, rzucił granat i biegł dalej. Wtedy poleciała zielona raca i z lewej strony wybiegli kolejni żołnierze Misia. Chciał odciąć tych wieśniaków w lesie, dlatego zależało mu na prędkości. Po kilku minutach wieś była oczyszczona i 2 pluton zajął pozycję u wylotu lasu. Pierwsi milicjanci pojawili się w minutę później. Nie mieli wiele do powiedzenia, ponieważ padali martwi, szybko i gęsto. Cała akcja nie trwała dłużej niż 10 minut.
Kiedy ucichły strzały, ci mieszkańcy co nie walczyli, wyszli na plac. Ale Misia już nie było. Na środku leżał tylko pluszowy miś - nowy znak firmowy oddziału. Cała banda "Misiosbanditen" była już w lesie. Misio chciał tylko jeszcze ściągnąć tego grubasa, sołtysa. Słusznie podejrzewał, że on nie uczestniczył w walce. Wziął od Muńka jego karabin snajperski. Odszukał na placu sołtysa. Był, stał otoczony starcami, kobietami i dziećmi. Jeden strzał w głowę zakończył jego karierę. Poleciały też koktajle mołotowa. Wieś stanęła w płomieniach - ku przestrodze dla innych wsi kolaborujących z okupantem. Tak to przynajmniej tłumaczył sobie Misio.
Ruszyli dalej na południe, w stronę Musztardowa...
Jądro w ciemności vol. 10 - "Dziewczyna z długimi oczyma"
Misio usiłował ustalić, jak długo walczy już z okupantem. W czasie kiedy obozowali kilkanaście kilometrów od Musztardowa, Misio odszedł od oddziału. Chciał być sam, żeby nikt mu nie przeszkadzał. Znalazł jakiś konar, usiadł na nim, wyciągnął papierosa i zaczął rozmyślać. Był teraz początek marca 1944 roku...
Wojna rozpoczęła się w kwietniu 1940 roku. Walki były zacięte, ale niestety Sarmaci wycofywali się na całej lini. 11 maja 1940 roku był jak cios w serce dla Misia. Dowódca jego dywizji chciał walczyć dalej. I dowódca korpusu również - nie poddali się. Walkę toczyli do połowy czerwca 1940 roku, dosłownie do ostatniego naboju. Potem oddział rozwiązano, dowódcy korpusu, dywizji, brygad, pułków i batalionów poszli do obozów jenieckich. Resztę zwolniono. Misio, bez pracy i bez domu nie wiedział co ze sobą zrobić. Pojechał do Krezu i pracował tam jako barman. W byłej stolicy Gellonii mieszkał prawie dwa lata, jednak w maju 1942 roku, został wysiedlony ze swojego mieszkania w kamienicy, która to miałabyć wyburzona, a w jej miejscu postawiono basen dla nowych władców tych ziem. W Misiu coś pękło, miał dosyć ciągłego poniżania, deptania i tłamszenia. W lipcu 1942 roku rozpoczął formowanie oddziału partyzanckiego z żołnierzy byłej kompanii. Na początku 1943 roku wszystko było gotowe... Walczyli w tym składzie prawie cały rok...
Teraz było inaczej. Wróg był w odwrocie. Misio chciał najpierw zająć Musztardów, a potem jeżeli warunki będą sprzyjać, zdobyć Czekany. Ale nie chodziło mu tu o walny szturm na miejscowość, a mozolne uszczuplanie potencjału wroga, a potem nagłym uderzeniem zając wieś. Słowo wieś było w tym przypadku trochę na wyrost, bo Czekany były wielkości miasteczka. Ale cel pierwszy - Musztardów - musiał być zdobyty za wszelką cenę. Misio obawiał się, że wróg może przeprowadzić stamtąd kontruderzenie. Nie liczył się z możliwością pomocy wojska z Czekan. Dlaczego? Musztardów nie był w gruncie rzeczy miejscowością strategiczną, Czekany zaś tak.
