Mandragorat Wandystanu | SKOK „Żenady” | POMF

ZAREJESTRUJ SIĘ! | Zaloguj

Damian Konieczny - Mirabile dictu całość

Rozdział 1

MIRABILE DICTU*

Grodzisk AD 2004, wiosna.

Upalny poranek. Dzień jak każdy inny, a jednak zupełnie wyjątkowy. Zwyczajny, tak jak codzienny fetor unoszący się nad Starą Hutą. Czy któryś z was, Panowie szlachta, geszefciarze, politykierzy, ruszył kiedyś swój tłusty brzuch z luksusowego centrum, zabytkowego starego miasta czy nowoczesnego śródmieścia? Czy przekroczyłeś dostojny ambasadorze rzekę, eufemistycznie zwaną Narew, a lwiej części mieszkańców słonecznego grodu znanej jako „Cieczka”? Nie, jak sądzę.

Właśnie dlatego, na obliczu rodowitego Grodzianina, dostrzegasz drwinę, za każdym razem, gdy z dumą w głosie, z obcym akcentem mówisz „Znam Grodzisk, jak własną kieszeń”. Bo kto dzieckiem w kolebce łeb urwał hydrze, ten młody zdusi centaury, piekłu ofiarę wydrze, a przy odrobinie szczęścia bez syfa z Przyrzecza powróci i w Starej Huty uliczce nie straci życia. Tam właśnie rozgrywa się wieczny bój o przetrwanie, tam w praktyce testują się pomysły posła Łaskiego, tam imię ministra Wienka budzi grozę. W rynsztoku. Jednak nie o tym mówi ta opowieść, słusznie domagasz się wyjaśnień marna istoto, którą jedynie przez grzeczność nazywam czytelnikiem. Poranek był bowiem inny niż wszystkie. Nie dlatego, że dziesiątki młodych Sarmatów żebrało na ulicach o łyżkę strawy, tutaj, na ulicy Robotniczej, turystów pytających o „tego słynnego jedynego żebraka” traktuję się, w najlepszym wypadku pięścią. Żebranina jest zjawiskiem równie powszechnym jak dziecięca prostytucja i strach przed kolejnym pomysłem szalonego ministra. Nie będę zadręczał was dłużej, choć mógłbym w tym miejscu wymieniać wiele znaków na niebie i ziemi, które nie zwiastowały mającej się rozpocząć historii. Z ciężkim sercem, musze jednak założyć, że oprócz Ciebie, może to wiekopomne dzieło przeczytać czytelnik wartościowy. Wyjątkowość poranka jest związana z Panem Mietkiem. Zaskoczeni? Cóż, jak mawiał mój bardzo bogaty, znajomy minister „wszystko ma swoją cenę Mirth, nie patrz tak na mnie... Ja też muszę z czegoś żyć”. Domyślacie się prawdopodobnie, że teraz poznacie Pana Mietka bliżej, miałem wprawdzie pisać o czymś innym, ale czytelnik nasz Pan. Tak, nawet taki, bez urazy naturalnie.

