Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady” | POMF

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Mandragor Khand - Jutrzenka

* * *

Przedwojenna Sarmacja pełna była: anarchistów, adwokatów, akwizytorów, arystokratów, buchalterów, burżujów, cyklistów, chłopów-rojalistów, drobnych rzemieślników, ekonomów, finansistów, graczy giełdowych, hazardzistów, inteligentów, imperialistów, junkrów, kapitalistów, księży, liberałów, łososiożerców, magistrów, monarchistów, masonów, ministrów, ministantów, neokonserwatystów, notariuszy, obszarników, oportunistów, prywatnych przedsiębiorców, profesorów, rabinów, rentierów, rewizjonistów, specjalistów od marketingu, sobiepanów, szlachty, turystów, ultrakatolików, utracjuszy, windykatorów, znachorów, żurnalistów... słowem pełna była wszelkiego najbardziej reakcyjnego elementu antyludowego.

Słońce (zupełnie nie przejęte tą imperialistyczną zgrają pasożytów) wstało nad Grodziskiem. Promieniem porannym łaskawie obdarzyło wszelkie dzieło Świeckiego Kreatora Świata.

- Obdarzyło? Skandal! - pomyślał piesek scholandzki zwyczajem swym czmychający szybciutko z przedmiejskiego folwarku barona Wieńsko.

Futerko gryzonia straciło neutralną szarość. Teraz przybrawszy czarno-złote barwy (układające się odwiecznym zwyczajem w kształt szachownicy) zdradzało intruza trzymającego w pyszczku cenną zdobycz – tłustego indyka tropicańskiego, przeznaczonego pierwotnie na Książęcy Stół. Noc, której chytry zwierzak był bezspornym władcą dobiegła końca. Dzień skazywał ssaka na bezproduktywną wegetację w ukrytej na rogatkach norce.

Siostra przełożona Zakonu Cygaretek przeklnęła po trzykroć poranek. Lodowaty podmuch kościelnego powietrza, mając sobie za nic cienki lniany habit, otulił (młode jeszcze) ciało służebnicy kościoła. Beznamiętny dotyk zimna niczym nie przypominał niedawnych rozkoszy. Muskularny ogrodnik doskonale wywiązał się ze swych obowiązków z opactwie. Myśl o wiejskim chłopcu sprawiła, że siostrę przeszedł (tym razem gorący) dreszcz. Przeklęte dzwony wybiły jutrznię, jak co noc, o wiele za wcześnie.

Kostki bruku pełne obaw powitały świt. Dzień - początek nieprzebranego potopu intruzów. Automobil narusza godność ulicy. Bruk bruka brudny but buchaltera. Bose stopy robotnika wyciskają piętno na Szkolińskim Przedmieściu. I tak aż do zmierzchu. Elity i motłoch. Witryny z sukniami po tysiąc libertów, obok dzieci pozbawione opieki dentystycznej. Arystokrata karmiący wierzchowca cukrem - cukier po libert czterdzieści. Drogie restauracje i porzucone resztki z pożądaniem pożerane przez bezdomnych. Zapach dreamlandzkich perfum zmieszany w idealną całość z fetorem rynsztoka. Dźwięki hymnu Czadu współgrające z kapelą zza Narwi... Kostki bruku pełne obaw powitały świt!

Blask nieśmiało zapukał do malutkiego okienka kamienicy czynszowej. Nieśmiało, bo lukarna ukryta gdzieś na poddaszu straszyła brudem, zaciekami podłej cieczy, mieszaniny wody i dymów fabrycznych. Promień przecisnął się przez industrialną barierę i zaświecił prosto w oczy mężczyzny.

Janusz Żenada szybko zerwał się ze słomianego posłania. Włożył na siebie siedlisko pcheł ociekające lepkim potem, które w latach świetności nazywane było uniformem fabrycznym.

Zjadł śniadanie. Czerstwy chleb. Dwa ugotowane ziemniaki. Gruby plaster żółtego sera. Ser był wyśmienity.

Ta barwa! Złoto tak szczere, że nie powstydziłby się go nawet bajecznie bogaty sułtan Precelkhandy. Ten sam, o którym wieści kumoszek z Athos niosą, że jada wyłącznie na talerzach lśniących drogimi kamieniami, używa kąpieli w winnickim szampanie, żony z haremu obdarza strojami ekorzyńskich projektantów a zagranicznych gości potrafi (ot tak, proszę jaśnie pana) obsypać dwoma tuzinami i jednym talarem, z których każdy wart jest nie mniej niż dziesięć procent z tysiąca libertów.