Tymczasem w sztabie Sarmackiej Armii Ludowej, dużego, komunistycznego ugrupowania partyzanckiego, opracowywano plan zajęcia Czekan. Czerwoni żołnierze musieli jednak najpierw rozpoznać teren, czy nie ma tam konkurencyjnych oddziałów "leśnych ludzi". - Towarzysze, nasz cel to Czekany. Podobno w okolicy działa jakaś dobrze zorganizowana grupa partyzancka, która dała przykłady swojej siły kilka razy. Z przechwyconych scholandzkich raportów wiemy, że dowodzi nimi osoba o dużym doświadczeniu wojskowym. Jego pseudonim to "Misio". Nikt nie zna jego prawdziwego nazwiska, jego twarzy ani też tego jakie są jego przekonania polityczne. Dlatego pierwszym celem naszej operacji będzie zbadanie, czy ten "Misio" jest groźny i czy nie dałoby się go wykorzystać przy szturmie Czekan. Czy nasza siatka wywiadowcza ma może o nim jakieś informacje? - Nie wiemy obywatelu podpułkowniku, ale zaraz to sprawdzimy. Zawołajcie no towarzyszkę "Katarzynę"! Po pewnym czasie do namiotu weszła podporucznik "Katarzyna". Była ona SAL-owską oficer wywiadu, jeżeli można było mówić o jakimkolwiek wywiadzie. Podobno miała jakieś doświadczenie, była stosunkowo nowym nabytkiem SAL. Jej poprzedniczka udławiła się niedogotowanym ziemniakiem z obozowej kuchni. - Słucham obywatelu podpułkowniku?! - zapytała wyprostowana na baczność pani podporucznik. - Spocznijcie towarzyszko... - odpowiedział spokojnie tow. Wanda - Mamy zadanie dla wywiadu. Macie dowiedzieć się kim jest niejaki "Misio". - "Misio"?! - na twarzy "Katarzyny" pojawiło się wyraźne zakłopotanie - Ten "Misio" z okolic Athos? - Aaa... Coś o nim słyszałem chyba... A wiecie może coś o nim więcej? Jakie ma przekonania polityczne? Bo widzicie, jego oddział grasuje tu gdzieś w okolicach i nie chcemy mieć z nim nieprzyjemności. - "Misio"... Nie nie, on jest politycznie neutralny, czyli niegroźny... Przynajmniej kiedyś był... - Dobra, już coś wiemy i tego się trzymajmy. Musimy go dostarczyć na rozmowę ! - zakomenderował tow. Wanda...
Misio był zaskoczony propozycją rozmów. Nie znał żadnego SAL-u, ani towarzyszy Wandy, Żenady czy Krystyny. W sumie zwisali mu nisko, ale... Ale mieli jeden atut... Mógł kosztem ich żołnierzy osiągnąć cel jakim były Czekany. Dlatego, po chwili namysłu i konsultacji z porucznikiem Właśniakiem, zdecydował się na przyjęcie oferty złożonej mu przez dowódctwo SAL, a przyniesionej przez łącznika przebranego za krzaka ze srającym przy nim lisem. Misio pojechał rowerem, wraz z porucznikiem Właśniakiem i jednym z sierżantów do głównego namiotu SAL. Tam miał poraz pierwszy (i nie ostatni) spotkać z dowództwem Sarmackiej Armii Ludowej.
Weszli spokojnie, we trzech, z gracją i dostojnością sarmackich żołnierzy, mimo iż nie wyglądali na takich. Mundury kiedyś były sarmackie, ale teraz trochę wypłowiały i otrzymały swoją własną, niepowtarzalną barwę. Mieli też hełmy, pasy z wyposażeniem, oraz buty które również pochodziły z sarmackiej armii. Tylko broń była zdobyczna, poza Misia. On miał przecież swojego tommyguna. I to właśnie ów pistolet maszynowy zrobił największe wrażenie na komendantach SAL. Generalnie, Ci trzej faceci z lasu wyglądali inaczej niż sobie to towarzysze wyobrażali. Pierwszy do nich wystąpił tow. Krystyna. - Witajcie towarzysze, jestem major "Krystyna" - przywitał ich wyciągając dłoń na dzień dobry do Misia. Ten odsalutował mu. - Kapitan "Misio", prawdziwego imienia nie podaje z oczywistych względów. To jest poruczniki Właśniak, moja prawa ręka, a to sierżant Mnożnik. - Witajcie towarzysze... - odpowiedział ppłk Wanda - Rozumiem, że wiecie już jakie plany mamy? - Tak tak, mniej więcej. Chcielibyśmy jednak zerknąć na nie bardziej dokładnie, jeśli można oczywiście - Misio nie chciał krwawych jatek, jakie znał z Chin, czy z walk w ZSRR. Czytał dużo o Wojnie Domowej w Rosji i o kampanii japońskiej w Chinach. - Oczywiście. O to nasz plan. Zakłada on atak frontalny na Musztardów i potem szybki, oskrzydlający atak od południa, prawym brzegiem Narwi na Czekany. - Tak spytam panowie, czy któryś z was miał praktykę w armii? - spytał towarzyszy Misio. - Nie. Jesteśmy taktycznymi samoukami. - No widzicie panowie, bo ja miałem. Moje wątpliwości co do planu są takie, że Musztardów jest może i niezbyt licznie broniony, ale jeżeli obrońcy się dobrze okopią i wykażą odrobinę determinacji to czeka nas tam krwawa łaźnia. Co do samego ataku na Czekany - sugerowałbym przeprawić się przez rzekę i zaatakować z dwóch stron jednocześnie, a tak aby odciąć Czekany całkowicie, a nie tylko w 75%. To takie moje propozycję. I ja osobiście proponowałbym atak w nocy. - Hmm... Widać towarzysz nie docenia naszych sił. - Nie, tego nie powiedziałem. Ale uważam ten plan za cokolwiek amatorski. Zwłaszcza samą fazę szturmu na Musztardów. Nie poślę na niego moich chłopaków bo to pewna śmierć. Dlatego, odmawiam użycia moich sił do wykonania tego planu. Sam chętnie pójdę zobaczyć jak walczycie, ale w ramach obserwatora. - No nie wiem, towarzyszu, nie wiem... - tow. Żenada miał wątpliwości. - To może tak zróbmy ! - zaproponował tow. Krystyna - My zaatakujemy wg. naszego planu, a jak się nie uda zdobyć Musztardowa, to zrobicie to wg. własnego, ale sami. Co towarzysz na takie rozwiązanie? - Dobra, umowa stoi. Tak więc do roboty.