Mieczysław B nie był zwykłym żulem, co więcej, było to widoczne na pierwszy rzut oka. Wysoki, mierzący blisko 190 cm, chudy jak każdy, nie będący konfidentem, mieszkaniec Starej Huty, w chwili obecnej, przyłapany w dość intymnej sytuacji, pogrążony w lekturze starego wydania Trybuny Ludu która, tutaj, w miejskim szalecie, oczekiwała na swoją ostatnią, a zarazem pierwszą utylitarną misję, odznaczał się nieprzeciętną fizjonomią. Szlachetne rysy, wściekle błękitne oczy i kędzierzawe, rozczochrane włosy nijak pasowały do brudnego różowego uniformu i czarnej opaski z białymi literami BP ma ramieniu. Strój Pana Mietka był prawie zgodny z ostatnim rozporządzeniem Ministra Łaskiego. Prawie. Brak bielizny w kolorze zachodzącego słońca nie rzucał się zbytnio w oczy. Nawet teraz. Patrole tajnej policji bieliźnianej ministra Czekańskiego, uprawnione do dogłębnej rewizji osobistej, które tak dają się nam we znaki w Sarma Trade Center, Pałacu Książęcym i Sądzie, nie zapuszczają się do dzielnic zamieszkanych przez motłoch. Dzisiejszego poranka Pan Mietek jest z siebie zadowolony, bynajmniej nie w związku z nękającymi, rządzone bezkrwawą dłonią Piotra Mikołaja społeczeństwo, skrajnymi stanami emocjonalnymi. Szaleństwo to przywilej sarmackich elit. Na samozadowolenie Pana Mietka wpłynęło wiele czynników. Regularność potrzeb fizjologicznych, zgodna z ostatnią dyrektywą ministerstwa gospodarki na ten temat, a także zwędzona śpiącemu nieopodal bezdomnemu, opaska „bezpartyjny”, która gwarantowała względny spokój. Pan Mietek jako przedstawiciel ogromnej rzeszy sarmackich bezrobotnych, nie mógł liczyć na symbol „SdKS2”, „SPL” czy „Samnoteam”, natomiast za plakietkę „Venom Team” nie raz już dostał po mordzie. Taka ulica. Menele z Robotniczej przydzieleni do VT od zawsze napierdalali się z bezrobotnymi mieszkańcami Fabrycznej spod znaku KPS, naturalnie zgodnie ze stosownym rozporządzeniem ministra Czekańskiego odnośnie kontrolowanych zadym, pobić i gwałtów.

Przede wszystkim jednak, Pan Mietek jest zadowolony ze swoich przemyśleń. Nie był bowiem zwykłym żulem, dbał o higienę jamy ustnej, pił sok marchwiowo-owocowy pod „Jagodziankę” oraz regularnie oddawał stolec. Jednym słowem – żul z zasadami. Pan Mietek miał także kilka tajemnic i jedną słabostkę, ot, lubił sobie czasem pomyśleć. Co gorsza, jako przedstawiciel szeroko pojętego marginesu społecznego, nie zapisywał swoich myśli słowo w słowo, prawdę mówiąc nie zapisywał ich wcale. Miał jednak dużo szczęścia, nikt nie doniósł na niego do Ministerstwa Informacji Narodowej, słynącego z największej siatki konfidentów w całym Grodzisku. Przykład Pana Mietka ilustruje świetnie, powody, dla których Książe Piotr Mikołaj wydał dekret w sprawie identyfikacji i kontroli myśli. Przemyślenia Pana Mietka stawały się coraz bardziej zuchwałe, ba, wręcz nieprawomyślne. Ten poczciwy człeczyna rozważał możliwości wydostania się z bagna, jakim jest w istocie Stara Huta.

Odkąd bezrobocie sięgnęło 99%, a jeden wyzyskiwany robotnik wyrabiał 200% normy, pracując na pięciu etatach, sok marchowiowo-owocowy rozdawany w dzielnicach biedoty przez psychicznie chorego filantropa barona Mirthandila oraz przydzielany w ramach akcji „chleb i igrzyska” denaturat były dla Pana Mietka sterem, żeglarzem i okrętem. Pan Mietek myślał o wyuzdanych seksualnie elitach, o milionach libertów rok rocznie rabowanych, pakowanych i wysyłanych do Scholandii przez geszefciarzy pokroju prezesa Cocacoatl, Pan Mietek postanowił. Postanowił akurat w momencie swojego kolejnego wielkiego tryumfu nad krnąbrną naturą, w momencie, w którym egzemplarz Trybuny Ludu, wraz z fizjologiczną zawartością, spłynął rurą kanalizacyjną do „Cieczki”, w momencie, w którym z trudem odczytał napis na ścianie miejskiego szaletu „Ciąg Dalszy Nastąpi”.

*Mirabile Dictu - lac. aż dziw powiedzieć.