Ser. Prawdziwy skarb. Janusz zdobył trzydzieści deko wczoraj na Starym Mieście. Całkiem darmo (a w sklepie kosztuje dziewiętnaście pinów za kilogram).

Szedł ulicą. Ujrzał zbiorowisko ludzi. Weseli, ubrani w mundury. Pewnie ci od hetmana. Już on takich zna. Spiją go, a rano obudzi się (jako ochotnik) na pokładzie pancernika Kefas - kurs Internetia. Brak biało-czerwono-niebieskich barw. To nie wojsko. Przyjazny transparent: 'Pracy i chleba'. Kilka kroków bliżej - sztandar czerwony. Janusz z trudem wydukał: 'Wszechsarmacka Komunistyczna Partia (bolszewików)'. Kobieta o rysach Łotysza, studentka, pewnie zza granicy, wręczyła ulotkę. Poklepała po ramieniu.

- Jestem z Wami towarzyszu. Głodni pewnie jesteście. Poczęstujcie się grochówką.. Nie mamy dużo ale tym co mamy dzielimy się. Tak każe Wanda. Weźcie sobie mleka, sera. Wziął. Ser był wyśmienity.

* * *

Srebrna taca księcia Sarmacji rozbiła się z hukiem o drzwi. Kryształowy kielich z resztkami whisky roztrzaskał się o złotą klamkę. Kawior ociekał powoli po drewnie mieszając się z łososiem. Nie lepiej miały się: parmeńska szynka, awokado, ananas, jaja kukuła inkaskiego, deserowy marcepan i oliwki.

- Do stu tysięcy wielkich elektroników - książę zaklnął szpetnie - zapomniałem wyzerować Syriusza!

* * *

Janusz, tego dnia pracował szesnaście godzin. Dokręcał śruby w samochodach marki Innuendo.

Produkcja seryjna. Model Khand-126 palił dużo. Silnik (nie wiedzieć czemu umieszczony w bagażniku) szwankował po przejechaniu raptem pięciu tysięcy mil wirtualnych. Cena wcale nie najniższa. Mimo to automobil schodził jak świeże bułeczki. Ostatnio dodano w podstawowym wyposażeniu koło zapasowe. Konkurencja wyśmiała ten pomysł. 'Piąte koło u wozu&' - drwili. A jednak znów strzał w dziesiątkę! Klienci uwielbiali Innuendo. Jedna wariatka kazała nawet przenieść silnik Precelika do bagażnika swojej limuzyny.

Janusz Żenada zakończył pracę. Zmęczony, odebrał tygodniową wypłatę. Libert dwadzieścia pięć. Kamienicznik ściągnie z tego trzy ćwierćlibertówki. Za pięćdziesiąt pinów Janusz z trudem zwiąże koniec z końcem.

* * *

Pytany po latach, czemu tam się znalazł, Żenada odpowiada bez zastanowienia, po żołniersku: - To Duch Świecki. - Janek od rana był zupełnie nie sobą - relacjonuje Jan Borys, robotnik fabryki Innuendo - Szliśmy z chłopakami na drugą zmianę... prawda... Patrzymy Janek taki zamyślony czy coś... wyjął taką ulotkę tego... kapeesu co to ją dostał dzień wcześniej, że spotkanie jakieś czy coś. Mówi... prawda... że po robocie tam pójdzie czy coś... no i poszedł zdaje się. To... od razu było widać, że coś z tego będzie. A potem my wszyskie chłopaki na fabryce takie dumne czy coś, że on taki sławny, że poseł do tej rady książęcej... prawda... że bohater ludu.

- Powiedział mi: „Marysiu idę wieczorem na spotkanie. Wiem, że tak trzeba” – wspomina Maria Krochmal (w latach 1927-1931 pracownik Korporacji Innuendo, od 1929 działaczka KPS, kurier Sarmackiej Armii Ludowej w latach 1941-1944, w latach 1945-1956 kwiaton Churału Ludowego Sarmackiej Republiki Ludowej) - Janusz był zawsze szarmancki, ułożony, grzeczny. Tego dnia aż promieniował wewnętrzną radością. Jakby nam wszystkim chciał wykrzyczeć: 'Nadchodzi wolność! Ludu zrzuć kajdany! Koniec z wyzyskiem! Socjalizm albo śmierć!'.

* * *

Wanda miał zjawić się o dziewiątej wieczorem. Komuniści przepełnieni Duchem Wszechczasu gromadzili się w lokalu KPS już od kilku godzin.