Następnego ranka, w dniu szturmu na Musztardów, Misio wstał wcześniej. Przeprowadził swój rytuał który robił przed każdą ważną bitwą. Otóż ogolił się, zjadł treściwe śniadanie i nie zapalił papierosa. Czemu odmówił sobie fajki? Uważał, że po wygranymi starciu smakuje wtedy lepiej. Powiedział swoim żołnierzom, żeby szykowali się na nocną walkę, przekazał na wszelki wypadek porucznikowi Właśniakowi plan ataku na wieś. On miał dowodzić natarciem gdyby Misiowi coś się stało. Wypił jeszcze drugą kawę i poszedł do obozu SAL. Tam został przydzielony do jednego z plutonów szturmowych. Miał on iść w drugiej fazie ataku. Bitwę rozpoczął ostrzał z kilku dział i moździerzy. Misio był nimi zafascynowany i ubolewał, że jego oddział nie ma takiego wsparcia na wyłączność. Ale takie były niedogodności walki partyzanckiej, zwłaszcza jeśli używało się tylko małej kompanii i nie miało do dyspozycji tylu ludzi co SAL. Po kilku minutach plutony ruszyły na wyznaczone pozycje do ataku. I ruszyli ! Misio wystawił swoją głowę zza okopu i widział jak pierwsi żołnierze Sarmackiej Armii Ludowej giną od celnego i dobrze mierzonego ognia maszynowego przeciwnika. Powietrze było kurzu i dymu prochowego. Nadszedł teraz czas na Misia. Miał on poważne wątpliwości co do tego, czy przeżyje ten szturm. Zaraz po wyjściu z okopu zginął dowódca jego plutonu, a że jego następca, młody chłopak z pod Morwieńca nie czuł się zbyt pewnie, Misio przejął dowodzenie plutonem. Postanowił zejść z drogi i przejść kawałek rosnącym obok lasem, żeby mieć choć trochę osłony. Szybko przeskoczyli do sosnowego zagajnika i ruszyli powoli do przodu, niezbyt często ostrzeliwani. Widocznie cała furia scholandzkich obrońców skupiła się na żołnierzach atakujących w otwartym terenie. Po przejściu kilkuset metrów, byli już za pierwszymi liniami okopów wroga i mogli na nich uderzyć od boku. Misio kazał załadować podległym mu SALowcom nowe magazynki i przygotować granaty, po czym zaczęli powoli schodzić ku wsi, starając się żeby wróg ich nie zauważył. Przeciskali się pomiędzy rosnącymi tam rzędami winorośli. Zeszli na skraj winnicy i tam otworzyli swój morderczy ogień. Strzelali wzdłuż okopów i rzucali granatami. Pozwoliło to przygwożdzonym na przeciwko plutonom podnieść się i spróbować podejść kilka metrów, żeby przełamać linie wroga. Misio postanowił uderzyć na pierwszy z brzegu dom. Żołnierze podbiegli do niego i wrzucili do środka kilka granatów. Dwóch czy trzech scholandzkich żołnierzy chciało uciec ze środka, ale wychodząc zgineli od serii karabinowych. Chłopcy z SAL weszli do budynku. Jak się później okazało, dom ten był pod dobrze mierzonym ogniem dwóch cekaemów, które znajdowały się w kościele. Misio musiał się wycofać. Cały atak się nie powiódł, odwrót był na całej linii.
Po powrocie z pola walki okazało się, że pluton dowodzony przez Misia zadał przeciwnikowi największe straty i najgłębiej wgryzł się w obronę przeciwnika. Jednak wobec beznadziejnej sytuacji na pozostałych odcinkach, musieli się wycofać. Misio powiedział później dowództwu SAL, że od razu zrezygnował z ataku otwartym terenem i przekradł się lasem. Przekazał też swoje wątpliwości co do poziomu wyszkolenia dowódców plutonów i ich zastępców. Towarzysze z SAL przyjęli to do wiadomości i poczęstowali Misia papierosem.
Misio wrócił do swojego oddziału spocony i wyczerpany. A czekała go dzisiaj jeszcze jedna walka. Z miejsca gdzie obozowali było widać wieżę kościoła. Misio rozkazał snajperom spróbować ściągnąć cekaemistów, którzy tak celnie kładli ogień na ulice i przedpole wsi. Poprosił też aby SAL położył ogień na kościele i na dworze. Dobrze znał swoją wieś i wiedział jak będą atakować. Miał też jako takie rozeznanie co do pozycji przeciwnika. Musiał się jednak przed atakiem wyspać, co też uczynił...