Rozdział 2

Hrabia siedział przy dębowym biurku, na stylowym, czarnym, prawdopodobnie skórzanym fotelu. Nawet zakładając, że intelekt przeciętnego czytelnika nie dorównuje scholandzkiej ignorancji intelektualnej, nie da się ukryć tytułu szlacheckiego, ubranego w kiczowaty, różowy garnitur dżentelmena. Do bólu pospolita, nie zdradzająca najmniejszych oznak myślenia fizjonomia, rybie oczka, niezwykle dopasowane do jasnych, klasycznie tłustych włosów, pekaesów ala Arcyksiążę Konstanty i trupio bladej, nieświeżej cery, zdradzały szlacheckie pochodzenie. Złoty łańcuch zwieńczony olbrzymim ryngrafem z wygrawerowanymi znakami, układającymi się w dość jednoznaczny ciąg liter: „HRABIA”, nie pozostawiał złudzeń, co do stanu konta jegomościa w białych skarpetkach i czarnych, drogich butach, wszak hrabiowski tytuł sporo kosztuje.

Hrabia był zły. Nonszalancko przycisnął mały zielony przycisk umieszczony na interkomie made in Dreamland, z trudem wydobył z siebie artykułowany ciąg sylab - Pani Zosiu, jaki jest mój dzisiejszy plan zajęć? – zapytał delikatnym głosikiem, stękając przy tym i śliniąc się niewymiernie do treści wypowiedzi. Z głośnika dobiegł naszego bohatera męski głos - Khe, Khe, Khe, znaczy się, pyta Pan hrabia o jadłospis? – Znając poziom intelektualny szefa „Pani Zosia” mógł sobie pozwolić na cynizm. - Słucham? – Hrabia nie był typem miewającym przebłyski intelektu. - Ma się rozumieć, wasza wysokość, służę z radością - „Pani Zosia” był w świetnym humorze. Przez chwilę do uszu Hrabiego dobiegał szelest kartek, po czym „Pani Zosia” odchrząknął - Ekhm, ma Wasza wysokość pracowity dzień, śniadanie złożone z trzech dań, tradycyjnie o dziewiątej, potem chwila relaksu przed telebimem, codzienny program „Książe czy Kanclerz?”, obrady sejmu „Poseł Łaski: Reaktywacja”, a następnie kilka godzinek najnowszego reality show „Nasi chłopcy w Scholandii” na dzisiaj przewidywana jest rzeź Scholopolis. Następnie... – głos dobiegający z interkomu zamilkł na chwilkę, „Pani Zosia” wciągnął powietrze - O kurwa! Pan Hrabia ma petenta! Po raz pierwszy w tym roku, zapisał się pięć lat temu i zgodnie z najnowszym dekretem Księcia, nie możemy go odprawić z kwitkiem! - Jak to!? – hrabia nie krył oburzenia, aczkolwiek w jego głosie dało się odczytać strach. - Walka z bezrobociem, czy coś w tym temacie, były zamieszki w Starej Hucie, na prowincji w Acjo i Krez, wszystko przez tego skurwiela Winnickiego, odkąd wybrali go na drugą kadencje do sejmu, w głowie mu się przewróciło – „Pani Zosia” nie pałał miłością do Genseka KPS, przełknął łyk bliżej niezidentyfikowanego trunku, po czym kontynuował tyradę - Zaczął wysypywać na tory tony dreamlandzkich Malboro Light, blokować szosę Acjo – Grodzisk i krzyczeć na demonstracjach „Czekański musi odejść!”, jest posłem, więc zniknąć go jest niepolitycznie, a wszystkie próby kompromitacji spełzły na niczym, delikatnie zarzucili mu sodomię, ale okazało się, że w istocie jest pedałem! - On, on..... jest niesympatyczny... czy na tym polega zabawa w politykę? – Hrabia zawsze nazywał rzeczy po imieniu – Czy Książe nie mógł podać go do realnego sądu? - Ekhm... – „Pani Zosia” wyraźnie nie miał pojęcia co odpowiedzieć, postanowił więc kontynuować - Tak więc ten niesympatyczny skurwiel dał się we znaki wielu wpływowym ludziom, Książe po przeczytaniu kilku romansów stwierdził, że skoro wroga nie może pokonać, trzeba go polubić, i wydał ten nieszczęsny dekret, dotyczący walki z bezrobociem, jako że Pan Hrabia jest ministrem pracy, to na jego spracowane barki przypadł smutny obowiązek przyjmowania szukającej pracy hołoty, co gorsza, w dekrecie zapisano, że musimy przyjąć pięciu petentów rocznie! Dzisiaj o szesnastej przyjdzie pierwszy... - Nie rozumiem – Tak, trzeba to powiedzieć wprost – Hrabia był ograniczony intelektualnie, być może dlatego otrzymał ten resort. - Przyjdzie do Waszej Wysokości jakiś śmierdzący dziad i Pan Hrabia musi mu znaleźć jakąś prace, chodzi o efekt marketingowy, psychologia tłumu, filozofia optymizmu, czy coś w tym stylu, apropo... - „Pani Zosia” uwielbiał imponować znajomością wyrazów obcych – Nazywa się Mieczysław.