Przestronna, mroczna, pełna papierosowego dymu sala na co dzień pełniła funkcję karczmy. Zresztą także teraz większość obecnych nie była bolszewikami. Kilku robotników sączyło piwo po pracy. Panienki lekkich obyczajów (z których każda uważała się za aktorkę, piosenkarkę a w najgorszym wypadku za artystkę) wyszukiwały wzrokiem sponsora ich (aktorskiej, piosenkarskiej a w najgorszym wypadku artystycznej) kariery. Kelnerki biegały z tacami uginającymi się pod ciężarem podłych alkoholi. Bramkarze wyrzucili od czasu do czasu pijanego kloszarda. Typowy Grodzisk lat dwudziestych!

Obecność bolszewików zdradzała jedynie rozstawiona, prowizoryczna scena przybrana w czerwone barwy.

Właścicielem karczmy był baron Bonawentura Winnicki. Bajecznie bogaty. Cóż z tego, skoro dorobił się na szmuglerce ze Scholandii w latach prohibicji. Pierwszy lepszy rodowy szlachcic bez liberta w kieszeni, który kłaniał się w pas Winnickiemu (kiedy przyszło pożyczać pieniądze) w głębi duszy pamiętał, że dziadek barona odrabiał pańszczyznę pod batem jaśniepana.

Winnicki zjawił się w karczmie. Nie lubił bolszewików. Brzydził się nimi. Kochał za to doglądać interesu a zebranie KPS przyciągało z tygodnia na tydzień coraz więcej gości - ubogich ale skłonnych oddać ostatni pin baronowi w zamian za kefasolitr zjełczałego piwa. Bonawentura zasiadł w loży (na uboczu). Towarzyszyła mu młoda gwiazda kina niemego. Atrakcyjna ale zapomniana nieco, odkąd weszły filmy z dźwiękiem. Winnicki obejmował dziewczynę prawą ręką dość jednoznacznie. Lewą dłonią masował udo dwudziestokilkuletniego chłopca. W trójkę bawili się doskonale.

- Komuniści to żadne zagrożenie - Winnicki uśmiechnął się do aktorki - to tylko nieznośni marzyciele, których z łatwością da się ukrócić. Pamiętasz jak było w suodowacami. Stępowicz wszedł do rady książęcej, dostał dobrze płatną posadę i Tir na Drog odwidział mu się z dnia na dzień.

- Wanda jest mocno przystojny - gwiazdka zatrzepotała rzęskami.

- Boni - odparł młodzieniec patrząc prosto w oczy barona zupełnie ignorując aktorkę - masz trochę racji, co innego krzyczeć na wiecu a co innego zasiąść w ławach rządowych... ale widzisz, bolszewicy to jednak co innego. Słyszałem, że ten ich Wanda, to człowiek w pełni oddany sprawie, prawdziwy ideowiec. Mówiłem ci, że moja kuzynka miała wesele. Mąż w KPS, więc zjawił się Przepżechowicz. Impreza przednia. Goście pili na umór. Zabrakło wódki. Pan młody przerażony. Co to za wesele, na którym brak alkoholu. Udaje się więc po radę do Wandy. Przepżechowicz spokojnie każe mu postawić na stole butelki z wodą mineralną. Pan młody posłusznie wykonuje polecenie. Przepżechowicz wstaje. Zaczyna przemawiać do gości. Z jego słów bije niesamowity blask. Wyobraźcie sobie, że w pięć minut przekonuje stu pięćdziesięciu pijanych biesiadników o szkodliwości spożywania alkoholu. Wesele trwa do rana. Klimat niesamowity.

- A słyszałeś co zrobił tym ze skarbówki...? - opowiadanie wyraźnie zaciekawiło aktorkę - Wanda przemawiał na spotkaniu naszych związków zawodowych w Coyaba Pictures. Ktoś musiał donieść bo przyjechał czarny, rządowy Fenix z którego wyszło czterech drabów w dobrze skrojonych garniturach. Pytają się Wandy czy jego zdaniem należy płacić podatki. Tako rzecze Wanda: 'Przewrotność wasza jest jak wąż wyzysku. Dajcie mi banknot dziesięciolibertowy'. Dali. Przepżechowicz wręczył w zamian cztery bilety na mecz piłki wirtualnej. 'Zaprawdę powiadam wam', dodał, 'Idźcie na mecz i nie grzeszcie już więcej przeciw Ludowi. Zwróćcie uwagę także na V- Semiego bo sławne będzie jego imię'. Urzędnicy skorzystali z okazji bo bilety kosztowały u koników o wiele drożej.

* * *

Janusz Żenada pełen nadziei przekroczył próg lokalu Komunistycznej Partii Sarmacji.