Sam szturm na Musztardów, "Misiosbanditen" przeprowadzili dość sprawnie i z gracją. Misio zastosował trik z przerzuceniem jednego plutonu na drugą stronę wsi i atak obustronny. Tym razem było nieco trudniej, bo i obrońcy byli dobrze wyszkoleni. Po kilkunastu minutach gwałtownych walk było już po wszystkim. Obrońcy Musztardowa też poniesli pewne straty podczas porannego szturmu SALu i nie bronili się już tak mocno jak rano. Misio zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Podpuścił towarzyszy na poprzedniej naradzie, aby właśnie tak potoczyła się cała bitwa. Chciał, aby duża część obrońców scholandzkich wykrwawiła się podczas pierwszego szturmu, wtedy jego żołnierze mieliby łatwiejsze zadanie do wykonania i chwała zdobywców Musztardowa spłynęłaby właśnie na nich. Podniosłoby to też pozycję Misia wobec dowódców SAL. Sumienie jednak bardzo go gnębiło - szkoda mu było tych młodych chłopaków, którzy zgineli dziś rano...
Konsultacja historyczna dzisiejszego odcinka: - dr hab Kaprynos Stłuczka, Instytut Historyczny SAN - prof. Wenanty Stokrota-Knur, Akademia Unisławowska
Jądro w ciemności vol.11 - "Kronika niezapowiedzianego numerku"
Misio i jego żołnierze szykowali się już do ostatecznego szturmu na Czekany. Czyszczono broń, uzupełniano zaopatrzenie, pisano listy do rodzin, mimo iż nie mogły być one wysłane, każdy starał się coś robić, byle tylko nie myśleć o samej walce. Misio postanowił pisać dziennik, w którym opisywał całe to zamieszanie. Chodził też od żołnierza do żołnierza, pytał o morale i samopoczucie. Odwiedzał też rannych, pytał o ich stan zdrowia. Za każdym razem otrzymywał odpowiedź: "Doskonale, panie kapitanie!" Morale w oddziale było wysokie i Misio zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że służył razem z zawodowcami i osobami oddanymi całkowicie walce o słuszną ideę - o wolną Sarmację.
Plan szturmu na Czekany był zmodyfikowaną przez Misia propozycją ataku, opracowaną przez sztab SAL. Zakładał on, że jeden z batalionów przeprawi się na drugi brzeg Narwi i cała operacją będzie się odbywać po obu stronach rzeki. Główny impet natarcia miał iść od strony Musztardowa, czyli od południa. Tutaj Misio opracował dość ciekawy fortel. Rozpoznanie wykazało, że teren na południe od Czekan jest jedynym miejscem, gdzie można odpowiednio rozwinąć natarcie. Tutaj też Scholandczycy wykopali najwięcej okopów. Była to potrójna linia umocnień ziemnych, z gniazdami cekaemów i zamaskowanymi pozycjami dział. Z przechwyconych raportów wroga, Misio wiedział kto dowodzi obroną Czekan. Miał okazję poznać tego człowieka podczas praktyk w Szkolinie. Pił z nim wódkę - od tamtego czasu nie pije już alkoholu. Dostatecznie wyrobił sobie zdanie o owym oficerze i wiedział jaki on jest. Dlatego opracował sprytny plan. Dwa bataliony piechoty miały o świcie gwałtownie zaatakować pierwszą linię umocnień. Tutaj powodzenie ataku zależało przede wszystkim od szybkości i impetu ataku. Te dwa bataliony musiały za wszelką cenę zająć te wysunięte okopy. Misio zakładał, że Scholandczycy będą próbować kontratakować. Ich pozycje obronne w gruncie rzeczy nie były zbyt głębokie, więc nie mogli ryzykować utraty choćby metra okopów. I tutaj Misio wymyślił podstęp - owe bataliony, które miały uderzać na pierwszą linię umocnień, miały upozorować odwrót, aż do wysuniętych pozycji własnych wojsk. Liczyl na to, że scholandcy obrońcy zaryzykują kontratak. Wtedy to, z ich prawej flanki, z zalesionego terenu miały uderzyć dwa bataliony, których zadaniem było okrążenie kontratakujących wojsk obrońców i odcięcie ich od reszty wsi. Oddziały, które "wycofywały się" wzmocnione teraz o koljene dwa bataliony, miały nagle uderzyć od południa. Tak wzięci w kleszcze obrońcy mieli zostać wystrzelani. Równocześnie, wraz z owym fortelem, jeden z batalionów miał uderzyć na sąsiednim brzegu rzeki i zająć go, a kolejny miał od północnego zachodu uderzyć na samą wieś. Cały plan był śmiały i dość ryzykowny. Jego powodzenie zależało od synchronizacji natarć i od tego, czy Scholandczykom będzie chciało się kontratakować. Jeżeli kontratak nie nastąpiłby, wykonanoby plan B, czyli próbę szturmu na wieś z kilku stron. Kompania Misia miała osłaniać prawą flankę batalionów odcinających obrońcom w okopach drogę do wsi. Jej zadaniem była ochrona przed możliwymi kontratakami z samych Czekan.