Hrabia wyłączył interkom, Zerknął na automatycznie uruchomiony telebim, był wściekły, a jednocześnie przerażony. Trwający już dobre kilka minut poranny blok programowy „Poranek z Wienkiem czyli jak uniknąć denuncjacji” został przerwany, na ekranie pojawił się mężczyzna, ubrany w wojskowy uniform „Łaski wiosna2004”, siedział przy zbitym z desek, stylizowanym na wojskowe biurku. Nad głową Kanclerza Czekańskiego, bo to właśnie on zakłócił program sarmackiej TVP1, wisiał portret Ottona von Bismarcka, Słońce narodu przemówiło, głosem do złudzenia przypominającym automat w Sarma Idea Call Center - Książe, Wysoki Sejmie, Mieszkańcy Księstwa... – ten fragment Kanclerz miał opanowany do perfekcji – Nastały... eeee... trudne, ciężkie czasy, eee.... Sytuacja militarna na froncie scholandzkim jest wysoce eee... radosna.... Nasi dzielni chłopcy.. eeee... palą, gwałcą i rabują... tfu... miałem zamiar powiedzieć... eee... niosą naszym kochanym scholandzkim braciom kaganek oświaty i cywilizacji, eee.. przypominam, okrzyk sarmackich korpusów inwazyjnych to „pokój, miłość, braterstwo”, Scholandczycy witają nas z eee... kwiatami, niestety.... eeee... nasze ten tego... sarmackie ideały, są zagrożone, tym... ee.. razem wkur... ekhm... obrazili nas niegrzeczni Dreamlandczycy, eee..... dee.. de... dementujemy, jakoby powodem operacji „Pal, Niszcz, Morduj”, był wysoce ujemny bilans handlowy z Dreamlandem, związany z importem olbrzymich.. eee.. ilości wyrobów tytoniowych, to zwykła pr.... prrr.... prowokacja! Dreamlandczycy muszą zostać ukarani! Eeee.... ponieważ, eee.... wspomagają...eeee... terrorystów na terenie kolonii Baridas! Ekhm... co ja miałem powiedzieć, ten tego... eeee..... aha... – Ciąg dalszy nastąpi.