* * *

- W trójkę zwiedzimy każdy zakątek Leblandii - rozmarzony Winnicki dawno już zapomniał o politycznej dyspucie - Te niesamowite zachody słońca, stada kukułów inkaskich latające nad sawanną, bawół baridajski z impetem gnający przez bezdroża, powietrze przepełnione symfonią zapachów...

Baron podniósł kieliszek szampana wznosząc toast:

- Za Leblandię

- Za Leblandię - odpowiedzieli radośnie.

* * *

Na podium zjawił się postawny mężczyzna. Zenon Przepżechowicz. Wanda.

Postać Jego górowała nad Grodziskiem. On - Posąg Wszechczasu, którego imię zostanie zapamiętane przez pokolenia pokoleń przemawiał nie do tłumu, nie do motłochu jak Książę - lecz z ojcowską czułością do każdego z obecnych z osobna.

- Miałem sen - rozpoczął - Ujrzałem osadę Acjo skrytą w gąszczu historii. Pramatka sarmackich grodów tętniła życiem. Rolnik dzielił się plonami ziemi z drwalem, który dostarczał mu co rok drewna. Hodowca owiec z chęcią oddawał wełnę korzystając z hojności pozostałych mieszkańców. Rybak pozwalał cieszyć się wszystkim codziennymi połowami. Starożytni Acyjczycy sprawiedliwie wymieniali się owocami swej pracy. Byli szczęśliwi.

- Pewnego dnia - twarz Wandy przybrała wyraz zaniepokojenia i troski - do osady na czarnym, wychudłym koniu (niczym śmierć przybywa do starców) wjechał mężczyzna. I jak zaraza usidla ciała, tak on zdobył panowanie nad duszami acyjczyków. A imię jego było Kapitalista.

Towarzysz Przepżechowicz zrobił pauzę by po chwili kontynuować:

- 'Staruszko czym się zajmujesz?' - zapytał Kapitalista przewrotnie. A kiedy usłyszał odpowiedź, natychmiast dodał - 'Po cóż masz trudzić się, by kupić buty na zimę? Przecież szewc, który sam ma własny drób nie chce jajek twoich kur. Musisz więc iść do drwala i kupić drewno, a za drewno nabyć upragnione trzewiki'. Przyznała mu rację. Przemawiał więc do wszystkich, tłumacząc jakie niedostatki wynikają z wymiany towaru za towar. Usłyszawszy to acyjczycy prosili o radę. Kapitalista pokazał im bezwartościowe kawałki papieru. Nazwał je banknotami. Namówił mieszkańców Acjo by oddali mu wszelkie produkty a w zamian otrzymali pieniądze. Teraz w każdej chwili mieli wymieniać u niego banknoty na potrzebne produkty.

Każdy poczuł, że wzrok Wandy skrzyżował się z jego wzrokiem. Przepżechowicz przyciszył głos:

- Nadeszła noc. Rano mieszkańcy Atos zbudzili się. Szukali Kapitalisty ale nie było po nim śladu, podobnie jak po owocach ich wielomiesięcznej pracy. Pozostały bezwartościowe świstki papieru.

* * *

Spotkanie KPS zakończyło się sukcesem. Tłum wiwatował na cześć Wandy. 'Śmierć kapitalistom' - dało się słyszeć - Obalmy monarchofaszystowski rezim Księcia - Towarzysz Przepżechowicz wiedział, że każdy z obecnych odtąd wiernie będzie walczył u jego boku. O Pokój v-światowy. O równość. O socjalizm.

- Nadal uważasz, że możecie ich ukrócić? - zapytał z przerażeniem kochanek Bonawentury Winnickiego.

Baron z pogardą machnął ręką.

* * *

Życie Janusza Żenady odmieniło się.

* * *

Słońce (przepełnione Duchem Wszechczasu) wstało nad Grodziskiem. Promieniem porannym łaskawie obdarzyło wszelkie dzieło Świeckiego Kreatora Świata.

Piesek scholandzki z radością przeżuwał ostatnie kęsy sytego jak nigdy indyka.

Młoda kobieta w rozpuszczonych włosach pełna uwielbienia całowała swojego mężczyznę. Jej pożądliwy wzrok zdawał się zaprzeczać, że jeszcze wczoraj była przełożoną Zakonu Sióstr Cygaretek. Wybrała miłość zamiast nienawiści. Nie wiedziała, że za kilkadziesiąt lat wraz z markizem Kowalczykowskim, późniejszym Ojcem Świeckim Sami Urbanem I założy odbuduje Zgromadzenie w duchu wandejskim.

Kostki bruku pełne nadziei powitały Jutrzenkę Postępu.