Pod wieczór, dzień przed atakiem, kapitan Misio i porucznik Właśniak siedzieli w okopie, w punkcie obserwacyjnym i lornetkami obserwowali wieś Czekany. - Jak myślicie Właśniak, powiedzie się nasz plan? - Jest ambitny ale realny. Myślę, że nam się uda. Nie wiem, czy pan kapitan zauważył, ale pałac wydaje się nie obsadzony... - Taaak, wiem... Pewno stary Czekański załatwił sobie kwit, żeby żołnierze nie zajmowali pałacu... Właśnie Krzyśku... Jak jesteśmy sami to mów mi Misio... Ale nigdy przy żołnierzach - wiadomo, powaga stopnia... - Dobrze... Misiu... Śmieszne to trochę - roześmiał się Właśniak. - Wiem, ale co zrobić? Taką mam ksywkę, nie poradzę na to... - z uśmiechem na twarzy odpowiedział mu Misio i zapalił papierosa - Cóż, nie zmienia to faktu, że jutro mamy ciężki dzień... - Taak... Chodźmy spać, lepiej być świeżym z rana... - Dobry pomysł.
Plan może i był Misia, ale Misio całą operacją nie dowodził. Robił to tow. Żenada, oddelegowany ze sztabu SAL. Przybył tylko on, jako iż Sarmacka Armia Ludowa nacierała już na innym odcinku frontu. Misio dowodził tylko swoją kompanią. "Misiosbanditen" zajęli swoje pozycje wypadowe około godziny 5 nad ranem. Pomalowani w barwy ochronne, skupieni i z bronią w ręku wyglądali dość malowniczo. Mieli czekać na zieloną racę, sygnał do szybkiego ataku na wieś. Misio nie obserwował co działo się na polu bitwy, wolał się nie denerwować. Spokojnie czekał na zieloną racę i obserwował teren, szukając jak najlepszej drogi do ataku. Gdyby plan z fortelem się nie udał, wystrzelonoby wtedy czerwoną racę i miał się rozpocząć zwykły szturm na wieś. Misio i tak atakowałby wtedy tą samą trasą. O godzinie 4.55 rozpoczął się silny ostrzał artyleryjski scholandzkich pozycji obronnych. Miał potrwać dokładnie 15 minut, po nim od razu miał rozpocząc się szybki atak na pierwszą linię okopów. Misio sprawdzał to z zegarkiem w ręku. Był pod wrażeniem, gdy co do sekundy, po kwadransie ostrzał ucichł. Rozpoczynające się natarcie Misio rozpoznał po wzmożonym ostrzale z broni maszynowej i wybuchach granatów. Ci żołnierze mieli maksymalnie godznię na zdobycie okopów i rozpoczęcie pozorowanego odwrotu. Kontruderzenie wroga miałobyć oznajmione graniem trąbki - taka ciekawa odmiana na dzisiejszym polu walki. Chłopaki z pierwszego rzutu uwinęli się w 30 minut, po czym, po 5 minutach, trąbka zaczęła grać. Misio wypatrywał teraz na niebie zielonej racy. Po 10 minutach zielony punkcik ukazał się oczom gotowych do walki żołnierzy. Była godzina 5.55 gdy ruszali do ataku.
Misio ze swoim tommygunem w rękach biegł na czele kompanii. Moździerze wcześniej postawiły zasłonę dymną, dlatego dookoła pokazała się biała mgła. Misio mógł jednak zobaczyć, jak cienie żołnierzy SALu również biegną w stronę linii wroga. Natomiast jego wojacy byli o krok za nim. Misio postanowił uderzyć pomiędzy dwoma domami, potem przez trawnik pałacowy aż do budynku zajazdu. Biegli zatem co sił w nogach. Misio, sapiąc ciężko, wpadł do pierwszego z domów. Zdążył tylko kątem oka zobaczyć scholandzkiego żołnierza. Szybko odwrócił się i powalił go na nogi szybką serią z karabinu. Od razu kilku innych, którzy zapewne byli w tym budynku, chciało posłać Misia do krainy wiecznych łowów. Ale ten, jako i nie był w ciemię bity, uciekł co sił w nogach do pokoju obok. Tam wbiegając zastrzelił jednego wrogiego frajtra i biegł dalej. Dotarł do schodów które prowadziły na górę. Słyszał już, że inni żołnierze biegną za nim. Poczekał chwilę aby zobaczyć, czy jakiś scholandzki żołnierz nie ma zamiaru zejść na dół. Nie musiał długo czekać, jego ofiara nawet nie zdążyła zobaczyć Misia, gdy ten strzelił jej serie po nogach, a gdy upadała wpakował jej jeszcze kilka ołowianych kulek w kręgosłup i w głowę. Misio ostrożnie zaczął wchodzić po schodach. Były to klatka schodowa, w której pierwszy ciąg schodów kończył się jakby platformą, na której schody zakręcały o 180 stopni i biegły dalej, do góry. Misio wspinał się z karabinem w jednej i z granatem w drugiej ręce. Gdy był na owej platformie, zauważył kilku Scholandczyków na pierwszym piętrze. Nie było czasu na reakcję, od razu rzucił granat i padł na schody. Trzech zginęło natychmiast, jednak dwóch nadal wykazywało chęć walki. Tutaj Misio musiał użyć drugiego granatu. To podziałało, dziwił się też, czemu jego przeciwnicy sami nie użyli takiej samej broni co Misio. Mogliby go wtedy łatwo i szybko wyeliminować. No ale nie było czasu na rozmyślania. - Dawać tu ceakemy ! Szybko ! - wydał rozkaz Misio. Domy te miały dobry widok na teren dalszego natarcia. W budynku obok walka była nie mniej zacięta, ale i tam żołnierze Misia dali sobie radę. Należało uderzać dalej.