Rozdział 3

Michas Winnicki, poseł na sejm Księstwa Sarmacji, przeciągnął się w śnieżnobiałej pościeli. Był ranek, a zapach miejskich ścieków unosił się w powietrzu jak... ale to już było. Były także promienie kwietniowego słońca oświetlające dziewiętnastowieczną kamienice i mały, skromny pokoik na czwartym piętrze, skromny, nawet jak na warunki mieszkaniowe w Starej Hucie, po ostatniej reformie mieszkaniowej Kanclerza Czekańskiego. Był nawet, stojący na zbitej z desek szafce samowar, ale nigdzie nie było hrabiego. Dostrzegł to już także Michas, usiłując pogłaskać pekaesy kochanka, ręką trafił na ciepłą jeszcze poduszkę. Zerwał się, z niemal małżeńskiego łoża, dokładnie rozejrzał, w międzyczasie układając bieliznę i kilka elementów garderoby przyjaciela, cóż, pedantyzmu hrabiemu nie można było zarzucić. Inteligencji też nie. Drzwi były zamknięte na klucz, biorąc pod uwagę brak wytrycha, łomu, a co ważniejsze klucza wewnątrz pomieszczenia, stwarzało to istotny problem natury technicznej. Michas nerwowo spojrzał na zegarek, ten podły, zapewne scholandzki wynalazek nieubłaganie wskazywał 11:30 AM. Posiedzenie Sejmu odbywało się o 12:00. – trzydzieści minut – pomyślał roztropnie Poseł – mam jeszcze pieprzone trzydzieści minut. Pokoik był naprawdę mały. Rola małych pokoików w literaturze jest niezwykle istotna, że przytoczę tylko wynajęty pokoik Raskolnikowa, bez którego „Zbrodnia i Kara” nie trafiłaby do kanonu literatury światowej, czy komórkę pod schodami Harrego Pottera, bez której J.K.Rowling wciąż byłaby bezrobotna. I tym razem mały pokoik wypełnia swoją funkcję literacką wyśmienicie, bowiem Michas w ciągu ułamka sekundy znalazł się przy biurku, gdzie zwykł pisać manifesty. Michas uwielbiał pisać wszelkiego rodzaju manifesty, nieskromnie twierdził, że jest w tym dobry, podobnie jak w wysypywaniu na tory dreamlandzkich Malboro Light i układaniu populistycznych haseł. Biurko, to eufemistyczne określenie kilku zbitych razem skrzynek po importowanych z kolonii Baridas owocach cytrusowych. Na jego „blacie” leżała pomięta kartka papieru, a na niej jak się domyślacie, były litery. Cała kartka była zapisana koślawymi literkami. Hrabia nie opanował nigdy trudnej sztuki pisania w stopniu zadawalającym, wszak w jego żyłach płynęła błękitna krew. Michas za to całkiem nieźle czytał: „Kochanie, odwiedź mnie dzisiaj w pracy, błagam, to będzie taki nudny dzień, ale raz na miesiąc musze się tam pojawić, Pani Zosia wpuści Cię bez problemu, oczywiście pamiętaj o incognito, nazywasz się Roman i masz do mnie pilną sprawę.

PS: Klucz zostawiłem pod wycieraczką”

Ufff.... – Michas odetchnął z ulgą, rzucił się w kierunku drzwi i....oniemiał. Są różne hipotezy na temat ludzkiej inteligencji i minimalnego progu jaki ona osiąga, tow. Winnicki zapewne nie znał żadnej z nich. Zapewne także, kochał hrabiego miłością ślepą, bezbrzeżną. Tylko tak można bowiem wytłumaczyć ten irracjonalny ideologicznie i moralnie związek. Hrabia jest idiotą – zauważył mimo to Michas, podświadomie. Wycieraczka była po drugiej stronie zamkniętych drzwi. Zrezygnowany, usiadł na łożu, będącym świadkiem niejednej perwersji. – Ciąg dalszy nastąpi? – Pomyślał retorycznie.