Poraz kolejny Misio prowadził swoją kompanię. Kiedy część zołnierzy wyszła już z budynków, podzielił ich na 3 plutony. Zależało mu na prędkości, musieli szybko dotrzeć do zajazdu. Tam jego żołnierze znaleźliby osłonę przed ogniem wroga, dodatkowo mieli przecież też wsparcie w postaci batalionu SAL atakującego wzdłuż drogi. Ruszyli co sił w nogach. Siali śmierć i zniszczenie w szeregach wroga. Okazało się, że na trawniku przed pałacem wykopano okopy, jednak sam pałac był nieobsadzony. Na widok wściekle biegnących żołnierzy Misia, kilkunastu scholandzkich żołnierzy próbowało uciekać. Ginęli jednak oni szybko od karabinowych kul. Misio dobiegał już do pierwszych okopów. Jak sie okazało, była to cała sieć umocnień, gdzie umieszczono artylerię obrońców. Misio rzucił granat i dosłownie wpadł do okopu. Tam zastrzelił szybkim strzałem jednego z obrońców i wymienił magazynek. Ruszył dalej okopami prowadząc część żołnierzy ze swojego oddziału. Reszta uderzała w drugą stronę - nimi przewodził porucznik Właśniak. Misio chciał oczyścić linię okopów, tak że na końcu mieli się spotkać z drugą grupą z własnego oddziału. Ruszył więc biegiem, kosząc obrońców swoim tommygunem. Gdy dotarł do pozycji pierwszego z dział, zatrzymał się. Poczekał na resztę swoich chłopaków, gdyż skończyły mu się granaty. Pożyczył więc jednego od pewnego szeregowca. Rzucił go i krzyknął: "Za mną !" Na obsługę działa posypał się grad kul i "Misiosbanditen" pobiegli dalej - nikt z artylerzystów nie przeżył. Przy drugim dziale nie mieli towarzystwa obrońców, widocznie ci uciekli w drugą stronę, w objęcia Właśniaka. Zanim się z nim spotkali, Misio zdążył zastrzelić jeszcze kilku.
Musieli odpocząć chociaż chwilkę. Byli zmachani i zdyszani, pot lał się z nich obficie. Misio miał teraz czas, aby rozeznać się w sytuacji. A przedstawiała się ona następująco - most na Narwi był wysadzony, widocznie część obrońców przedostała się na drugi brzeg, ale tam wpadli w objęcia batalionu nacierającego po drugiej stronie. Wzdłuż drogi, SALowcy zdobywali stojące tam domy i nieubłaganie parli ku remizie. Byli przy tym ostrzeliwani zajadle z zajazdu. Misio dał swoim żołnierzom 5 minut odpoczynku, po czym ruszyli...
Dotarli dość szybko, zabijając przy tym kilku żołnierzy wroga, którzy mieli pecha znaleźć się na ich drodze. Dopadli do budynku zajazdu. Na dole, z tego co pamiętał Misio, była duża sala, natomiast na górze - pokoje gościnne. To z góry był najsilniejszy ostrzał karabinowy, ale żeby się tam dostać należało się tam dostać. Misio zaryzykował wejście przez taras nad rzeką. Mieli szczęście, bo na stronę rzeki były tylko niewielkie okienka, umieszczone dość wysoko. Przez nie Misio widział, że na dużej sali było około 20 żołnierzy wroga. Kilku żołnierzy z pistoletami maszynowymi wspięło się do tych okienek, wybili szyby i rozpoczęli morderczy deszcz ołowiu. Była to krwawa łaźnia, Misio dziwił się, że ktoś przeżył. Zanim weszli do środka profilaktycznie wrzucili na salę kilka granatów, po czym wyważli drzwi i wbiegli do zajazdu. Misio chciał teraz wykończyć tych, co znajdowali się na górze. Obrońców recepcji załatwili kilkoma granatami. Wbiegli po nie bronionych schodach na górę. Wzdłuż pokojów biegł długi korytarz, od którego odchodził drzwi do poszczególnych kwater. Musieli to zrobić szybko. Kilku żołnierzy wzięło od pozostałych granaty i wykonali brudną robotę. Podeszli powoli do pierwszej pary drzwi, otworzyli je i wrzucili parę granatów do każdego z pokoi. Kolejni żołnierze podeszli do nich, otworzyli je i ostrzelali z pistoletów maszynowych. Powtórzyli to kilka razy, dopóki nie oczyszczono góry z nieprzyjaciela. Misio wbiegł potem do jednego z pokoi i zlustrował sytuację ogólną...
A wyglądała ona tak - domy i remizę oczysczono, obrońców na południu wycięto, a ci na drugim brzegu poddali się. Czekany zostały zdobyte. Misio sprawdził straty w swojej kompanii. Podczas ataku zgięło 15 jego żołnierzy, a 21 było rannych. Ale były to konieczne ofiary, które musiały zaistnieć w takiej sytuacji. Misio był jednak szczęśliwy, że jego plan się powiódł, a Czekany zostały zdobyte. Zmęczony, z twarzą umazaną od potu, kurzu i kamuflażu wyszedł powoli z zajazdu. Zdjął hełm a broń zwisała mu na ramieniu. Znalazł jakąś skrzynię, obrócił ją i usiadł na niej. Z zapylonego mudnuru wyciągnął wymiętą paczkę papierosów. Wziął do ust jednego, odpalił i głęboko nim zaciągnął. Tak, to była ta chwila na jaką czekał od początku dnia. Chętnie wyciągnąłby się i poopalał, ale jakoś tak nie dało się tego zrobić na tej niewygodnej skrzyni. - No no... Niezła robota kapitanie... - odezwał się głos zza pleców Misia. Znał go, wydawało mu się że to... - Olka?! A co ty tu robisz? - Misiowi z wrażenia papieros upadł na ziemię - Myślałem, żeś martwa... - Przeżyłam. Ty po tym ciosie w twarz straciłeś przytomność, a mnie zaprowadzili do innego pokoju. Nazajutrz wsadzili mnie do ciężarówki i gdzieś wywieźli. Jechałam tak może ze sześć godzin, ale coś poszło im nie tak, bo wpadli w zasadzkę SALu. No to przyłączyłam się do nich, a że miałam praktykę w wywiadzie to zostałam oficerem łącznościowym. A uratował mnie pewien pan porucznik (tu zarumieniła się) z którym jestem zaręczona. Nazywa się Bałdyk, może go znasz... - Tak znam... No cóż... Życzę Ci szczęścia na nowej drodze życia, chociaż twój wybranek jest cokolwiek grubiański... No ale miłość nie wybiera... - mówił lekko zawiedzionym tonem Misio. Nastała chwila ciszy, podczas której patrzyli sobie w oczy. Pierwszy odezwał się Misio. - Odchodzę słońce, rzucam to wszystko w cholerę. Mam już dość, czuję się zmęczony... Wracam do Musztardowa, ale z mojego rodzinnego dworku to raczej niewiele zostało, bo sam kazałem na nim położyć ogień moździerzowy... Takie życie... Walczę już bez przerwy ponad rok, w zasadzie to półtora. Mam prawo być zmęczony... Jakbyś kiedyś zajrzała do mnie, wraz ze swoim mężem, byłoby mi miło... Nic tu po mnie... Idę złożyć raport, potem się pożegnam z kompanią i wracam do Musztardowa... Może ktoś pożyczy mi rower. No nie ważne z resztą. To do widzenia Olu, niech Bóg da Ci szczęścia w życiu... - Misio wstał, wziął swój sprzęt i począł kierować się w stronę sztabu. - Czekaj ! - krzyknęła Olka. Podbiegła do niego i rzuciła mu się w ramiona. Stali tak przytuleni ze 3 minuty, po czym pocałowała go w polik. - Uważaj na siebię... - Będę... Może...
Jądro w ciemności vol. 12 - "A u was biją Murzynów, czyli przepraszam czy to Mława?"
Po prawie miesięcznej przerwie Misio powraca ! A wraz z nim kolejne przygody nieustraszonego bojownika o wolność waszą i jego. Tytuł odcinka to "A u was biją Murzynów, czyli przepraszam czy to Mława?"
Był to ciepły maj 1947 roku. Misio już dawno odłożył broń i powrócił do zwykłego życia. Odbudował swój dom, który został defacto zniszczony przez niego samego. Tak tak, było to podczas szturmu Musztardowa. Misio kazał położyć ogień artyleryjski na dwór, który był własnością jego rodziny. Ironia losu...
Ponieważ jego rodzice nie żyli, był on ostatnim przedstawicielem swojego rodu na Ziemi. Wszystkie posiadłości rodzinne przeszły na niego. Pola które przypadły mu w spadku Misio sprzedał lub rozdał - nie miał zamiaru powracać do rolniczego życia. Dwór zaś był wystarczająco duży, aby założyć w nim pensjonat. Wielu ludzi wracając z wygnania do Czekan lub Grodziska zatrzymywała się na noc u niego. Dużych pieniędzy z tego nie było, ale wystarczało na przeżycie. Misio zakładał, że kiedy już wyjdzie na prostą to zostanie nauczycielem historii w wiejskiej szkole. Wszkaże był to jego wyuczony zawód i z uzyskanej wiedzy warto byłoby skorzystać.