Rozdział 4

Dla zwykłego śmiertelnika, Pałac Książęcy w Grodzisku był miejscem tajemniczym i posępnym. To tam spotykała się na swoich wyuzdanych ucztach zdemoralizowana arystokracja, to tam podpisywano wyroki banicji, gdy Książe Piotr Mikołaj musiał odreagować przegraną partię szachów, to tam wymyślano casus belli kolejnych sarmackich agresji, to tam odbywały się polityczne gierki i zakulisowe romanse Kanclerza. Tak, przeciętnemu Sarmacie Pałac Książęcy kojarzył się źle, utożsamiał wszystkie błędy i wypaczenia sarmackiego reżymu. Jednakże dla Księcia Piotra Mikołaja, był najważniejszym miejscem na ziemi, liczne wspomnienia, zarówno te traumatyczne, związane z czasami w których monopolu na zamachy terrorystyczne nie miała zaprzyjaźniona z Księciem Fundacja Adam, jak i te błogie, a więc czystki w sarmackiej armii, pierwsze miłostki i łuny wybuchów w Starej Hucie podczas pacyfikacji strajku branży włókienniczej, były nierozłącznie powiązane z Pałacem Książęcym, to nie wszystko, wszak ta monumentalna budowla była dla bezkrwawego tyrana czymś więcej – domem. To prawda, mógł trafić gorzej, kilkadziesiąt prywatnych komnat, służba i stały dostęp do Internetu, to z całą pewnością warunki wystarczające do godnej egzystencji. Książe nie podzielał tej opinii, jego specsłużby doniosły już kilka miesięcy temu, że Król Dreamlandu ma w swoim pałacu lodowisko do gry w hokeja, zoo z prawdziwym tygrysem i plantacje tytoniu. Piotr Mikołaj całym monarchistycznym bytem, stanowczo protestował przeciwko brakom w swoim książęcym uposażeniu. Pan Mietek podejmował właśnie najważniejszą życiową decyzję, Hrabia prowadził telefoniczną konwersacje z Panią Zosią, Poseł Winnicki usiłował wydostać się ze swojego ciasnego pokoiku, miliony wyzyskiwanych mieszkańców Grodziska umierało, pod wpływem niewolniczej pracy, garstka sarmackich żołnierzy dokonywała rzezi scholandzkiej stolicy, Kanclerz usiłował przemawiać, a Książe... Słońce osiągnęło szczyt, w swojej odwiecznej wędrówce, rozpoczynało swobodne opadanie za linię horyzontu, gorąco było jak diabli, na szczęście okna książęcej sypialni, z których podziwiać można było zachodnie dzielnice Grodziska, nie były jeszcze zagrożone bezwzględnymi promieniami. Na wielkim, mahoniowym łożu z baldachimem, spała jutrzenka narodu, wiosna wszystkich Sarmatów, Książe Piotr Mikołaj, we własnej, monarchistycznej osobie. W tym miejscu, co bardziej wrażliwi czytelnicy, zapewne wiją się z obrzydzenia, niestety, nie ma co ukrywać, Gwiazda Polarna Grodziska i Acjo zwykła sypiać do późnych godzin popołudniowych, drwiąc przy tym nieustannie z tak zwanego szarego Sarmaty, wstającego skoro świt, tylko po to by kolejny raz udać się w stronę zakładu niewolniczej pracy. Tym razem jednak coś obudziło tyrana. I nie był to wskakujący przez okno tow. Wanda, jego czasy minęły bezpowrotnie. Sen despoty zakłóciły wyrzuty sumienia, nieodłączny towarzysz wszystkich monarchów, sumienie posiadających. Książe Piotr Mikołaj zaliczał się do tej szczuplutkiej mniejszości. Zerwał się z łoża, oddychając ciężko. Sen, kolejny koszmar, jeden z tych, które nawiedzały go od kilku dni. Mężczyźni w długich czarnych płaszczach, ten element snu Książe kładzie na karb oglądanego ostatnio Matrixa. Idą po niego. Idą przez ulice Grodziska. Wie że to Grodzisk, ale nigdy nie był w tej dzielnicy. Wie że idą po niego, ale nic na to nie wskazuje. W tle słychać najnowszy szlagier The Cramberies. Nie słyszał go nigdy, ale wie że to Cramberies, bo wszystkie hity Cramberies są takie same. Mają schowaną dobrze broń, mają zaciśnięte gardła. Pierwszy dzierży w dłoni butle soku marchwiowo-owocowego i śpiewa marsyliankę. Drugi i Trzeci trzymają się za ręce, wykrzykując idiotyczne slogany dotyczące równości. Zna ich, ale nie może sobie przypomnieć skąd. Czwarty to zagadka. Wie że jego imie to czterdzieści i cztery. Tylko i aż. Wie że ciąg dalszy nastąpi.