Misio otrzymywał też rentę powojenną, od SAL i KSZ jednocześnie. Po zakończeniu konfliktu został awansowany do stopnia pułkownika KSZ i przeniesiony do rezerwy, oraz otrzymał stopień SALowskiego porucznika. Nie były to wielkie pieniądze, ale wystarczyły na odbudowę dworu i rozpędzenie interesu.
Cała ta sielanka skończyła się właśnie w maju 1947 roku. Do drzwi pensjonatu zapukało dwóch smutnych panów. Byli ubrani w popielate prochowce, mieli na głowach ciemne kapelusze, można było z daleka rozpoznać, że to tajniacy. Misio otworzył drzwi: - Dzień dobry panom ! W czym mogę służyć? - zapytał na przywitanie. - Pułkownik Meisnerowicz Jan? - zapytał jeden z dwóch smutnych gości. Misio wiedział, że będą problemy. Od dawna nikt tak się nie zwracał do niego. - Tak, słucham? - rzucił poddenerwowany Misio. W głowie obmyślał już plan jakby się pozbyć dwóch tajniaków. - Otóż Prokuratura Wojskowa w Grodzisku wydała nakaz aresztowania Pana pod zaruztem kolaboracji, szpiegostwa i zdrady stanu. Przyszliśmy po Was. Misio zdębiał. On, bohater wojenny, odznaczony i awansowany przez samego Księcia, jest niby zdrajcą i szpiegiem? - Dobrze Panowie. Spodziewałem się tego. Wejdźcie, a ja wezmę swoją walizkę i pojedziemy. Tajniacy skorzystali z uprzejmego zaproszenia i weszli. Rozgościli się w salonie i zapalili papierosy. Misio zaś poszedł do swojego pokoju. Początkowo był zaskoczony, teraz jednak gniew uderzył mu do głowy. Odnalazł swojego tommyguna, sprawdził magazynek i wziął sprawiedliwość w swoje ręce. Tajniacy nie zdążyli nawet zareagować. Seria posłała ich do wieczności. Misio stał się teraz banitą, renegatem wyjętym z pod prawa. Poraz kolejny w swoim życiu musiał się kryć i uciekać. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy to swojego plecaka. Ubrał się odpowiednio, wziął hełm, amunicję i broń. Był gotowy do drogi. Zanim wyruszył wyrzucił lokatorów z pensjonatu, po czym używając benzyny puścił z dymem cały dworek. Postanowił uciec na południe, do komunistów.
Misio dotarł do Sarmackiej Republiki Socjalistycznej po dwóch tygodniach marszu. Przemierzał lasy, pola, wielokrotnie krył się przed żandarmami. Nie wiedział, czy ktoś go ściga, czy nie. Był teraz teoretycznie w innym kraju, jednak nadal była to Sarmacja. Jako porucznik SAL-u czuł się tu bezpiecznie. Postanowił pójść do delegatury komunistycznej armii w pierwszej lepszej wsi. Trafił do miejscowości Klepków. Tamtejsza siedziba oddziału SAL-u mieściła się na dawnej plebani. Misio wyglądał dość egzotycznie w swoim leśnym mundurze i hełmie. Wzbudził pewien popłoch wśród wieśniaków, gdy pojawił się na głównej drodze we wsi. On jednak nie myślał o tym specjalnie...
Biuro komendanta było urządzone w stylu socrealistycznym. Na ścianach wisiały portrety Lenina, Wandy i innych komunistycznych "świętych". Misio okazał papiery poświadczające, iż jest on porucznikiem SAL-u. Komendant, starszy łysy pan, który do szczupłych nie należał, wytężył wzrok czytając dokumenty. Po chwili wyciągnął okulary i na głos zaczął czytać. Gdy skończył spojrzał na Misia z wyrazem wyższości: - No wiecie... Prawo się zmieniło od czasu wojny... Zaraz zadzwonię gdzie trzeba i sprawdzimy, czy jesteście tym za kogo się podajecie, towarzyszu. - Oczywiście, to nie jest żaden problem - odparł przyjacielsko Misio. Gruby komendant wykonał telefon, a w zasadzie kilka. Po ok. 15 minutach dzwonienia wszystko było już jasnę. - Towarzysz Meisnerowicz Jan, jak mniemam? - zapytał oschłym tonem oficer. - Tak. We własnej osobie - odpowiedział mu Misio. Wiedział, że znów będą kłopoty. - Cóż towarzyszu... Nie powiedzieliście nam, że jesteście też pułkownikiem faszystowskiej Książęcej Siły Zbrojnej. Ponadto przed wojną byliście ponoć obszarnikiem. - Słucham?! No to jest kurwa nonsens jakiś ! - Tak jest w papierach... Cóż towarzyszu... Według naszego prawa jesteście wrogiem ludu. Ale w zamian za zasługi położone we wspólnej walce z okupantem pozwolimy bezpiecznie opuścić kraj. Baridas? - Absurd panie, absurd... Pan żartuje prawda?! - Nie. Mówię całkiem poważnie towarzyszu... - Jaa pierdole...
Misio chciał wyć z rozpaczy. Jego ukochana ojczyzna wypięła się na niego... To nie tak miało wyglądać...